Zawsze chciałam uciec i zostać mnichem. W latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, w dolinie Bętkowskiej zobaczyłam przyklejoną do skały chatkę pustelnika i tam się narodziły moje marzenia. Koślawa chatka stanowiła zamaskowane wejście do tajemnej, komfortowo urządzonej groty, gdzie mogłam żyć ukryta przed światem, czyli ludźmi. Z czasem marzenie o pustelni ulegało rozmaitym modyfikacjom, wyobrażałam sobie swoją kryjówkę pod ziemią, w skale, a nawet w ogromnym drzewie. Wyjeżdżałam z niej konno po drobne zakupy i galopem wracałam do siebie. Medytacja, cisza i książki o niczym – stanowiły życie właściwe. Pozostałe czynności takie jak zdobywanie zaopatrzenia, zarabianie pieniędzy itp., nie były warte wysilania wyobraźni, liczyło się tylko Święte Odosobnienie.
Marzenie z dzieciństwa nie opuściło mnie wraz z dorosłością. Poszerzyłam horyzonty o bliżej nieokreśloną misję, nadającą sens i wartość takiemu modelowi egzystencji. A ponieważ żadna opcja ratowania ludzkości nie wchodziła w grę, bo ludzkości od początku nie lubiłam, pozostały mi zwierzęta. Wszystko to w jakiś sposób zrealizowałam po 30 latach poświęconych rodzinie, to znaczy dzieciom oraz mężom.
Powyższa spowiedź stanowi wstęp do rozważań o książce zbiegłego dominikanina, Tadeusza Bartosia pod tytułem „Mnich”. Tytułowy bohater ma w młodości podobne jak ja pomysły na życie, ale zamiast rodziny i mężów wybiera inną formę społecznej przynależności czyli klasztor. Oboje próbujemy żyć po bożemu. Bronimy swojej codzienności zawzięcie, jak to zwykle się dzieje, kiedy człowiek sprzedaje duszę. Wreszcie następuje eksplozja – ucieczka rozwód, awantura i pakowanie manatków w atmosferze ogólnego potępienia. Próby związania się z kim innym, gdzie indziej, źle się kończą, bo jak człowiek wie, że najszczęśliwszy jest sam, to w końcu zawsze będzie sam.
Pytanie brzmi -czy czas poświęcony wspólnocie to był czas stracony? Ile tego czasu teoretycznie trzeba zmarnować, żeby za zmarnowane uznać całe życie ? Ile wypada oddać cesarzowi, żeby móc się radować już tylko tym, co boskie? Czy jeden rok wystarczy? Czy też minimum jedna trzecia życia? A może połowa? Całe życie prócz ostatniej godziny? A więc nagła świadomość na łożu śmierci? Ułamek sekundy, byle było jasne, że należało zwiać?
A czy w ogóle należało zwiać? Nowe życie to nowe wątpliwości. Trawią tak rozwodników jak i byłych mnichów.
Czy rzeczywiście uciekli na jasną stronę mocy czy tylko nie wytrwali w pozornie ciemnej dolinie. Ciemność ich nie do końca opuszcza, jest bowiem wpisana w tożsamość pięknym, pochyłym pismem w księgach parafialnych, na świadectwach szkolnych i aktach ślubu. Gdzieś zostało zapisane kim jesteśmy i co robimy na świecie. Wcielenie jest więzieniem ducha. Żeby nie wiem jak samotnie dryfować, trzeba mieć przy sobie dowód osobisty. Mnich, kawaler, mąż, wdowa, rozwiedziona, ale nigdy pustelnik. Dokumenty mówią swoje. Zniszczyć je to jakby samego siebie ostatecznie i nieodwracalnie wymazać ze świata.
Nikt nie ma odwagi się wymazać ze świata. Ani nawet pomyśleć, że jest wymazany. Wszystko robimy po to, by jednak zaistnieć.
Nie udało się bratu zaistnieć w klasztorze, ani żonie w małżeństwie, więc próbują szczęścia za murami. Pytanie o wartość życia jest wtedy pytaniem wprost do Pana Boga, ale nie wiadomo, czy Pan Bóg istnieje. W przeciwieństwie do dowodu tożsamości.
