Dziennik 2018 – Nie ma Pana Rysia, jest susza.

30.04.2018

Dzisiaj w nocy burza, burza w kwietniu?? Świat się kończy. Wszystkie psy stłoczone w łazience, Maks zajął brodzik. Skąd u mnie zgoda na takie życie? Bywa, że się buntuję, zła energia wchodzi we mnie i błyska, jak te pioruny na niebie. Co chwilę się wkurwiam, wyładowuję nagromadzoną frustrację. Jestem pochłaniaczem brudów. Żeby je przerobić na jakąś karmę – najlepiej Dolinę Noteci – muszę jakiś czas pobyć z tym diabłem w sobie, rozpuścić go w żołądku i ostatecznie wydalić z organizmu. Zamiast się wkurwiać należałoby pobiegać, ale przecież biegam od świtu do nocy. Widać za mało. Za mało biegania albo za dużo do dźwigania.

To wielka łaska – móc naprawiać świat. Pojąć, że życie jest tylko tworzeniem i misją – innego życia tu nie ma. Ludzie zajmujący się pomnażaniem swojego majątku to trupy. Większość ludzi to trupy. Teoretycznie z niejednym bym się zamieniła, ale, tak jak w Matriksie – porzuciwszy pamięć i świadomość. Bo z moją świadomością i pamięcią każde beztroskie życie przekwalifikowałabym natychmiast na jakąś misję prowadzącą do bankructwa i autodestrukcji.

Na szczęście spadł wczoraj deszcz. Jakże ja już potrzebowałam deszczu. Konie go oczekiwały i psy. Teraz znowu urośnie trawa, trawę skoszą, będzie siano, wróci życie. A susza była wszędzie, nie wyłączając mojej duszy i serca.

1 maja. 2018

Długi weekend, jak to w piosence było – i przyszedł maj, czas na kłopoty.  Parvoviroza- Hugo. Dawno nie było plagi. Mój dom to nie tylko sierociniec, to także szpital. Przygięło mnie ostatnio do ziemi, to fakt. Za dużo tego. Ale obejrzałam film o Maudie Lewis i sobie przypomniałam, gdzie żyję. No przecież, że w piekle. Jak na piekło – jest znośnie. Hugo sra krwią, portret nieskończony pomiędzy kroplówkami, konie zrywają sznurki, bo nie ma czasu pastwiska poszerzyć, wydałam wszystkie pieniądze na boks, a kobyła nie przyjeżdża. I bardzo dobrze! Jeszcze mi tylko następnej kobyły brakowało. Powoli, za pomocą okolicznych majstrów z problemem alkoholowym – ogarniam ten dom i stajnię. Powoli, wszystko powoli, mam tyle lat, że JAKOŚ muszę zwolnić.

2 maj.2018

Pies umarł, płaczę, nareszcie, pierwszy raz od wielu lat płaczę!! Płaczę cały dzień strumieniami łez. I nie płaczę nad sobą, płaczę nad niewinnością, jak Faustyna nad Chrystusem płaczę nad niespełna rocznym Hugo. Jego śmierć i cierpienie – to jest ofiara niewspółmierna do cierpienia całego zgniłego globu. Glob niech kurwa cierpi, mam to w dupie. Hugo widział świat bez reklam. Coś, o czym człowiek może tylko pomarzyć, nawet święty człowiek. Hugo o niczym nie marzył. Brał życie, jakie było. Cała ludzkość może mu buty czyścić. Z tym, że on nawet butów nie miał. Problem butów też nie istniał w przypadku Hugo, rocznego, bezdomnego kundelka, który dziś odszedł na parvowirozę. Czy stwórca,o którym coś wiem – mógł wymyślić parvovirozę??? Nie wierzę. Świat jednak sam się ulągł bez niczyjej intencji. Świat stworzyły ciemne moce, a Pan Bóg zerwał się z łóżka dopiero jak usłyszał wielki wybuch.

5 maja 2018

Pogoda jak z bajki, ale to pozory szczęścia. Pogoda w czasach zarazy, wybuchu wojny, masowych egzekucji i tak dalej – zawsze jest bez zarzutu. Teraz podobnie, słońce od rana do wieczora na swoim miejscu. Tylko, że to oznacza suszę, a susza dla zwierząt i przyrody to śmierć. Trawa nie odrasta, konie zżarły już połowę wszystkich swoich pastwisk. Nie mogę już brać żadnych psów, bo te, które są, zjedzą mnie. I popiją, bo ponoć składam się w 70 procentach wody. Idealna mokra karma na taką okoliczność.

Całe moje życie opieram na tym, że nic nie wiem. Ale nie do końca tak jest. Wszystko, co się wydarza, zostało zapowiedziane. Także śmierć Hugo. Widziałam ją, jak wchodzi na górę po schodach. Widziałam fotel cały w płomieniach. Diabeł szalał po domu, zamieniał go w zgliszcza, wszystko malował na czarno. Więc czemu na Boga do końca tak niezachwianie wierzyłam, że wyzdrowieje?

Identycznie było z Maćkiem, też odrzucałam złe sny, masę złych snów. Nie chciałam wiedzieć, że cały czas umierał. Pojęłam to dopiero wtedy, kiedy umarł. Wszyscy mówili, że to się stało tak nagle. Wszyscy byli niedoinformowani. Ja przeciwnie. Ale śmierć potrafi zaskoczyć najbardziej wtajemniczonych. Jesteśmy jak Kubuś Puchatek z jego słynnym – „wypadek to dziwna rzecz, nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy”.

6 maj 2018

Pogoda nadal jak w trzydziestym dziewiątym, to nigdy nic dobrego nie oznacza. Piekło to nie jest to samo, co plaża na Hawajach.

Czytam ogromny życiorys Van Gogha, czytam o jego matce, o jego rodzinie, o coraz większych rodzinnych domach, coraz liczniejszych rodzinnych świętach i zastanawiam się – czy ona w ogóle spała? Kiedy miała czas to ogarniać? I oto jest rozwiązanie! Miała kucharkę i dwie służące! Posiadanie służby było warunkiem rozkwitu kultury w każdych czasach. To, że obecnie wszystko się rozsypało, że ludzkość się cofa do analfabetyzmu, że dzieci nie są wychowywane w domach, tylko w mediach, że nikt dla nikogo nie ma czasu – to jest właśnie brak służby. Można jeść obiad w towarzystwie tuzina ciotek, kuzynek i zięciów, jeśli się go nie musi wcześniej ugotować i po nim sprzątać. Nie ma służby – nie ma wspólnych posiłków ani rozmów przy rodzinnym stole. Słyszał kto kiedy o jednorazowych sztućcach??? Chyba w paleolicie. Nie ma niczego, poza laptopem i komórką, co dzieci mogłyby wynieść z domu. My, owszem, mieliśmy służące, przez cały okres mojego dzieciństwa na Warmijskiej mieliśmy służące. Przed świętami czyściły srebra, pamiętam to doskonale, te monstrualne widelce i łyżki, którymi można było wiosłować ocean. To się całkowicie skończyło. Nie mam prawa nikogo nazywać hołotą ani wymagać klasy od ludzi majętnych, bo pieniądze nikogo do niczego już nie zobowiązują, ani się nikomu nie należą z racji pochodzenia, ale prawdą jest, że nie ma wielkich rodów odpowiedzialnych za ciągłość kultury. Ani służby, która miała swój świat pod pokładem Titanica. Jest bigos w kolorze bigosu i o zapachu bigosu.

Nie ma także Rysia, mojego stajennego, ale są cztery konie. Nikomu się nie opłaca przy nich robić, lepiej robić dzieci. Każdy może dostać 500zł za urodzenie dziecka, ale chociaż żaden inteligent nie uzna tego za wystarczający powód do rozmnażania – zielone światło dla królików zbiera swoje ponure żniwo. Dobrze, że nie dożyję plagi, która z tego wyrośnie. Staram się coś napisać i przeczytać między jedną a drugą taczką gnoju, ale ja nie jestem przyszłością narodu, bo jestem jego przeszłością.  A przyszłością są rzeczone króliki.

7 maja.

Straszny sen. Kolejny. Nic nie będzie lepiej, przede mną chmury czarne jak kurwa mać. Śnił mi się biały koń. Dobrze. Wyskakujący przez okno – niedobrze. Z dziesiątego piętra. Fatalnie. Na dole był dywan. Czerwony. Na tym dywanie skonał, pod dywanem krew. Nie widziałam tego, nie odważyłam się wyjrzeć przez okno. Na szczęście duży pies, który ze mną także był na tym dziesiątym piętrze – został w mieszkaniu i nie wyskoczył. Ktoś powiedział, że dywan leży na drodze psów, więc go zabiorą. Żebym się nie martwiła. Nie martwię się.

Schudłam od tego niemartwienia.

Boję się, dopadł mnie strach. Oczywiście nie jest to TEN strach, spazm potwornego lęku jaki zawsze mnie dopada we śnie, kiedy nadchodzi śmierć. Każdą śmierć wyśniłam. Swoją być może też mi się uda. Mój stan ducha to obecnie dobrze opanowane rozbicie. Wszędzie ślady pęknięć, ale dzban jeszcze wodę nosi.

11 maj 2018

To już osiem lat. Siedzisz tam, obijasz się, patrzysz, jak się wykrwawiam. Znajdź mi w takim razie Bossa w tę radosną rocznicę, radosną może dla Ciebie. Dla mnie nic się nie zmieniło.  Dalej tu wojuję z ciemnotą i kamieniem łupanym. Niczego w życiu tak nie przeżywam jak śmierci i zaginięcia psa.

Dwa miesiące pogody jak na lazurowym wybrzeżu – to się nazywa zemsta losu w białych rękawiczkach. Konie mi się poduszą, psy zeżre egzema, zostaną tylko kleszcze. Każda przesada pochodzi od demonów, wiem co mówię, kiedy mówię, że nienawidzę tropików. Nawet muchy się nie lęgną bez smarowania, jesteśmy wszyscy wypaleni, zasuszeni, oczadziali od słońca. Były trzy burze bez deszczu. Jakiż horror.

A jednak dwa dni temu poczułam w sobie przypływ niewiarygodnej siły i optymizmu, było to pod wieczór, zaczęło się jak zawsze, w łazience. Endorfinowo- feromonowa bomba. Potem   sny o dostatku, dobre wizje, pewność wygranej. Ale taki stan utrzymuje się paręnaście godzin i rozpuszcza w słońcu jak zjawa. Jest już po wszystkim, znowu mnie gniecie gula w gardle i nóż w sercu. Nie ma Bossa, nie ma Hugo, nie ma pieniędzy, nie ma deszczu, nie ma radości za cholerę. Brnę przez gorzkie chmury.

11 maj 2018 – późny wieczór.

Nie ma obchodzenia rocznic, nie ma sentymentów, wciąż uważam, żeby się nie rozlecieć, nie rozsmarować się na poduszce. Boję się rozżalenia, kiedy Maciek umarł ani na chwilę nie popadłam w rozpacz wiedząc, że rozpacz by mi zasmakowała jak słodka trucizna, uzależniłabym się od niej, tak jak to zrobiła jego czarna maman. I teraz płacze i płacze i płacze i płacze i okropna jest. Ja płakałam dopiero po ośmiu latach, kiedy umarł Hugo. Odkorkowało się, ale upał szybko sobie poradził ze słoną kałużą.

Nie rysuję, chyba, że na zamówienie. Nie kręcą mnie ludzie, ludzki świat, ludzkie problemy stworzone wyłącznie przez ludzi. Matką Teresą bym w życiu nie była. Nie mam złudzeń co do swojej skrajnej pychy, egoizmu, zmęczenia ludzkością, nie mam złudzeń. Nie mam już nawet płci. Nie kręci mnie drugi człowiek, bo cały ten chromy gatunek dręczy zwierzęta i siebie nawzajem.

18 maj 2018

Byłam w Krakowie, pierwszy raz od wieków. W związku z tym trzeci dzień jestem niewyspana. Znowu wzięłam zamówienie na portret. Cztery nieostre zdjęcia marynowanej blondynki… Muszę ją narysować, bo dach cieknie. Jakie ja piękno widzę w człowieku, że go jeszcze rysuję tak nienawidząc? Nieobecne! Ależ nieobecne! Piękno, które utracił. Wersję, której nie osiągnął.

W centrum handlowym usiadłam w dzikim tłumie ludzi, jak w wiosce murzyńskiej, wszyscy jedli parujące świństwa na plastikowych talerzach. Stoliki bardzo blisko, mało który wolny. Zajęłam brzegowy, ale zaraz ktoś się dosiadł z boku.  Naburmuszona dziewczynka i jej matka w czerwonym sweterku. Pośrodku dymił duży kotlet, frytki i surówka. Jedz -rzekła matka a dziewczynka powiedziała -nie jestem głodna. Nie głodna, nie głodna. Wiedziałam, że tak będzie – matka najwyraźniej rzeczywiście to wiedziała. Nie głodna, nie głodna, nie głodna – powtarzała dziewczynka i z nienawiścią patrzyła na kotlet, bo była bardzo złą dziewczynką. Po chwili jednak ukroiła kawałek i zjadła, jakby to była żywa żaba. Nie głodna. Nie lubię.

-To ja zjem – matka sięgnęła po drugi widelec. Nie ruszaj, to moje.- warknęła dziewczynka. To moje. To moje. To moje. Mówiąc to nabijała na nóż frytki jakby je chciała zamordować przed połknięciem. Była chora umysłowo? A może ludzie po prostu tacy są?

Śmierć i choroba są we mnie wszechobecne, każdy sen jest o śmierci, wciąż ktoś mówi, że jest śmiertelnie chory. Dzisiaj sama to mówiłam przez sen z obojętnością godną wielkich przegranych.

1 czerwca 2018

Kolejny długi weekend. Boże ciało! Kto wymyśla takie okazje? Wszystko jest, do cholery, bożym ciałem, ja nim jestem! Moje psy! Konie i muchy, które na nas srają są bożym ciałem! W takie święto należałoby się obżerać, spółkować, wypróżniać i leżeć brzuchem do góry manifestując naszą boskość. No to też się wałkonię na werandzie w aurze słodkiej, letniej, muszej. Zamówiłam sobie leżak a psom dmuchany basen. Głowę mam ciężką od upału, niebo nad nami jak we Włoszech, pogoda od wielu tygodni doskonała, aż strach.

Dziwny czas, takie lato. Odejmuje mi rozum. Tego nie lubię.

Temperatura ciała równa temperaturze powietrza powoduje uczucie rozpuszczenia w rzeczywistości. Myśli topnieją. Prostota aury jak z obrazka pierwszoklasisty. Domek, słońce, zielona trawa, niebieskie niebo. A gdzie chmurka, Jasiu? Poszła się jebać.

9 czerwca 2018

Po raz sześćdziesiąty jest w moim życiu dziewiąty czerwca. Wątpię w wartość tego, co piszę. To się nadaje do druku w latach pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku a teraz będą dopiero lata dwudzieste. W pięćdziesiątych już żyć nie będę i nawet jeśli ktoś się obrazi, już mnie nie dostanie. A jak długo ma żyć El Greco, mój koń z astmą? Ja mam mu wyznaczyć ten dzień, kiedy przyjedzie weterynarz i grabarz ze spalarni? Taka pogoda, jak teraz, bywa groźna. Nie może być ZA ŁADNIE. Od trzech miesięcy wstaję jak w amerykańskim filmie. Niebieskie niebo, śpiewają ptaszki, kwitną kwiatki, lekki wiaterek szemrze w listkach brzóz, zielono mi. Ale to jest bardzo niebezpieczna pogoda, kosę już kupiłam. Kupiłam też surfinie i nawóz do surfinii. Mała ogrodniczka, ze śmiercią jej do twarzy.

Po odejściu stajennego Rysia jest koniec końców lepiej, chociaż jest trudniej. To się nie wyklucza. Wiele rzeczy takich, jak pastwisko, zakup słomy i siana, koszenie trawy i pokrzyw, wyprowadzanie czterech koni na łąkę, kowal, obornik, śmieci, a nawet cieknący dach na stajni- zdołałam opanować. Rysiu był sześć lat od tego wszystkiego a ja mogłam spać do dziesiątej. Spałam do dziesiątej czekając aż sobie pójdzie. Ale nigdy, przenigdy nie mogłam posiedzieć w altanie w szlafroku, bo miałam przed domem Rysia z taczkami, Rysia z wiadrami, Rysia z kosiarką. Coś za coś. Jest lepiej, chociaż nie jest łatwiej. Jestem całkowicie niezależna i panuję nad każdym kątem domu, stodoły i stajni. Nie ma już rysiowych dziwnych stosów rzeczy, które kiedyś mogą się przydać. Wyrzuciłam górę śmieci, przebudowałam stodołę na wygodny boks, zrobiłam wiatę, ogrodziłam gigantyczną łąkę zamiast płacić 10 zł za każdą godzinę nieustannego przestawiania słupków i odbierać telefony sąsiadów, że Wicek uciekł w szkodę, bo w szkodzie jest ładniejsza trawa. Szkodę już też ogrodziłam, mam spokój do listopada. Nie muszę wysłuchiwać rysiowych teorii spisku, szydłowieckich mądrości koniarza, który całe życie handlował końskim mięsem. Wolność zawsze wymaga trudu, ale jak już przyjdzie, jest nie do przecenienia. Siedzę w szlafroku w altanie i piszę. Nikt mi się tu nie kręci po podwórku. Wstaję o siódmej trzydzieści, chodzę spać o siódmej trzydzieści, ale umiem już wszystko to samo, co pan Rysiu.

10 czerwca 2018

Przestało prażyć jak podupcone. Opamiętanie przyszło z góry. Lepsze sny. Chłodniej. Siano na strychu i pod wiatą zieloniutkie. Kolejne pokonane zasieki, suche, gorące i kolczaste – zaliczone.

Już myślałam, że koniec sianokosów, niedziela przecież. Sianokosy nie patrzą czy dzień boży, czy powszedni, jeszcze trzy baloty przyjechały. I znowu pozamiatane. Sama pozamiatałam, żeby było pozamiatane. Ludzie w moim wieku, kobiety mojego stanu w taki czas czytają gazety na tarasie, a nie gówna taczkami wywożą i kostki przekładają sprasowane kombajnem. Kobiety w moim wieku i mojego stanu chodzą na fitness. Ale w zasadzie, po co się męczyć bez celu??? Jaki jest sens pożytkowania energii na rower bez kółek? Na bieżnię prowadzącą w to samo miejsce, bieżnię dla obłąkanych. Jaki jest sens ćwiczeń dla samych ćwiczeń? Rozumiem do wyprawy na Mount Everest, ale bez celu??? To już lepiej pozamiatać.

12.czerwca 2018

Wicek umiera, taka jest prawda. Muszę się przygotować na jego odejście, pomóc mu w tym jakoś. Nie może się po prostu udusić z rozerwanymi płucami którejś nocy w stajni. Zadzwonię do weterynarzy i innych łapiduchów. Wczoraj go wzięłam na lonżę.. zobaczyłam cień konia. Rozdęty sterydami, na koślawych tylnych nogach szedł stępa, chrapy jak kalafior łapały cenne hausty tlenu. Rok temu o tej samej porze wyrywał do przodu jak pistolet. Pięknie się ruszał, płynął. Teraz kłus był wysiłkiem, który jego samego wprawił w zdumienie. Zrezygnował…. Płuca odpowiedziały chrupnięciem. Hałas tam jak na dworcu – powiedziała pani doktor odkładając słuchawki. On już nie ma czym oddychać…

15 czerwca 2018

Wczoraj fragment rozmowy z Filipem Rothem. Dziadek pięknie mieszka. Chyba, że to była scenografia, ale bez przesady. Zawsze chciałam być tylko pisarzem i tak sobie mieszkać. Białe regały pełne książek, na środku fotele, zielona lampa jak w bibliotece uniwersyteckiej, z okien widok na ogrody. I on, pisarz. Jego wydrukowane książki równo na antycznym stoliku. Sztruksowe spodnie, trzydniowy zarost, wierny piesek. Jeden. Identycznie mieszka Paul Auster. Tylko ja nie mieszkam identycznie. Dzień psiarza już w niedzielę, wszyscy to wiedzą w okolicy.  Dzień pisarza jest codziennie, ale nikt poza mną nie ma o tym pojęcia.

Gdyby piesek był jeden a nie sześćdziesiąt siedem – nie byłoby tak źle z tym moim miejscem. Jeszcze kilka remontów i jaskinia literacka jak się patrzy. Ale jak już wszystko masz, to nie piszesz. Auster i Roth już nie piszą a ja się dopiero rozkręcam.

———————————————————————————–

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.