Dziennik 2020 fragmenty.

I Bóg stworzył zarazę.

11.01. 2020

Czas zapierdala na kaczych nóżkach. Styczeń, a śniegu jak nie było tak nie ma. Mam 10 minut na pisanie, a nie piszę ostatnio prawie nic. Zajmuję się chorobą matki, która na szczęście wciąż wybiera się do Krakowa, chociaż w jej wypisie ze szpitala jest „rak w fazie terminalnej”. Obawiam się, że w tym przypadku medycyna jest bezsilna. Mojej matki żaden rak nie pokona, wiem to z całą pewnością. Biedny rak, ma przechlapane. Przyjechała tylko wyzdrowieć i wrócić do domu. Do domu! Tu nie jest dom. Żaden Krakus nie uznaje domu poza Krakowem.

I dobrze, że chce wracać. Nigdy nie miałam ochoty z nią mieszkać. Teraz mi to nie przeszkadza, ale też nie jest moim marzeniem. Byłam niekochana, nie akceptowana, atakowana. Odpłacałam się jej pięknym za nadobne. Wkurwiała mnie każdym słowem, gestem, kiczowatym szantażem, udawaną histerią. Wkurwiała mnie jarmarcznym stylem, jej artystyczna dusza mnie drażniła, przez nią nigdy nie chciałam wyglądać jak artystka. Zawsze wyglądałam jak biznes woman. Wkurwiała mnie tym, że nie czyta książek, że kupuje „Życie na gorąco” i Teletydzień, że ogląda M jak miłość, pali papierosy, ma brudno w domu, syf w lodówce, smród w łazience. Krakowianka. Że nosi różowe butki i zasłania siwiznę kapeluszem. Że się nie potrafi zestarzeć z klasą, że poszła w ludowe wzorki. Że wygląda jak upiorna wróżka z długimi włosami ufarbowanymi na czarną blachę. Ale siedziałam cicho, żeby nie obudzić demonów i dalej siedzę cicho, bo one śpią lekkim snem.

17 stycznia.

Można powiedzieć, że z tak zwanego życia nic ostatnio nie mam prócz zdartego gardła i kolki w boku. Ilość spraw codziennych jest przepotworna, klasyczny bieg czerwonej królowej, żeby tylko wieczorem pozostać w tym samym miejscu i nie zarobić w łeb korbą.

18 stycznia 2020.

Miałam straszny tydzień, ale może jednak nie umrę tak zaraz. Kolka w boku nie dawała mi odetchnąć, brak snu, kroplówki matki, bieganie po lekarzach i aptekach, armageddon z psami, nowe szczeniaki, 5 transportów, pierdylion telefonów. Najgorsza ze wszystkiego kolka. Mimo to wsiadłam dzisiaj na konia, w pierwszej chwili czułam się słaba, ale zaraz zapomniałam o słabości, zajęłam się jazdą. Zawsze się dziwiłam, że Maciek się nie boi ataku choroby na scenie. Skurcze, które go dopadały bez żadnego ostrzeżenia i paraliżowały bólem nigdy mu się nie zdarzały podczas spektaklu. Nie myślał o nich. Żeby się bać, trzeba uwolnić strach. A żeby uwolnić strach, trzeba się na nim skupić. A tu się trzeba skupić na roli.

19 stycznia 2020.

Do sypialni, którą jej urządziłam na czas pobytu wtaszczyłam sztalugę, na sztaludze powiesiłam kroplówkę. Sama zmieniam butelki i zaciskam wenflon, tyle psów wcześniej nawadniałam glukozą przy parvo albo babeszji, że od dawna nie jest to dla mnie żadna wiedza tajemna.  Ona patrzy z podziwem na te manewry, ho ho, prawie zaczęła mnie doceniać. Nie przypomina dawnego potwora. Czy to na pewno ta sama osoba?? Jeśli wymieniła komórki, mogła wymienić i duszę.

Też chyba jestem chora. Moja choroba jest przedziwna i nie ma jej w internecie, mimo że jest tam miliard dwieście chorób. Kolka w lewym boku połączona z podrażnieniem skóry? Nie ma takiego połączenia. A jednak u mnie jest. Pali mnie skóra i obszar pod lewą piersią, kłuje w okolicy mostka i żeber, promieniuje nie tam, gdzie powinno. Nic się nie zgadza prócz faktów.

Miałam sen, jak film krótkometrażowy. Śniła mi się długo oczekiwana impreza, schodziłam po schodach pewna swojej nienagannej prezencji, bardzo z siebie zadowolona. Miałam na sobie świetną czarną sukienkę, zamierzałam się znakomicie bawić w dobrym towarzystwie. Niestety wszystko szybko okazało się klapą. Było nudno, pustawo, ponuro. Zasnęłam gdzieś w kącie i obudziłam się w niebieskiej, nocnej koszuli. Nie było torebki, czarnej sukienki, rajstop, zostałam na bosaka. Nikt ze mną nie chciał rozmawiać, na pytanie o moje rzeczy, odpowiadali wzruszeniem ramion. Wszystko straciłam, nawet buty od Zośki, którymi tak się cieszę. Co za ulga, że to był tylko sen, że buty są na swoim miejscu.

Zrozumiałam, jak bardzo jestem przywiązana do moich rzeczy, jak nic, według siebie nie znaczę w jednej koszuli na grzbiecie. Co się martwisz, co się smucisz? Świat mnie nie dostrzega ani wtedy, kiedy jestem świetnie ubrana, ani wtedy, kiedy nie mam nic. Dla świata nie ma to żadnego znaczenia. Dla świata, w którym kiedyś chciałam zaistnieć – pozostanę na zawsze niewidzialna.

22.01. 2020

Śnił mi się wąż wchodzący mi pod żebra. Krzyknęłam i uciekł. W lecie zeszłego roku zabiłam żmiję. Dokonałam tego siekierą Fiskars zakupioną w celu rąbania szczapek na podpałkę. Głowa odpadła a ogon ślizgiem wpełzł pod deski. Znalazłam go i zakopałam obie części, głowę osobno i ogon osobno. Wcześniej sprawdziłam w necie jak wygląda żmija. Wyglądała identycznie. Tutaj jest ich sporo, wygrzewają się w słońcu na środku drogi, ale ona leżała przed stajnią. Zamknęłam szczeniaki w kojcu. Zabawa wężem na pewno nie uszłaby ich uwadze. Wąż ze snu wyglądał podobnie. Zapamiętałam lśniący zygzak i język jak słupek drapieżnego kwiatu. Zapamiętałam uczucie desperacji w obliczu zagrożenia. Uczucie obrzydzenia na myśl o pozbawieniu jej życia. Zrobiłabym to ponownie na widok kolejnego węża w ogrodzie, chociaż wszystko we mnie wrzało ze wstrętu do samej siebie.  

25 stycznia 2020.

No i mam półpaśca. Kolka okazała się właśnie tym.  Jebane gówno. Ale choroba jest hamulcem bezpieczeństwa ciała. Jestem zmęczona, zmęczona , zmęczona. Jestem bardzo, bardzo zmęczona ostatnio. Nie przystoi tak tyrać po sześćdziesiątce. Pokłóciłam się z kolejnym aktywistą fundacji, panem K. Nie znoszę festyniarstwa. Że też ludzie mają takie wyobrażenie na temat mojej osoby, moich znajomości, moich powiązań. Powiązane to ja mam tylko myśli i ręce. Znajomości nie mam żadnych, a jeśli nawet mam – nie korzystam z nich pod żadnym pozorem. Więc na jedno wychodzi – nie mam ich.

Dzisiaj, dzięki akcji pana K. dorobiłam się blaszanego pudła, które miało być kojcem. W środku gruba warstwa zaschniętych gówien, że też ten biedny pies musiał tam mieszkać. Co za ulga, że go wydostaliśmy. Dodatkowo pan K. w ramach wymiany za uratowanie psa załatwił dwa metry drzewa zamiast siedmiu. Jest sosna, miał być dąb. Sosna się nie nadaje do kominka. Zapłaciłam 500 zł za te dobrodziejstwa. Pies jest dziki, nieadopcyjny i duży. Zostanie nam na zawsze za 400 zł miesięcznie.  Dąb dupa ząb. Interes życia.

Ból pod żebrami jest dojmujący. Połączenie swędzenia z przypalaniem i kłuciem. Śpię, kiedy tylko mogę, półprzytomna. Na podwórku ta wolnostojąca cela więzienna z przyklejonymi kupami.

27 stycznia 2020. Półpasiec ma się dobrze, ja gorzej.

Wczoraj była wiosna, dzisiaj z powrotem jesień. Za chwilę lato. Tylko zima, moja zima zniknęła, może na zawsze? Najstarsi ludzie jeszcze pamiętają zimy. Wychodzi na to, że jestem jednym z nich. Śniegi do pasa w Kościelisku. Śnieżne dróżki wydeptane pomiędzy metrowymi zaspami. Skrzypienie śniegu, iskrzenie śnieżnych pól. Wtedy w Kościelisku z Maćkiem też byłam nieszczęśliwa i paliłam się do normalnego życia. Teraz mam normalne życie (czyżby??) ale tamto jest jak skarb. Przyjmując, że czas nie istnieje, ono trwa nie tylko w mojej pamięci. Ono wciąż tam gdzieś jest i się dzieje. Ślady na śniegu są świeże.

28 stycznia 2020.

Im więcej zostaje w portfelu tym bardziej się wydaje, że to za mało! Od razu widzę mój dziurawy płot, zgniłe przyciesie, eternit na stodole, obtłuczone auto. No i ten blaszak z gównami, który muszę przerobić na domek dla szczeniaków. Moje psy mają wszystko, ale ja tego nie widzę. Kiedy mam kasę, widzę tylko to, czego jeszcze nie mają. Albo to, co mają, ale lepsze. Albo to samo, ale więcej.

30.01.2020

Można powiedzieć, że fundacja się okopała. Nie jest to już taki szalony taniec pingwina na szkle. Przestałam się bać. To gigantyczny sukces, że przestałam się bać. O kasę. O jutro. Przestałam się bać papierów, urzędów, policji. Hejtu, Tobiaszowej, sąsiadów, końca siana i końca świata. Listonosza się już nie boję. Patrzę w ten rok w miarę spokojnie. Obroniło się tylko to, że robimy swoje. Żaden festyn, żadna telewizja, nic z tych rzeczy – nie przyczyniło się do dzisiejszego, optymistycznego wniosku w to zimowe, brzydkie popołudnie z półpaścem. Wygrałyśmy wyłącznie robiąc swoje.

Wstecz rzucając na naszą batalię spojrzenie pełne podziwu nie mogę pojąć jak ja to wszystko przeżyłam – te 10 strasznych lat po śmierci Maćka. Pewien więzień Oświęcimia na pytanie jak tam było rzekł po prostu- w Oświęcimiu był Oświęcim.  A w czarnej dupie czarna dupa. Nie porównuję moich 10 lat do Oświęcimia, bo wyszłam tylko z czarnej dupy, ale dobrze, że siedząc w niej po uszy nie miałam świadomości klęski. Bo gdybym miała – mogłabym nie udźwignąć codziennego bezmiaru utrapienia.

Mimo tego, że mnie jebie półpaścowa kolka, czuję się strasznie, połykam tabletki, jestem słaba, mam matkę z rakiem i pampersami od rana do wieczora, piździ deszcz ze śniegiem, gniją belki w stajni a kolejka czarnych podpalanych, nieadopcyjnych szczeniaków wydaje się nie mieć końca – mimo tego mam pełną świadomość faktu, że z czarnej dupy się wyczołgałam.

31.01.2020

Jaka by była moja matka, gdyby się urodziła trzysta lat temu wiosce Indian? Czym by się różniła od siebie urodzonej jako moja matka? Co z nas zostaje po odjęciu tego, co nas kształtuje? Identyczne nasiona na odmiennej glebie mogą wygenerować bardzo różne roślinki. Czy jesteśmy tylko identycznymi nasionami na różnych wyrosłymi glebach? Czy istnieje coś niezmiennego, co każdy ma swoje? Czy to jest właśnie prawda o nas? Jako mistyk uznałam, że stanowimy jedność, czy też całość, ale całość nie musi być zbudowana z takich samych klocków, jedynie z kompatybilnych. Pasujemy do siebie wszyscy WŁAŚNIE dlatego, że każdy jest inny. Dlaczego więc nieustannie zgrzyta? Czy w ramach materii te kawałki są pokrzywione, czy w kwestiach ducha? Kim bylibyśmy po odjęciu zewnętrznych wpływów, kultury, systemów wartości, kodeksów, przywilejów czy prześladowań. Czy to nas kształtuje, czy paczy? Od czego zależy, czy to pierwsze, czy to drugie. Czy droga życia jest zatraceniem osobowości, czy ją odsłania i tworzy? I wreszcie ostatnie najważniejsze pytanie – czy kiedykolwiek, nawet po śmierci – poznam odpowiedź na to, kim jestem tam w środku? Odpowiedzią będzie zapewne to właśnie. To, co ze mnie zostanie po śmierci będzie odpowiedzią.

02.02.20 20

Dziwne daty, jak z kodu cyfrowego. Daty łatwe do zapamiętania, daty dla kretynów. Całe stulecie dla kretynów. Upiekłam kolejny sernik, zamawiam talerze i filiżanki jakbym się szykowała na tłum gości a przecież się nie szykuję. Odkrywam jedynie piękno porcelany. Nie chce mi się rysować. Ostatni portret na zamówienie jest jak ostatni stosunek przed rozstaniem. Męka. Pamiętam te ostatnie razy. Pamiętam je dużo lepiej niż pierwsze. Męka!

3.02.2020

Cyganka – matka szczeniaków zaczyna znikać. Prawdziwa Cyganka. Jedyna matka, która nie daje własnym dzieciom zjeść z jej miski. Jedyna, która je porzuca. Ma narzeczonego, który został na bezdomności. Prawdopodobnie to jej brat, albo syn, bo identyczny, tylko jeszcze bardziej niż ona – zdziczały. Pojawia się i znika w okolicy spalarni śmieci. Sceneria jak ze złego snu, ale Cyganka biega tam, kiedy tylko nakarmi szczeniaki. Szuka go.  Może być, że wrócą razem. I co im powiem? Że nie ma miejsca? Akurat.

Jest wiele poważnych upierdliwości życia o których, mieszkając tutaj – nie mam pojęcia. Wiele rzeczy, które są w stanie ludzi wykończyć. Korki, hałas, paraliż miasta w godzinach szczytu, windy, sąsiedzi, betony. Moje życie jest przy tym jak z bajki. Mam niewiarygodnego farta, że spierdoliłam z miasta.

1.02.2020

Dobrze, że styczeń już minął. To najdłuższy i najbardziej żmudny miesiąc w roku, pełen aktualizacji, od rana do wieczora bunt maszyn. Rok zawsze rozpoczyna się administracyjną czkawką, nie wiedziałam tego dopóki nie prowadziłam firmy zwanej fundacją na urządzeniach zwanych komputerami.

Muszę ukoić nerwy, myślę, że tym który najbardziej się przyczynił do ich kompletnego rozstroju był nieustannie pląsający pan K – na szczęście nie ma go już wśród nas, czyli mnie i psów. Uosabiał wszystko, co mnie drażni, a najbardziej mnie drażni tryskanie dobrą energią w rodzaju -„ wszystko jest cudnie”. Bo kurwa cudnie nie jest. Jest jebanie źle w państwie duńskim. Upojony swoją misją wolontariusza naraził  fundację na mnóstwo niepotrzebnych kosztów, ale nie to było najgorsze, tylko stracony czas. Zbyt cenny jest dla mnie ten czas, ogryzek wolności po całym dniu przetrajkotanym, przetruchtanym, przemielonym przez maszynę do mnożenia wątków. Zbyt cenny, żebym sobie mogła pozwolić na marnowanie choćby czterech minut.  Ach dość! – powiedział Staś i zabił lwa.

04.02.2020

Jedyne, w co naprawdę wierzę – ludzie nazywają Bogiem. Obejrzałam „Dwóch papieży” – śnili mi się potem obaj w kenelu za murem schroniska. W tych czerwonych i białych kieckach. Film znakomity, jestem pod nieustającym wrażeniem kunsztu sztuki filmowej i jej szczytowej formy w obecnych czasach. Hopkins wypowiada tam zdanie, które ponoć było ulubionym Ratzingera – „Prawda nie jest nic warta bez miłości.” Miejmy nadzieję, że dobrze to rozumiał jeden z drugim przebieraniec. Prawda bowiem i miłość to jedno. Miłość jest jedyną prawdą, ponieważ prawda jest miłością. Nie ma innej prawdy niż miłość. Absolut nie wyróżnia pojęć – jest zarówno wolnością, jak miłością.  Wolnością i miłością w jednym. Miłość to wolność, chociaż 99 procent zakochanych uważa, że to się wyklucza. Ale zakochanie jest przeciwieństwem miłości, jest karykaturą miłości, jej żałosnym odbiciem w materii, a cała materia jest przecież tylko symbolem Rzeczywistości. Smętną imitacją prawdy. Teatrem, ustawką, czymś potwornie nietrwałym, przerażająco wprost ulotnym.  Nawet sztaba złota jest żałosna, ona najbardziej.

Cyganka przyprowadziła narzeczonego. Identyczny, tylko młodszy. To jest chyba jej synuś z poprzedniego miotu. Zjedli i stanęli z powrotem pod furtką. W związku z moim umiłowaniem wolności – wypuściłam ich do lasu. Wrócą. Bo jaki pies nie wróci do miejsca, gdzie karmią i nie zamykają?

05.02.2020

Odpoczywam, choroba mnie do tego zmusza. Pierdolę zapierdalanie- ładniej się powiedzieć nie da. Śpię codziennie jak kamień po kolacji, budzę się z lekka nieprzytomna o ósmej wieczorem, nie wiem, gdzie jestem, maligna, ten dom pełen psów, ciemność, ogień dogasający w kominku, wszystko jak nie z tego świata. Bo nie z tego! Samotnia moja całkowita, w pokoju na dole podobnie jak ogień dogasająca matka. Śnił mi się ten ogień, to dobrze, zawsze dobrze, kiedy się ogień śni. Śnił mi się znowu Godfrey, nikt mi się tak nie śni. Tak często, niemal codziennie. Zasypiam i jest, nie wiem kto do kogo przychodzi, może on do mnie, może ja do niego. Jego obecność jest tak realna, że już mnie nawet nie dziwi. On po prostu JEST. Dziś brał kąpiel, leżał jak dawniej w wannie pełnej wody i mówił o Samborskim. O Rembrandcie, o Halsie, o Malczewskim. Jakby nie umarł, jakby się nie przetoczyło 36 lat życia od ostatniego spotkania w Paryżu. Mówił, że musi tam wrócić. Zawsze mówi, że MUSI. Nigdy, że chce. Tym razem miał jechać pociągiem. Pocałowałam go w ramię. Poprosiłam, żeby na mnie poczekał i obudziłam się. Więc teraz będzie na mnie czekał w tej wannie do usranej śmierci, to już naprawdę niedługo.

Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze wrócę do malowania. Wydaje mi się, że wystarczy tych prac. Dałam Ci – świecie – setki naprawdę dobrych obrazów. Nic z tym nie zrobiłeś, więcej nie dostaniesz. Wystarczy na trzy wikipedie.

6 luty 2020

Czarny, sądny dzień. Wszystkie psy mi pouciekały. Do wieczora znalazły się tylko Cygany, Yankes zniknął. Ale wróci. Boże, wierzę, że wróci. Szuka go cały Szydłowiec. Ślepy, słodki, głupi down z adresatką zapewne przykuje czyjąś uwagę, jeśli nie będzie zbyt długo łaził po lesie. Dodatkowo odebrałam z policją szczeniaka więzionego na balkonie. Koszmar zdaje się nie zwracać uwagi na moją wydolność.

7 luty 2020

Nie ma Yankesa. Taki był absorbujący, męczący ze swoim kalectwem, marzyłam o jednym dniu bez niego, a teraz nie mogę wytrzymać nawet godziny. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, nie ma nic gorszego niż zaginięcie psa a co dopiero psa, który nie widzi. Jak sobie poradzi takie autystyczne dziecko. Bezgranicznie poczciwy i ufny, a przy tym słodki i jedyny w swoim rodzaju. Łazi gdzieś, nie może trafić, chce mu się może pić, a jeść na pewno, a ja nie mogę mu pomóc.

Szczeniak musiał strasznie zaliczyć u patoli. Jezu Chryste jak ci ludzie są nieświadomi niczego.. Jak to pan Hawkins formułuje – kalibrują poniżej 50.

Kto czyta takie książki jak ja? Kogo to zajmuje? A jednak dnia pewnego w Skarżysku Kamiennej odwiedziłam osrany lumpeks i grzebiąc w nieświeżych stosach brudnawych bluzeczek usłyszałam z radia włączonego na zagraconej ladzie program o teście kinezjologicznym Hawkinsa. Usłyszałam dokładnie to, o czym właśnie czytam w jego książce „Doświadczenie rzeczywistości”. To nie był sen. Do dziś nie potrafię się otrząsnąć, jak to w ogóle było możliwe.

Mój twórczy potencjał jest równy zeru. Lepiej mają ci, którzy wciąż szukają. Ci, którzy znaleźli – mają przesrane. Może dlatego mnie przyprowadziłeś z powrotem do rzeczywistości, chociaż oboje wiemy, że nic takiego jak rzeczywistość nie istnieje. Ale gdybym wciąż chodziła z mózgiem jak świecąca żarówka– pragnienie śmierci byłoby jedynym niespełnionym. A tak – znowu szukam. Szukam tego, co już kiedyś znalazłam i gdzieś podziałam. A nade wszystko szukam Yankesa.

14 luty, to już po Walentynkach a były upiorne. Śnił mi się Maciek z psem płaczącym na rękach, śniła mi się roślina z ukręconym pędem, sama się zawiązała na supeł u podstawy. To ja zapewne, to moje życie. Życie na krótkiej smyczy, ze słuchawką w uchu. To ja, permanentnie szarpana w wielu kierunkach a stojąca w tym samym miejscu. Lepiej się tego nie dało zobrazować.

Wiosna w lutym – 19. Kiedyś to się brnęło o tej porze przez niegdysiejsze śniegi. Dziś śpiewają ptaki i piszę przy otwartym oknie. Chciałam skończyć życie na Hawajach, a Hawaje przyszły do mnie.

Zawożę dziś matkę do Krakowa, bo oglądanie seriali w Krakowie jest czynnym życiem a oglądanie ich tutaj jest wegetacją. Niech jej będzie. Bo gdzieś tam, na dnie duszy doskonale ją rozumiem.

21 luty 2020

Ach, Ty jeden jedyny Wielki i Skuteczny, słyszysz jak odszczekuję inwektywy? Niewiarę? Że w Ciebie wątpiłam? Hau, hau, hau!!! Jest Yankes. Znalazł się, To cud, że wrócił. Cały i zdrowy. Gdzie był przez dwa tygodnie? Nigdy się nie dowiem. Zjadł i poszedł spać. Patrzę na niego, sprawdzam, czy jest na swoim miejscu jak niektórzy sprawdzają, czy złoto leży w sejfie tam, gdzie leżało.

27 luty 2020.

Sześć szczeniaków.  Są wszędzie, niszczą, leją, drą na strzępy, w nocy robią ogromne kupy. Ale są tak rozkoszne, tak niewinne, że nie ma na świecie nic bardziej od nich niewinnego.  Jestem uzależniona od ich niewinności.

W młodości mamy ochotę biegać, a każą nam siedzieć. Na starość myślisz już tylko by zlegnąć, a każą ci biegać. Wieczorem chcesz pożyć, rano pospać. Człowiek nie jest do końca stworzony, raczej w połowie porzucony. Od dawna nie maluję. I nie tęsknię za malowaniem. Jest czas malowania i czas oddychania. Aktualnie oddycham.

Czy można komuś wyprać skrzydła? Najwyraźniej się udało. Leżą te skrzydła w szafie, odebrałam je z magla. Nie chcę ich zakładać. Mam odruch wymiotny na myśl o portretach i gwaszach. Nie wiem czy kiedykolwiek do nich wrócę. Chcę pisać. Chcę spać. Chcę czytać, oddychać, myśleć.

Wczoraj zagrabiłam hektary podwórka. Dzisiaj bolą mnie plecy. Gdybym się skupiła, podwórko byłoby zagrabione i bez grabienia. Mocą moich kwantowych przekazów.

03.03.2020

Daty tegoroczne powalają. Warto by coś w tym dniu założyć, jakiś kamień węgielny rzucić, wynalazek opatentować, urodzić coś w taki dzień lub uroczyście pożegnać. Jeszcze lepszy był 02.02.2020 – i nic. Nic! Dzień jak co dzień. Nie pamiętam go już. W ogóle dni wszystkie takie same i wtedy nie wiadomo, czy czas pędzi, czy się właśnie zatrzymał, jak w Dniu Świstaka.

04.03.2020.

Moja kontuzja pograbienna jest dojmująca. Ledwo chodzę. Dzień przeczekałam w fotelu. Wczoraj podobnie, ale na krześle w przychodni, była to idealna okazja na dopchanie się do lekarza rodzinnego matki by z niego wycisnąć receptę na darmowe pampersy. Przychodnia w Jastrzębiu to miejsce, którego nigdy bym nie odwiedziła z własnej woli. Siedziałam od lewej ja z książką starannie w tym celu dobraną, obok matka z dzieckiem, matka z dzieckiem, matka z dzieckiem i matka z dzieckiem. Matki z dzieckiem miały adidasy na gołe nogi, postrzępione dżinsy i krótkie puchowe kurteczki w opony. Plus jedna dodatkowa opona na brzuchu, bo matka z dzieckiem już taką może mieć, a nawet powinna.

Co to za obyczaj te straszne sportowe, paskudne buty na gołe nogi? Zimno, wieje, a tu goła noga w bucie. Same buty są też wyjątkowo brzydkie, bezkształtne, plastikowe, przypominają jakieś urządzenia, protezy, kalafiory. Spodnie nosi się do nich za krótkie, koniecznie z wielkimi dziurami na kolanach. I wszystkie lale takie spodnie mają i te kolana zmarznięte, sino- czerwone wystawiają przez postrzępione dziury. Kto to wymyślił? Jakiś wariat.

Paradoks mody polega na tym, że każdy chce być zauważony, więc nosi rzeczy, które teoretycznie mają to zapewnić, ale ponieważ WSZYSCY je noszą – pozostają identyczni i w rezultacie niezauważeni. Za Boga nie byłam w stanie odróżnić ani dzieci ani matek. Plastikowe kalafiory na gołej nodze i dziurawe spodnie dowodzą, że bezrefleksyjność to stan powszechny. Nikt po głębszym zastanowieniu nie zdecydowałby się tak wyjść z domu. Setki lat kultury i cywilizacji zostały zaprzepaszczone przez armię łachmytów. Gdyby zapytać dzisiaj kogokolwiek – co chciał powiedzieć przez taki strój – bo strój jest oczywistą manifestacją, czemuś służy, coś określa w człowieku – odpowiedzią byłby nieartykułowany dźwięk. Pogratulować.

Przybysze z kosmosu podzieliliby nasze społeczeństwo na polityków, ekscentryków, dziurawe kolana i jakąś marną resztę. Mam nadzieję, że znalazłabym się w tej marnej reszcie, tak mi dopomóż Bóg.

No i teraz, w tej scenerii pełnej zmarzniętych kolan zabrałam się za lekturę, a lektura mną potrząsnęła, wywołując wewnętrzny spazm, jakiego bym się nigdy nie spodziewała w NFZ w Jastrzębiu. Facet opisał swoje spektakularne nawrócenie na Saharze. Już pierwszy rozdział sprawił, że poszybowałam w przeszłość niczym odrzutowiec. Algieria… Książka się zaczyna w Ghardai. Cała nasza rodzina była w Ghardai, chociaż niewiele osób, nawet w miarę oblatanych  wie, co to za miasto. A jednak w pewnym domu na Warmijskiej w Krakowie każdy to wiedział, co więcej, większość miała w posiadaniu swoje zdjęcie na tle ghardajskiej kazby – tak się to chyba nazywało.. Moja podróż z ojcem na Saharę, wtedy wzgardzona i niedoceniona przez umysł ogarniętej seksem nastolatki, nagle odżyła. Kolejny utracony na zawsze czas. W ogóle tam nie byłam szczęśliwa, liczyłam dni do powrotu, bo w Krakowie czekał pierdolnięty gitarzysta z kręconymi włosami – przedmiot moich westchnień. Tymczasem przemierzałam pustynię i wspinałam się po stromych uliczkach Ghadrai z ojcem, którego tak strasznie kocham, a on już nie żyje, nie ma go. Już go nigdy nie zobaczę, a wtedy go miałam tylko dla siebie. Czas swoje, dusza swoje…

4.03.2020

Korona- wirus. Jakże on musi paskudnie wyglądać! Na pewno jest włochaty, kłujący i ma złe oko. Atakuje bezbronne staruszki w tramwajach albo w windach. Zamknięci w małej windzie z chmarą podrygujących, iglastych kuleczek jesteśmy kurwa bez szans. To już lepsze schody, chociaż mogły się do nich przylepić podstępne karakony, bo lepkie są z założenia. Dzięki telewizji, która przeżywa renesans tak niespodziewany, że sama w to nie wierzy– wszyscy już wiemy, że należy kupić ryż, domestos i wódkę wyborową. Z ryżu dodatkowo można wódkę wypędzić i wirusa za jednym zamachem też. Z domestosem już się nic nie robi, tylko polewa. Ach, jak dobrze, znowu mamy stan wojenny. Mamy panikę, puste półki, kolejki, zdobywanie cudem zdobytego, a zaraz będzie czarny rynek maseczek i konie pod każdą apteką z talonami na odkażacze. Polak wszakże potrafi, Polak to potrafi najlepiej! Bo nasza jest korona, choć wirus chiński. Maryja Królowa Polski wysłuchała modlitw i wróciła z koroną. Oddała nam naszą umęczoną ojczyznę, bo innej nie chcemy. Amen.

05.03.19

Nie piję. Dzisiaj nie piję i dobrze. Dość tego picia, głowa mnie tylko boli. Mam straszną ilość psów na podwórku, ale jakoś to ogarniam. Mogę siedzieć w domu bez przerwy, jestem z zamiłowania zakonnikiem.

Uwaga. Z dniem 6 marca 2020 skończył się w Polsce portret Agnieszki Kowalskiej. Kto się załapał – może sobie pogratulować. Uważam, że narysowałam już wystarczająco dużo, żeby z tego zrobić użytek a ze mnie zrobić słynną artystkę. Koniec!! Koniec tego miziania buziek, tego mentalnego pointylizmu, tej techniki pyłka i wacika, koniec kurwa!!! Żebym miała z głodu zdechnąć i na psy zejść całkiem – koniec. A w każdym razie przerwa. Nie wiem na ile. Na tyle, żeby mi się zachciało jeszcze za stołem usiąść i zrobić coś dla siebie. A jak nie zechcę? To nie zrobię.

Dzisiejszy dzień jest dniem ryzykownym, dniem pomiędzy samobójstwem a zmartwychwstaniem, dniem pustki. Wyparowało ze mnie życie, nie widzę sensu życia, prócz życia zwierząt. Moje życie też jest życiem zwierzęcia. Ależ komunały. Literatura, jedyne, co pozostało, ale za późno by ją uprawiać. Za mało umiem, a ona za dużo wymaga.

Moje wyrzuty sumienia spowodowane odesłaniem do hotelu czarnego pieska są rzędu oddania matki do domu starców. A przecież nie każdego psa mogę zabrać do siebie. Tak jak niektórzy nie mogą zabrać do siebie swoich sfiksowanych matek. Jestem zaszczuta psami. Czuję się w obowiązku uratować je wszystkie. Pan Bóg zwalił to na mnie. Szukam od wielu dni jakiejś drogi ucieczki. By móc zmniejszyć, wyhamować, wyciszyć życie. Niczego już nie dobudowywać, co najwyżej naprawiać. Moje pragnienie samotności jest kosmiczne, a tu od rana wrze jak w garnku! I jeszcze jeden koń spakowany czeka na transport. Mam wrażenie, że nikt nie ma pojęcia, ile we mnie drzemie zła, wyniosłości, niechęci. Nie widzicie, jakim jestem potworem? W tym altruistycznym, dobroczynnym dziele nie czuję się sobą. Ani trochę.

Chcę się modlić. Chcę się cały dzień modlić, to jedyne czego chcę. Nie chcę nikogo oglądać, chcę widzieć drzewa i niebo, modlić się do nich w wygodnej pozycji, w starym fotelu na górze. Nie wychodzić z domu całymi dniami, jeść chleb o smaku chleba i pić czarną kawę bez cukru. Modlić się. Tego chcę naprawdę. Modlić się bez żadnego celu i w zasadzie nie wiadomo do kogo i o co.

Dzisiaj klasycznie pękłam. Na widok kolejnego, dużego psa zaparłam się kopytami, że nie. Nie wezmę, nie dam rady. To było jak przyznanie się do klęski. Moje ciało odmówiło współpracy. Mój umysł zagotował. Ludzie w moim wieku odchodzą na emeryturę, nie wiem co to znaczy. Potrzebuję pomocy, ale pomoc oznacza wrzawę, akcję, jest jeszcze gorzej. Przyjeżdżają, zawracają gitarę, nigdy wtedy nie odpoczywam. Zostaję sama ze wszystkim. W nocy śnią mi się psy, kolejne psy, które On olał a ja nie mogę i nie mogę przez to odpocząć.  Potem się roztrzęsłam, płakałam, byłam bezsilna. Boję się odebrać telefonu, boję się wyjść z domu, boję się sąsiadów wynajdujących wszędzie kolejne psie potworności, czy wiejscy ludzie nie potrafią mówić o czymś dobrym? Żyją tymi okrucieństwami, pasjonują się nimi. Na koniec zadzwonił jakiś wariat w sprawie adopcji małego Tarota. Powiedział, że ma węża boa i szczeniak jest mu potrzebny, żeby nakarmić węża. Boże, nie zostawiaj mnie tak. Nie zostawiaj mnie.

7 marca.

Senność mnie wzywa w zaświaty, które są moim azylem od wszystkiego tutaj. Nic mnie za bardzo nie martwi ani nic nie cieszy. Chciałabym mieć przed sobą wielkie nic. Kocham nic.

10.03.2020

Znowu śnił mi się Tomek, zamienił nasz dom na inny, w zasadzie zamienił się na domy z jakimiś przyjaciółmi. Ten dom okazał się dziwny, w pierwszej chwili mi się podobał, bo miał trawnik zamiast podłogi. Potem było już tylko gorzej, ale klamka zapadła. Były zabetonowane kuchenki i ogromny, otwarty komin pełen porozrzucanych cegieł, a także wnęka mogąca stanowić spiżarnię, niestety pełna psich odchodów. Usiadł tam i płakał z głową na moich kolanach a mnie drętwiały nogi, ale nie miałam sumienia go odsuwać. I te psie gówna wszędzie wokół nas…

12.03.2020

Dzisiaj po raz pierwszy od wieków poczułam, jak to jest mieć czas. Całe popołudnie przeglądałam zdjęcia, szukałam motywu do obrazka. Poprawiłam gwasz który czekał na korektę prawie rok. Trzy kropki dwie kreski. Upiekłam  sernik. Ludzie powariowali z korona wirusem. Powszechna tęsknota do stanu wyjątkowego, do zbiorowej sytuacji ekstremalnej jest tego źródłem.

Hawking pisze tak pięknie o mistykach i wyjściu poza czas. Ktoś to jednak umiał ująć w słowa.

16.03.20

Pisałam, że nienawidzę owczego pędu i nienawidzę. Ciekawe, że w obliczu kompletnego chaosu i pandemii spowodowanej nową odmianą grypy, która w dodatku śmiertelna jest w takim samym stopniu jak każda grypa – ciekawe, że moje życie przeciwnie – z dnia na dzień się prostuje.

19.03.20 20

Raport o stanie państwa. Państwo już nie stanie. Upadło pod ciężarem czegoś, co nie jest widoczne gołym okiem i wygląda jak zabawna, rozczochrana kuleczka. Jak raz mam dużo pieniędzy na koncie… Ostatni portret na zamówienie plus tantiemy i na dużą kupę diabeł jeszcze nasrał rentą. Zatrudniłam pracownika i dzięki temu zupełnie już nie wychodzę z domu, wcale nie dlatego, że jest koronawirus. Ja mam zawsze indywidualny powód niewychodzenia z domu, inny niż reszta ludzkości.

„Dżuma” Camusa, wszyscy teraz o tym mówią w kontekście zarazy. Byłam w Oranie, ale zamiast trupów na ulicach widziałam trupa cywilizacji.  Pamiętam śmieci, smród, brudne, stare auta i odrapane budynki. Arabowie powinni zamieszkiwać pustynie a nie francuskie miasta. To tak na marginesie.

Dzisiaj mam taki szczęśliwy dzień, mogłabym pisać i rysować, i robię to, ale pożądanie ciągnie mnie w stronę kompa, gdzie od wczoraj roztrząsam życiowy problem – czy kupić sobie torebkę Venecji. Zieloną, czy brązową… I uspokoić się nie mogę, ani zdecydować tym bardziej. I gdzie ja niby z tą torebką pójdę?? Do pustej Biedry??

I teraz najważniejsza sprawa. Sprawa figurki ceramicznej…Wszystko jest połączone. Kiedy jeszcze wirus wydawał się odległy i przereklamowany siedziałam w przychodni w Jastrzębiu obserwując gołe nogi w adidasach (poczyniłam stosowny wpis w Dzienniku powyżej) i zagłębiałam się w lekturze o nawróceniu na Saharze Erica Emanuela Schmidta.  Koleś ma na koncie słynny tytuł „Oskar i pani Róża” – nie czytałam, ale tytuł zdawał mi się jakiś przedwojenny.  Okazuje się jednak, że Schmidt jest 2 lata młodszy ode mnie. Pisze jak mądry starzec, to mu trzeba oddać. Nie chciałabym tak pisać, ale język tekstu wprowadził mnie w nastrój wzniosły i na chwilę udało się przegnać satyra, mojego wiernego druha zawsze za plecami. Opisy miejsc, które odwiedzałam z ojcem były tak sugestywne, że przez chwilę zapomniałam o przychodni w Jastrzębiu, o psach, o moich dwóch małżeństwach i dzieciach, o całym życiu, które później miało nastąpić. Zobaczyłam miasta ulepione z gliny jak domy termitów, oazy, piaski, podróż przez Saharę, ojca zbierającego na łopatkę zrzutki sów- bezcenny materiał do badania kręgowców saharyjskich ukryty w wymiocinach ptaków zamieszkujących zakamarki dziwnych gór ze ściętymi stożkami. Zobaczyłam siebie, grubą, źle ostrzyżoną, wsłuchaną w Boba Marleya i z nieodłącznym zeszycikiem, po który sięgałam wieczorami przy latarce, a nocne niebo nad Saharą było na wyciągnięcie ręki. Gwiazdy spadały na nasz tropik, rozciągnięty przez ojca nad namiotem, nie potrafił bez tego zasnąć a przecież w czasie całej podróży tylko jeden raz spadł deszcz.

Ale wróćmy do figurki, przedstawia klęczącego, nagiego człowieka z głową ptaka. Prezent od Irminy, która nam darowała do fundacji psa Bonusa i w związku z jego pobytem także dużo pieniędzy. Kiedy wróciłam z przychodni zauważyłam z przerażeniem, że figurce odpadły stopy. Nie mam pojęcia jak mogły jej te stopy tak zwyczajnie odpaść, leżały obok. Nie spadła, nikt jej nie strącił, ale stopy odpadły. I nagle mnie olśniło. Maska z dziobem jest symbolem zarazy. Figurka przedstawia człowieka w masce. Nosili taką lekarze, kryjąc nos w wonnych, leczniczych olejkach, żeby nie czuć odoru śmierci i odgrodzić się od chorych. Akcja Dżumy dzieje się w Algierii, wszystko jest połączone. Bonus, zaraza, arabska kobyła, która tu przyjedzie, książka czytana w ośrodku zdrowia, zielona torebka z Venecji, maska też jest bardzo weneckim symbolem, wszystko jest połączone. Wszystko, co się wydarza, zawiera tylko jeden kontekst – moje widzenie rzeczywistości. I jest całkiem możliwe, że sama sobie własne życie wymyśliłam. Łącznie z zarazą stworzoną na użytek mój i mojego świętego spokoju.

21.03. 2020

Znowu się spotkaliśmy. On stał i czekał przed furtką, ja wracałam z psami. Bardzo się wzruszyłam. Leciałam do niego jak głupia. Tyle mamy sobie do powiedzenia. Co prawda czułam się, jak zawsze – niekomfortowo, w dresowych spodniach i za ciasnej kurteczce, ale tęsknota była w nas tak potworna. Ech, pogadałoby się, a mieliśmy kilka minut. Uściskałam go, otarł oczy, ja jak zwykle nie wydusiłam z siebie ani jednej łezki, ale wiedziałam, że to tylko chwila pomiędzy światami. Wyciągnął z bagażnika trzy ogromne torebki. Dwie czarne (jedna ze srebrnymi napisami jak na trumnie, druga z czerwonym paskiem w kolorze wina) i jedną szarą, też wielką, przypominającą trochę pulpit kompa – dużo tam było naszywek jak ikony. Te czarne komuś dam, szarą sobie Ciucia zostaw- powiedział.  Tak też uczyniłam, a on zamknął bagażnik i odjechał poza granice galaktyki. Ach, Kozi, Kozi, kiedy my się obaczym???

Kupiłam kolejne sandały, czarne, fason jak dla zakonnicy. Od kilku lat takich szukam. Bez wychodzenia do sklepu kupiłam buty i torebkę. Teraz pytanie, gdzie ja niby będę w tym chodzić, skoro się nigdzie nie da chodzić??

22.03.2020.

Nie wiem do czego to doprowadzi, ale na razie piękny jest to czas. Dawno tyle nie wypoczywałam, nie czytałam, nie siedziałam w fotelu. Super wirus. Jak mnie nie dopadnie – to jestem wielką wygraną w tym kataklizmie.

Niewątpliwie jest darem niebios dla mnie ta zaraza. Świat się zatrzymał- jak stwierdziła moja inteligentna synowa i to jest pięknie powiedziane. Nie marzyłam o takim zatrzymaniu świata. Prawie jak w Wanilia Sky.

23 marca 2020

Szczeniaki wyjeżdżają co chwila, na szczęście. Koronawirus atakuje, będę go miło wspominać. Siedzenie w domu to coś, czego nigdy, absolutnie nigdy dość w moim życiu. Nowa kobyłka piękna i grzeczna, ale od Wenecji oberwała. Jednak będą musiały się zaprzyjaźnić, nie mają wyjścia.

Trwa bezrybie literackie we mnie. Może mi się musi dopiero zebrać na pisanie? Bzdura – im więcej piszesz, tym więcej piszesz – kto ma temu będzie dodane, jak mówił Jezus Chrystus i dalej nikt nie wie, o co mu chodziło, a kto nie ma, ten pójdzie z jeszcze większymi torbami. Ale w kwestii portretów nie chcę mieć już niczego dodane. Mam taki przesyt, jak w kwestii seksu. Na całe życie. Nienawidzę portretów i seksu.

26 marca 2020.

Epidemia epidemia. Dla mnie szczęsny to czas, choć ogólnie nieszczęsny. Co słychać? Dobrze. A w dwóch słowach – niedobrze. Szczęsny dlatego, że jest go wreszcie w miarę dużo. I udało się to, co się od lat nie udawało – mogę nareszcie nie wychodzić z domu. Zakupy robię raz w tygodniu. Pracownik jeździ z psami do weterynarzy, siedzę za stołem albo pod kompem, posypiam, pomyślę sobie, obejrzę co ciekawego, ciepło mam, czego więcej trzeba???

Nie mogę się najeść samotności. Zawsze tak było. Nigdy nie mam dość samotnego siedzenia w domu, jakbym chciała połknąć galaktykę, istotę pustki. Pustka mnie przyciąga jak czarna dziura. Wielkie „nic się nie dzieje”.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.