Brnę przez szósty tom „Mojej Walki” Knausgarda i jasno widzę (jak to jasnowidz), że wspólny problem większości intelektualistów urodzonych po wojnie to sprawa holocaustu i istnienia takiego zjawiska jak Hitler w opozycji do wiary. Kilkaset stron tego tomu krąży wokół poezji Celana w kontekście zagłady i autora Mein Kampf. Po takiej wpadce jak Holocaust tylko człowiek szalony będzie utrzymywał, że Bóg na to przyzwolił, że to Jego sprawka, że owo piekło na ziemi Jego karząca ręka urządziła niewiernym antychrystom. Nawet najgorszym antysemitom trudno uwierzyć w taki zamysł stwórcy, są granice dobrego smaku. Ale jeśli jest Miłością, jak mógł na to pozwolić? Ach, pozwolił na wiele więcej. Na gułagi, tortury, inkwizycję, na całe okrucieństwo świata czynione na dodatek w Jego imieniu, pozwolił bez mrugnięcia. Czy coś się rzeczywiście zmieniło po osiągnięciu dna, jakim było Auschwitz? Niewątpliwie jestem pierwszym od wieków pokoleniem bez wojny. Kościół głoszący Boga karzącego i straszący piekłem – jakby nie spojrzeć – rozpada się i jest kwestią czasu zamiana świątyń w restauracje. Rozpaczliwe próby utrzymania państwa kościelnego są właśnie dlatego rozpaczliwe. Potrzeba dwóch, może trzech pokoleń na całkowite porzucenie religii i jej dogmatów. Bóg ewoluuje w stronę fizyki teoretycznej, nazywa się go Źródłem albo Wszechświatem. Przestaje nas kontrolować, zaczyna oświecać. Oświecenie w znacznym stopniu rozwiązuje problem zła na świecie. Zło jako takie nie istnieje, podobnie jak czas i materia. Śmierć w tym kontekście nie jest niczym złym, przeciwnie – jest powrotem do Źródła i końcem męczącego wcielenia, co jednak nikogo nie uprawnia do ułaskawienia Hitlera. Żeby pojąć rolę Opatrzności lub jej brak w światowym bilansie katastrof potrzebna jest wyższa świadomość, która wychodzi poza granice materii. A także pozwala nie grzeszyć bez strachu przed karą.
Póki co jednak zabijanie pozostaje grzechem i przestępstwem surowo karanym, a genialne słowa Tischnera o tym, że cierpienie jest pomysłem diabła, natomiast pomysłem Boga jest, by z cierpienia uczynić zbawienie – nadal nie wystarczają nam, biednym intelektualistom. Dylemat istnienia Boga i Hitlera dręczy tak bardzo, że od niego właśnie zaczyna się szukanie prawdy poprzez ateizm i wszystkie fazy wewnętrznych zmagań aż do chwili, kiedy prawda objawia się sama.
Z pewnością nie objawia się w chwili sukcesu. To pewnik. Sukces, pieniądze, euforia materialnych zdobyczy, seksualnego spełnienia, poczucia satysfakcji i własnej wielkości oddala nas od Prawdy z kosmiczną prędkością. Człowiek ma wiedzieć, że to wszystko marność. Musi to wiedzieć, żeby się pogodzić ze śmiercią, która czeka każdego. Musi to wiedzieć, żeby zacząć żyć PEŁNIĄ życia. Ogołocony z atrybutów materii zaczyna widzieć własne ciało w tej właśnie ostatecznej prawdzie, której szukał. Dzieli siebie na materię i osobę. Jednocześnie musi zdać sobie sprawę z sensu wcielenia. Wcielenie jest wysokim stopniem kumulacji energii, każde stworzenie, które go dostąpiło może się czuć wyróżnione. Wyłoniliśmy się z odmętów życia rozproszonego w postaci jednorodnej i zwartej do tego stopnia, że widzialnej. (Zupełnie jak Wenus Boticellego). To zobowiązuje, ale równocześnie omamia.
Każdy z nas czuje dominujący ciężar swojej jednorodności, co sprawia, że zaczynamy się skupiać wyłącznie na możliwościach ciała, jak czajnik skupiony na swoim kształcie i przeznaczeniu a zapominający o tym, że bez prądu jest bezużytecznym przedmiotem. Kolor, kształt dziobka, wypracowana podstawa nie znaczą nic, jeśli czajnik nie jest włączony. Mimo to, nowoczesny i błyszczący zwraca uwagę swoim pięknem, jak piękna dziewczyna, dopóki jest młoda i zgrabna. Czajnik się wszystkim podoba włączony i nie włączony. Potem – przykurzony, przyrdzewiały, matowy – musi wciąż działać, żeby funkcjonować w kuchni. A potem mu się psuje włącznik. Jeszcze go naprawiają, ale on już wie, że liczy się tylko prąd, który przez niego przepływa. I ta wiedza całkowicie mu wystarcza. Któregoś dnia zostaje na zawsze odłączony. Ląduje w śmieciach. Czajnik, nie prąd. Prąd ma się dobrze bez czajnika. Oświecenie to świadomość prądu, nic poza tym.
Wszystko musi dojrzeć, a najprostszym sposobem dojrzewania jest poznać własną ułomność i nietrwałość. Dlatego tak mnie niepokoi fakt, że firma, zamiast wymienić na klawiaturze jeden przycisk – proponuje mi nowy laptop.
Za wcześnie umierać.
Ilustracja – Agnieszka Kowalska – Grajek Poranny – sepia 2021.