Siła literatury albo ucieczka z Biarritz.

Edgar Degas – Rodzina Bellelli – olej na pł. 1858

Czwarty tom „Mojej Walki” Knausgarda to przede wszystkim ogromna siła literatury. Nie ma znaczenia, o czym piszesz, ważne jak piszesz. 600 stron maczkiem traktuje tym razem o dojrzewaniu. Naznaczonym niepowodzeniami, pełnym przygnębiających doświadczeń i bolesnych rozczarowań. Pogoń za szczęściem udaremnia niemożliwy do opanowania przedwczesny wytrysk. Który to – wstydliwy problem – sprawia, że wszelkie dobrze zaczęte podboje bohatera kończą się ponurym fiaskiem. Trauma spowodowana ojcem tyranem zablokowała go na wiele sposobów, także w sprawach seksu. Nie ma mowy o odwiedzeniu lekarza albo psychologa. Młody Karl Ove boi się wszelkiej konfrontacji, boi się  nawet dotknąć sam siebie. My, czytelnicy – wiemy, że przyczyną jest skaleczona psychika, on – pisarz, autor – zachowuje się, jakby nie miał żadnej świadomości własnej duszy. Dzięki mistrzostwu formy absolutnie bezpretensjonalnej, prostej i do bólu przejmującej – wszyscy przeżywamy jego dramat jak swój.  Wciągnięci bez reszty w cudze życie tracimy wszelkie granice tak zwanej przyzwoitości na rzecz autentycznej rozpaczy w obliczu kolejnych spalonych okazji i kompromitujących randek. Dobijamy do dna, kiedy pod koniec książki udaje mu się nareszcie dopaść wypiętą w drzwiach namiotu pijaną pannę, która się wychyla, żeby puścić pawia.  Miliony ludzi czytających książkę (tłumaczoną na 37 języków) – ociera łzy z poczuciem niewysłowionej ulgi. W odrażającej scenie, kiedy zamroczony alkoholem osiemnastolatek z przypadkowo poznaną, równie nieprzytomną autostopowiczką lądują w jednym z setek namiotów na ogromnym biwaku, myślimy tylko o jednym, żeby nareszcie zdążył. Jest upał, nie ma pieniędzy, w perspektywie jakiś rockowy koncert, do domu daleko, a w ogóle to domu chwilowo nie ma, bo jest chaos, wszyscy naokoło obcy, pogubieni, samotni. W jazgocie muzyki ze skłóconych głośników agresywni motocykliści z wąsami pieką mięso, którym nie chcą się podzielić, jedyny przyjaciel ze swoją dziewczyną gdzieś zniknęli, film się zrywa co chwila, piekło Dantego. Ale dla nas to wymarzona sytuacja. Bo właśnie w takich okolicznościach Karl Ove Knausgaard – autor światowego bestsellera nazywanego „nową wersją Prousta” – nareszcie zanurkował w cipce, raz, drugi i trzeci. I rozumiemy doskonale, jaki to był kaliber osobistego sukcesu, bo byliśmy z nim przez wiele setek stron i wiedzieliśmy o jego porażkach absolutnie wszystko. Uff, nareszcie wielki finał, wielokrotny wielki finał, bo tak się właśnie kończy tom czwarty. Oto siła literatury. Czapka z głowy, panie Knausgard.

Odłożywszy zakończoną czwartą część od razu sobie przypomniałam straszne czasy swojej młodości i desperackich, samotnych wyjazdów do Francji. Podobnie jak Karl Ove przemierzałam stopem wielkie obszary nieznanego kraju z tą różnicą, że on miał 180 cm wzrostu i był facetem, a ja byłam malutką dziewiętnastolatką. Jak mi się udało przeżyć bez gwałtu i napaści? Jak to możliwe, że mnie nie znaleziono martwej w krzakach przy autostradzie? 400 km od Paryża biegałam pośród rozpędzonych samochodów składając ręce w błagalnym geście modlitwy z walizką w rowie. Zgarnął mnie stamtąd niezbyt trzeźwy Arab i rozlatującą się, śmierdzącą ciężarówką dowiózł na lotnisko Orly…Całą drogę gadał arabskim francuskim i popijał cherry. Wtedy mogło się zdarzyć wszystko, mój anioł stróż padał ze zmęczenia. Poprzednią noc spędziłam w obcym domu pod Pirenejami, zaprosił mnie tam starszy pan i też nie zgwałcił ani nie zadźgał. Przeciwnie, poczęstował kolacją, pozwolił przenocować i rano odstawił na autostradę. W dowód wdzięczności podarowałam mu rysunek. Nie pamiętam jaki, w ogóle nie pamiętam większości prac z tego okresu. Nigdy zresztą nie były dla mnie szczególnie ważne, pamiętam niektóre obrazy olejne, bo były pracochłonne. Wyjeżdżając zabrałam rulon z rysunkami jako formę zapłaty w miejsce gotówki, której nie miałam. Ojciec dał mi 50 dolarów w kopercie na całe wakacje. Wystarczyło na kilka dni, podczas których musiałam znaleźć jakiś sposób na zarobienie pieniędzy. Wtedy byłam mu cholernie wdzięczna, teraz to widzę inaczej. Stać go było na więcej, ale miałam swój honor a on nie zapytał, jak zamierzam sobie radzić. Jakoś musiałam, większość moich kolegów wyjeżdżała z dziesięcioma dolarami, które były obowiązujące. Biegałam więc codziennie rano do słupa z ogłoszeniami w pobliżu  Urzędu Pracy, czy jak to się tam nazywało, ale od świtu szturmował go tłum studentów z wielu dzikich krajów, nie tylko z Polski, ciężko było się przebić.  Aż nareszcie pewnego dnia zdążyłam zadzwonić jako pierwsza, zerwawszy świeżo przyklejony papierek. Udało się. Zostałam fille au -pair, czyli  nianią i już nazajutrz mknęłam błyszczącym Alfa Romeo na wakacje do Biarritz z bardzo bogatym państwem, dwójką dzieci i psem.  Plaża w Biarritz okazała się kamienista, Atlantyk zimny, a praca przerażająco nudna. Bachory rozpuszczone i wrzaskliwe. Perspektywa dwóch miesięcy w ich towarzystwie wydała mi się gorsza niż śmierć.  Postanowiłam wrócić do Paryża.   Jedyną szansą była ucieczka bladym świtem.  Nie cierpiałam plecaków, autostopów, włóczęgi z namiotem i tego typu okropieństw, dlatego zawsze jeździłam z walizką. Nie sprzyjała tego rodzaju karkołomnym eskapadom, ale tym razem nie miałam wyjścia. Wszystko było lepsze niż przebywanie z mrukliwym, snobistycznym, mieszczańskim małżeństwem w niedogrzanej rezydencji, w której mi wyznaczono pokój w suterynie.  Opuściłam go nad ranem, ciągnąc mój oporny bagaż po białym żwirku, byle dalej od miejsca straceń. Może wtedy się zaczęła moja awersja do dzieci? Nie pamiętam co miałam w głowie, nie pamiętam siebie z tych czasów, jakbym była inną osobą, zupełnie obcą i nieprzeniknioną, ale pamiętam rodzaj uczucia – skrajną desperację spowodowaną zniewoleniem. A przecież taka praca dla większości normalnych ludzi szukających wakacyjnego zarobku – mogła się wydawać uśmiechem losu! Niestety okazało się, że nie mogę egzystować w żadnej rodzinie. Życie pokazało, że w swojej własnej też się duszę. Jakaż byłam nieświadoma. Żyłam zanurzona w rzeczywistości jak żaba w mokradle, nie potrafiłam niczego zobaczyć z dystansu, chociaż pisałam. Codziennie pisałam i uciekałam na kamienistą, zimną, atlantycką plażę z zeszycikiem i długopisem. Tam dokonywałam literackiej zemsty na każdym napotkanym człowieku, na moich chlebodawcach, ich despotycznym potomstwie i  życiu, które było tak wypasione, że aż nierealne. W dalekiej Polsce, w mojej ojczyźnie, do której zamierzałam wrócić, trwał inny świat, pozbawiony kolorów i odarty z konsumpcji, świat bez reklam, jak to w ogóle możliwe?  Przebywałam we Francji, w normalnym kraju, gdzie dużo ludzi miało własny dom na południu i mieszkanie w centrum Paryża. Każda ich rzecz – począwszy od proszku do prania a skończywszy na luksusowych sprzętach, samochodach i ubraniach firm, o których istnieniu nie miałam pojęcia – była poza moim zasięgiem, nawet nie miałam takich marzeń. Chciałam przywieźć parę dolarów, żeby potem kupować dżinsy i papierosy w Peweksie. Zarobić na podkoszulki w Tatim i zdobyć szmaciane buty na koturnie wiązane w kostce na długi sznurek, bo to był wtedy hit lata. Na tym się moje marzenia kończyły. Ale mi nie szło niańczenie dzieci w Biarritz. Nie szło mi zupełnie, nie było warte tych butów, więc postanowiłam wrócić stopem do Paryża. Niewiele w życiu potrafiłam zaryzykować dla pieniędzy, ale dla wolności wszystko.  Mogłam być biedna, ale do cholery nie mogłam być zniewolona. Nie byłam dobrym pracownikiem, nie starałam się, dzieci mnie wkurwiały, popijałam pastis i zapełniałam zeszyt jadowitą treścią. Odkąd się nauczyłam pisać, pisałam codziennie. Pisałam w domu i na wakacjach, które lubiłam tylko dlatego, że mogłam pisać. W knajpach, w hotelach, na lotniskach, absolutnie wszędzie. Nie mam już tych zeszytów, zostały wchłonięte przez czas.

„Moja Walka” poraża siłą literatury, ale to także książka o beznadziei pisania. O tym, że pisanie, które jest jedynym sensem istnienia, zwykle pozostaje całkowicie niezauważone i nie może stanowić żadnej wymówki w podejmowaniu normalnych sposobów zarabiania pieniędzy. Nikogo nie rozgrzesza ani nie tłumaczy. Nie uprawnia do samotności, nie może być powodem zaniedbywania rodziny. Mimo to w ogólnym rozrachunku okazuje się, że wszystko w życiu zostało mu podporządkowane.

„Chciałem pisać, o nic innego mi nie chodziło. Nie potrafiłem zrozumieć tych, którzy tego nie pragnęli. Nie pojmowałem, jak mogą poprzestać na zwykłej pracy, bez względu na to, na czym ta zwykła praca polegała, czy ktoś był nauczycielem, kamerzystą, urzędnikiem, naukowcem, rolnikiem, prezenterem telewizyjnym, dziennikarzem, twórcą reklam, rybakiem, kierowcą ciężarówek, ogrodnikiem,pielęgniarzem czy astronomem. Jak im to mogło wystarczać? (…) Gdybym sam podjął taką pracę, moje życie straciłoby sens, bez względu na to, jakie bym w niej odnosił sukcesy. Nigdy by mi to nie wystarczyło.” – Moja Walka tom 5 – fragment książki.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.