13 sierpnia.2021.

Ostatni tom Mojej Walki (Karl Ove Knausgaard- Moja Walka – t 6) został zjechany przez czytelników jako niepotrzebne drążenie tematu, który należało zamknąć. A dla mnie jest chyba najciekawszy z całej historii. Post scriptum wydania spowiedzi życia. Po publikacji pierwszych dwóch tomów, gdzie wszyscy są wymienieni z imienia i nazwiska, wszelkie tabu złamane a prywatność sprzedana, autor musi się zmierzyć z konsekwencjami takiego ekshibicjonizmu. Niejeden pisarz MARZY o podobnej swobodzie, ale w końcu wybiera święty spokój. Nikt nie ma tak związanych rąk, jak pisarze właśnie. Gdyby mi teraz ktoś opublikował moje dzienniki oszalałabym ze stresu. Więc piszę i czekam na swój koniec, kiedy zostanę rozgrzeszona jako trup.
14 sierpnia 2021.
Espania leży w boksie i już się nie podniesie. Śmierć czai się wszędzie, muszę ich wszystkich wyprawić na tamten świat, jestem panią Charonową. Nie mylić z baronową. Wyprawiłam Wicka, Szaklanę, masę psów, niedługo muszę wyprawić mamę, a teraz jeszcze ona – królowa koni – Kwiczka urodzona 28 lutego 1988. To dlatego tyle wytrzymała, zapewne urodziła się 29 ale wpisuje się zawsze 28, bo urodziny co cztery lata to 3 razy mniej imprez, tortów i dobrych życzeń. Ona wybrała dłuższe życie, chociaż urodziny obchodziła ostatnio z nawiązką. Jako cud, że wciąż żyje.
Nad ranem usłyszałam dziwny łomot i zaraz zapanowała cisza, nikt się nie szamotał, psy się nie poderwały, więc zasnęłam. Wtedy zapewne straciła równowagę i upadła w słomę. Ma zadrapanie pod okiem, musiała nim przywalić. Znalazłam ją rano leżącą, ale rżała, chciała wstać na śniadanie. Wiedziałam, że nie da rady. Teraz czeka, aż jej pomogę. Obiecałam, że pomogę, a ona mi ufa. Ale nienawidzi czekać, musi mieć zawsze wszystko natychmiast. Chcesz mnie uśpić? Zrób to od razu. Po co to leżenie?
Znajdź tu lekarza w sobotę w szczycie urlopu na głuchej polskiej wsi. W końcu udało się umówić jednego na 12. Jest 9 rano. Trzy godziny to dla niej wieczność, ale ona jeszcze nie wie co to wieczność. Zaraz się dowie.
Mojej matce obcięłam wczoraj paznokcie, wysiłek porównywalny z pracą kowala, tak były narośnięte i twarde. Wszystko się zużywa i psuje, z ładnego robi się brzydkie, a przecież to jest całkowicie subiektywna ocena. Dlaczego stare jest brzydkie? Skąd się to wzięło, że jest brzydkie? Stare meble i budowle są piękne. Co jest nie tak ze starością ludzi i zwierząt? Nic. To tylko kult materii, jej przemożny wpływ na nasze preferencje, a materia ożywiona jest nietrwała i wie o tym. Robi wszystko, żeby zapomnieć, jak bardzo się rozsypuje i przemienia. Już nie pamiętam – czy materii jest tyle samo co energii? Jaki mają stosunek do siebie? Muszę to natychmiast sprawdzić. Bo przecież po śmierci materia uwalnia energię, uwalnia życie, które z niej uciekło szukać szczęścia gdzie indziej.
10. 30 – ponad godzinę do przyjazdu lekarza, zdążyłam wyprowadzić psy. Espania leży, fatalnie oddycha, bo ma jedno płuco przygniecione własnym ciężarem. Poci się z wysiłku o każdy oddech, dodatkowo oczywiście jest upał. Umieranie nie jest przyjemne, dopiero narkoza i wieczny sen. Trochę jej zazdroszczę, za chwilę dowie się wszystkiego, co ja jedynie przeczuwam.
12.30 Stało się. Nie żyje legenda Białego Zdroju. Espania forever. Wyciągaliśmy ją z boksu za tylne nogi dwoma samochodami, to było skomplikowane strategicznie, ale w końcu się udało. Teraz leży na trawniku w cieniu, przykryta swoją grubą derką i plandeką samochodową. Obłożyłam tę górę ciężkimi kawałkami drzewa, ale psy już węszą. Szczeniaki wdrapały się na szczyt i zjeżdżają z jej martwego brzucha…
Jestem rozedrgana w środku. Jeśli jutro spuchnie na tym upale, będzie horror. Chciałabym, żeby ją już zabrali, a tu kurwa jak zawsze weekend. Czy weekend ma monopol na nieszczęścia?
Obiecałam napisać komentarz do katalogu wystawy Tomka, ach, jak ja się rzucam na takie zlecenia. Zupełnie jak Karl Ove. Zamiast porządnej książki piszę posty na psią stronę, albo się udzielam jako recenzent. Czemu do cholery ma być jutro 30 stopni w cieniu! Od wtorku już temperatury normalne, ale kiedy mam 600 kilogramowe zwłoki na podwórku – Pan Bóg włączył piekarnik. Czyżby planował ją upiec?
Nie ma śmierci. Jest tylko życie, ja to wiem. Martwe są ciała, materia, masa. Życie jest wtedy gdzie indziej, o tyle lżejsze.
Nastał czas umierania ciał, dopiero co umarła nasza koleżanka z klasy. Denerwowała mnie i nie przepadałam za nią. Nie cierpię tych krakowskich klimatów, których ona była ikoną. Uczyła na uczelni i miała swoich studentów, a jej mąż był profesorem czegoś tam i też uczył studentów tego czegoś, od czego był profesorem na uczelni. Nie grzeszyli urodą, ale intelektem ciężko. Manifestowali wyższość nauki nad modą i pieniędzmi, tak, jakby jedno wykluczało drugie. Ona zawsze źle ubrana, nieznająca fryzjera, trochę oblazła, ale „ponad to”. Ponad co?? Na imprezach się uśmiechała i polemizowała ze wszystkim, co mówiłam, a ja mówiłam specjalnie, żeby ją drażnić. Obrażała się, ale udawała, że się nie obraża. Umarła, udowadniając, jak poważną sprawą jest śmierć. Czepiały jej się rozmaite choroby, nieszczęścia i wypadki. No i wywołała wilka z lasu. Ale ze mnie żmija, nie koleżanka. Zamilcz już Kowalska z trupem konia na podwórku i zesmutnij.
Jak mam zesmutnieć, kiedy będzie o jeden kłopot mniej? Będę mogła nareszcie wyjechać i nie denerwować się o nią, że się wywróci i ktoś będzie musiał ten koszmar ogarnąć, a nie potrafi. Jak mam zesmutnieć, kiedy właśnie się ziszcza mój sekretny plan – wszystkiego mniej? Jak, jeśli jej odejście oznacza połowę mniej kostek siana i słomy do zapłacenia i rozładowania? Połowę mniej gnoju do wywalenia, wszystkiego połowę mniej! Nie zesmutnieję. Ludzie myślą, że można rozpaczać po czymś lub po kimś, kto ci zabrał kawał życia i wolnego czasu. Czasu, który mogłam wykorzystać na pisanie. Zabrał, to teraz oddaje. Jesteśmy kwita – Espaniol, jesteśmy kwita.
Koń nie zostawia takiej pustki jak pies, bo nie jest tak związany z człowiekiem, ale ona była. Traktowała mnie źle, poganiała jak sługę, nie wolno było się spóźnić z jedzeniem, w ogóle jedzenie było strasznie ważne, ale nie tylko jedzenie, jak się okazuje. Dzisiaj rano wyszłam z domu i nie zarżała. ZAWSZE rżała na dzień dobry, zawsze, kiedy się zbliżałam do boksu ona rżała. Wenecja nigdy. Wenecja jest koniem, Espania była kimś więcej. Z Espanią mogłam porozmawiać, co tam porozmawiać – podyskutować. Ustalałyśmy warunki wzajemnego funkcjonowania tak, żeby jej pasowało, a mnie nie zabiło. Ostatnio wywalczyła, że nie wychodzi na wybieg z Wenecją, tylko pasie się przed domem. NIGDY nie zrobiła kupy na trawnik, nie zdemolowała leżaka, kwiatków, co Wenecja zrobiłaby natychmiast. Ale uparcie nękała jałowiec pod oknem okrążając go ciasno po wielekroć, żeby się poczochrać gałęziami. Pokazała tym samym potrzebę drapania po plecach, obok stajni był zawsze drapak na gzymsie i trzeba było ją tym drapakiem traktować, bo to zastępowało tarzanie. Tarzać się nie mogła od czasu, kiedy pierwszy raz miała problem ze wstaniem. Zrozumiała, że jej nie pomogę (po cichu zapewne na to liczyła). Byłam bliska zawału na widok konia, który SIEDZI na środku wybiegu z miną pod tytułem – podnieś mój tyłek, na co czekasz. Zupełnie jak w cyrku, kiedy one rzędem przysiadają na zadach, pochylają głowy z pióropuszami i jeszcze wysuwają do przodu kopytko. Wstawaj ! – darłam się jak opętana prosto do jej ucha, nikt ci kurwa dupy nie będzie zbierał! Pierdolnięta babcia!!! – Po co żeś się kładła??? Poskutkowało. Po tej przygodzie zdemolowała jałowiec a ja wprowadziłam drapak.
Wieczorne otręby witała intensywnym kwiczeniem, jakby w życiu nie jadła. Punktualnie o szóstej waliła kopytem w drzwi boksu, żeby mi przypomnieć, że jest szósta. Potrafiła się przytulić bez żadnego powodu. Potrafiła się złościć, potrafiła pokazać co i gdzie ją boli, co lubi a czego na pewno nie. Niecierpliwa, uparta, inteligentna. Przywiązana jak pies. Gdyby mogła, chodziłaby za mną wszędzie. Obcych lubiła postraszyć, niezdecydowanych zrzucić, pod dobrym jeźdźcem galopowała do upadłego. Charakterna, łapczywa. Nikt i nic jej nie zastąpi, to był koń ze skrzydłami. Malowałam ją wielokrotnie. Arabska główka, dzikie, przekrwione oko podkreślone jak tuszem, kłoda okrągła i gładka. Figurka z brązu. Błyszcząca, czekoladowa Espania.
16 sierpnia.
Zabrali ją nareszcie ok 11, spuchniętą jak balon. I ten słodkawy fetor, który znam aż za dobrze. Cud, że tak ogromne zwłoki przetrwały i nie wybuchły w taki upał. Śmierć zawsze mnie bolała, pomimo tego, że w nią nie wierzę, zawsze też była nieopisaną ulgą w obowiązkach, bo śmierć poprzedza wzmożona czujność, opieka, stres. Czy to człowiek, czy pies, czy koń. Kiedy następuje koniec, wydaje się, że cały wysiłek był daremny. Żal także tego dotyczy. „Tak się kurwa starałam!” Absurd – nie pomaga się tylko po to, żeby komuś lub czemuś uratować życie. Pomaga się i już. Z cierpieniem fizycznym się nie dyskutuje, a ono zawsze poprzedza śmierć. Pomagamy unikać cierpienia wierząc, że jakoś nareszcie zniknie. I znika razem z materią. Spokój zapanowuje po obu stronach tęczy.
17 sierpnia.
Dzisiaj ponoć ostatni dzień wściekłego upału, muchy wolały popełnić zbiorowe samobójstwo w kuchni, niż się wynieść, kiedy je trułam sprayem na owady. Teraz wszędzie się walają ich mokre trupy, a pośrodku dymi babcin gulasz z indyka. Po wczorajszym gulaszu z Espanii, który mi groził pod plandeką na środku podwórka jedzenie mięsa mnie jeszcze bardziej zadziwia.
Jestem całkowicie przestawiona na tryb chaosu. W nocy nie mogę się wyspać z powodu upału i stresu ostatnich dni, więc odsypiam w dziwnych porach, dziś padłam po późnym obiedzie i obudziłam się o 9 wieczorem nie mając pojęcia czy to jeszcze ten dzień, czy już następny. Nie cierpię tak funkcjonować. W kuchni na dole moja 92 letnia mama podgrzewa sobie kolacje. Czuję zapach gulaszu… nie do wytrzymania.
Coś się jednak zmienia w moim życiu, a mianowicie ilość koni. Posiadanie jednej tylko Wenecji było moim odwiecznym marzeniem. Okupiłam je latami opieki nad innymi końmi, ale celem zawsze była Wenecja. Myślałam, że nie potrafi być sama. Tymczasem zupełnie nie wygląda na rozczarowaną. Będzie teraz moim oczkiem w głowie. Dzisiaj oczywiście otwarła sobie niedomknięte drzwi stajni i wyszła na trawnik, ale zachowywała się tak grzecznie, że nawet jej psy nie oszczekały. Zobaczyłam ją pod światło i przez chwilę naszła mnie szalona myśl, że to Espania. Wróciła, żeby mi powiedzieć WSZYSTKO.