DZIENNIK 2018, czyli lato z Vincentem V.

19 czerwca 2018

Już po imprezie fundacyjnej, jak zawsze nieudanej, niepotrzebnej. Nadal trwa kosmiczna pogoda, która niczego dobrego nie wróży. Dziczeję tutaj. Dlaczego ta impreza nie wyszła? Bo to nie moja karma, nie moja bajka, od początku na myśl o niej miałam opad rąk i niedowład mózgu. Jak w moim powracającym śnie, w którym się układam do spania a dookoła mnie tłum gości czeka na wielkie wystąpienie.

20 czerwca 2018

Wolność to podobno pieniądze. Nie wygląda mi na to zupełnie. Najgorzej jest mieć pieniądze, a potem nagle nie mieć. Pieniądze nieodwołalnie się skończyły a ja mam poczucie potwornego zmęczenia. Męczę się, kiedy je wydaję i kiedy je zdobywam, męczę się jednakowo. Jakby Pan Bóg cały czas uczył mnie jak odmawiać pomocy. Ten poczeka, tamten sobie pójdzie, inny jeszcze przeżyje. W kojcu, na drodze, na łańcuchu. Pieniądze niczego nie zmienią, kiedy jestem z tym sama. On mówi, że nie jestem. Nie jestem tą jedyną, która zbawia świat. Przygnębiająca lekcja, lekcja rezygnacji. Lekcja bezsilności. Dobrze mu się mówi, On ma już dawno te lekcje odrobione.

Pytam siebie codziennie, czego jeszcze mogę oczekiwać od życia? Co się jeszcze ciekawego wydarzy? Nic się już tutaj nie wydarzy – mówił Kozi zawsze w połowie meczu, który polaczki przegrywały z kretesem. Pisząc polaczki wylewam gorycz zebraną przez trzy lata bezowocnej próby porozumienia z tubylcami. To na nic. Tylko coraz większe zmęczenie ludźmi.

Czytam o Van Goghu, jakże inaczej wygląda jego życie z kosmicznego balkonu, życie widziane w całości teraz, kiedy wartość każdej plamy jego autorstwa przekracza ludzkie wyobrażenie. Nikogo nie stać na obraz Van Gogha w 21 wieku, a kiedy żył, nie chcieli go nawet w prezencie. I tak mi jest cholernie bliski ten Vincent ze swoim wiecznym niezadowoleniem, wieczną samotnością, która miała nareszcie zaowocować a w jego pojęciu, z jego perspektywy – nie zaowocowała.

Wczoraj porysowałam, wyczyściłam wszystkie konie i postanowiłam zapanować nad życiem, chociaż śni mi się mięso, mój ojciec biegnący boso po śniegu, płuca, w które wbijam zastrzyk i nieustanny sen o samochodzie, który jedzie do tyłu prosto w przepaść, a ja nie mogę zrobić nic.

Opatrzność patrzy z przerażeniem na moje zobowiązania, błaga, żebym przyhamowała. Staram się więc przyhamować, ale to auto mnie w ogóle nie słucha.

21.czerwca.

Od czasu odejścia Rysia była tu już armia ludzi do pracy i wszyscy beznadziejni. Ale żaden przynajmniej mi nie mówił, co mam robić. Sama teraz robię wszystko najlepiej. Znowu jestem samowystarczalna. Na jak długo? W moim wieku za horyzontem widać już tylko koniec bajki.

5 lipca 2018

Za cztery dni sześćdziesiątka. I co? Co się stanie? Żylak mi pęknie? Psy mnie zjedzą? Patrzę na moje włości, nareszcie wysprzątane. Kolejne lato bez wakacji. Bez chwili wytchnienia. Powinnam zwolnić, wiem to. Mniej psów, oto jest klucz do szczęścia. Nie ich, mojego. Jak to pogodzić? Nie mam pojęcia, jak to pogodzić.

Czytam z przerażeniem o tym, jak biedny Van Gogh na pewnym etapie życia kompletnie wpadł w religię. Szukając duchowego pokrzepienia stał się męczennikiem. Tego się zawsze bałam jako następstwa moich stanów wyższego wtajemniczenia. Że To Coś wyciągnie po mnie łapsko z nieba.

7 lipca 2018

Jutro matka zadzwoni z życzeniami, jak zawsze się pomyli o jeden dzień. Ja niestety nie pamiętam, czy świat powitałam 8 czy 9 lipca, nawet nie miałam pojęcia, że to lipiec. O niczym nie miałam pojęcia, ale potem mi to zaczęło przeszkadzać. I do dzisiaj przeszkadza.

Jakże ja nie mam ochoty iść teraz na górę i rysować, a powinnam, tak bardzo powinnam. Nic nie zostało z mojej pasji, z mojej namiętności, z ambicji, ze wszystkiego, co mnie gnało do sztalugi nie zostało teraz już nic. Tylko żylak na nodze.

Do wielu rzeczy trzeba dojrzeć. Także do tego, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, one mi wszystko komplikują a życie moje zamieniają w koszmar. Teraz na przykład mam ochotę przepierdolić cały dzień korzystając z obecności chłopca najętego do gnoju. Jest lato, kurwa, w lecie kurwa ludzie kurwa odpoczywają. Nic nie robią, wydają pieniądze. Ja, jak nic nie robię, nie wydaję nawet pieniędzy. Jestem jak grzyb w słoju – zalany i nieruchomy. Zalewam się bardzo lekkim winem, więc nie generuję incydentów godnych odnotowania na kosmicznej skali wydarzeń szkodliwych. Medytacyjny grzyb w zalewie.

Kiedy mój biedny, nieustannie motywowany do ruchu organizm poczuje, że mu wolno leżeć i grzać się w słońcu (którego podobno nienawidzę) – kompletnie się rozlatuje. Im więcej odpoczywam, tym gorzej. Żeby odpocząć naprawdę- muszę dojść do stanu, w którym wstanę wypoczęta. Na razie taki stan jest mi obcy. Jak leżę, mam ochotę leżeć wiecznie. Wstaję jeszcze bardziej zmęczona i ociężała. Dzisiaj pół dnia przeglądałam różne opaski uciskowe, stabilizatory mięśni i stawów, moje ciało ich pragnie, jak zauważyłam z lekkim przerażeniem. Żeby ktoś za mnie wstawał, za mnie ruszał rękami, albo chociaż mnie podtrzymał. Żeby ręka z miotłą spoczęła na jakimś magicznym temblaku. Takie oto mam marzenia urodzinowe.

Człowiek jest o wiele bardziej cierpliwy niż Pan Bóg spostrzegawczy – to po obejrzeniu kolejnego filmu o walce jednostki o przetrwanie w warunkach ekstremalnych.

8 lipca 2018.

Dzisiaj deszcz, deszcz to łaska boska. Jedna z ważniejszych, jak się nad tym zastanowić. Żeby wymyślić wodę spadającą z nieba! – tu go podziwiam. Ja bym nie wymyśliła. W tym roku zachowuje się co prawda jak sklerotyk, bo susza straszna nas dopadła, mnie i konie, tym bardziej więc dociera do mnie działanie łaski. Rano, kiedy szum niebiańskich opadów doszedł do moich uszu po wyjęciu z nich stoperów poczułam wdzięczność. Psy tak w nocy szczekają, kiedy śpią cały dzień z powodu gorąca, że noc bez stoperów to noc bezsenna.

Jutro skończę sześćdziesiąt lat i nic się nie zmienia. Może to i dobrze. Matka, zgodnie z moimi przewidywaniami – wykonała urodzinowy telefon. Z niej jest prawdziwa artystka, żeby nie pamiętać, kiedy własne dziecko na świat wydała!

9 lipca 2018.

Liczne dolegliwości – wybity kciuk podczas prowadzenia nieustannie gryzących się koni, żylak pod kolanem od stania i życia w pozycji pionowej, zepsute wszystkie okulary do kompa i rysowania. Na jednych usiadłam ja, drugie pogryzły szczeniaki. Czyli dzisiaj nie rysuję. Tak miało być, znowu wolne od pracy, wakacje i koniec. Jutro muszę te okulary naprawić a wiszę okulistom 250 zeta i już nie wiem skąd to wezmę teraz.

Dzisiaj jest ostatni dzień z drugiej połowy mojego życia, przede mną już tylko trzecia połowa.

Być może po śmierci mnie nareszcie wydadzą, ogłoszą, będą handlować moimi rysunkami i rękopisami, aa, rękopisów już nie ma. Świat bez rękopisów, a niebawem także bez długopisów. Bez piór już od dawna, nie licząc tych, które ludzie mają w dupie.

Jakieś 20 lat temu do Białego Zdroju przyjechał Szarf. Szarf był kolegą mojego ojca ze szkoły powszechnej – tak to się właśnie nazywało – szkoła powszechna. Po wojnie, jak to określał – „został wyjechany z Polski”, a mój ojciec mieszkał dalej w Krakowie. Nie stracili kontaktu, kiedy Szarf podróżował po całej Europie jako przedstawiciel FAO a ojciec chodził po jaskiniach odkrywając jakieś podziemne syfony, w których mało nie zatonął. Potem zajął się rodziną i zwierzętami kopalnymi a Szarf mieszkał we Włoszech, skąd wysłał mi niewyobrażalnie piękną lalkę Silvanę. Mam ją do dziś. Silvana miała prawdziwe włosy, nie plastikowe, była miękka, zapakowana w pudełko, jakiego świat nie widział i ubrana w sukienkę z koronkami. Moja biedna babcia całe lata szyła kolejne sukienki dla Silvany. Kiedy padła komuna Szarf zaczął przyjeżdżać do kraju. Mówił po polsku jak stary Krakus, ale brakowało mu tych słów, które powstały po roku 1945, nazwy rzeczy wymyślonych po wojnie. Kiedy poszliśmy w Białym Zdroju do wiejskiego sklepu po bułki, moja mała Zośka poprosiła, żeby jej kupił długopis. Kochanie – a co to jest długopis? – zapytał Szarf, a głupkowaty sprzedawca miał minę jeszcze głupszą niż zazwyczaj, co było naprawdę niełatwe do osiągnięcia w jego przypadku. I takie mam wspomnienie z długopisem i Szarfem.

Jest taka reklama, reklama telewizorów. Facet wchodzi do domu, dom wygląda jak bunkier, puste, szare ściany, pośrodku czarna skórzana kanapa, półki na książki bez książek, podłoga lśni jak na lotnisku. Gość zrzuca buty, jedną ręką rozluźnia krawat a drugą włącza ogromne kino domowe. Siada na czarnej kanapie opuszczony przez Boga i ludzi i patrzy w ten telewizor nieruchomym wzrokiem. Taki człowiek też już powoli nie wie, co to jest długopis.

10 lipca.

Zostaw sobie mocniejsze argumenty na później, a później, być może wcale ich nie będziesz musiała ich używać – mówiła Kaśka M usiłując zrobić ze mnie jeźdźca. Istotą wszystkiego jest niewyczerpanie.

Niezwykle dla mnie odkrywcza i pouczająca lektura – ten życiorys Wincenta Van Gogha z Biedronki. Nawet sobie kupiłam za 7 złotych, ale nie w Biedronce, książkę, która go zaprowadziła na intelektualne manowce w dwudziestym roku życia. Czuję się tak do niego podobna w moim rozpaczliwym buncie i ucieczce od ludzi. Weźmy te urodziny. Facebook już je ogłosił, więc nie mogłam udawać, że to nie jest okazja do odebrania telefonu od przyjaciół. Ula upiekła dla mnie tort, zapewne szczerze i od serca, chciała mi zrobić przyjemność. Tort mnie psychicznie zmasakrował. Łączył w sobie wszystkie najważniejsze zagrożenia.  Po pierwsze -masa kalorii w żołądku. Po drugie – masa miejsca w lodówce. Po trzecie- konieczność zaproszenia gości na tort. To ostatnie na miarę katastrofy. Ona niosła tort a ja byłam bliska stanu, kiedy się zdarza zabójstwo w afekcie. Gdyby sąd wziął pod uwagę okoliczności, zostałabym uniewinniona. Wkraczanie tutaj z tortem w godzinie, kiedy moje życie nie pozwala na czyjąkolwiek obecność (w zasadzie nie ma takiej godziny, która by na to pozwalała) – to jak wywołanie króla zamkniętego z gazetą w wychodku celem przyjęcia niezapowiedzianego poselstwa. Grają fanfary a on musi zrezygnować z jedynej darowanej mu przez naturę chwili prywatności i odosobnienia, na którą się cieszył od samego rana.

To niewybaczalne. To się musi skończyć. Jak ludziom wytłumaczyć, żeby tu nie przychodzili, jeśli nie muszą? Niestety nie ma jak, zaprosiłam wszystkich na jutro.

Potem było już tylko gorzej. Po obżarciu brzegu tortu poszłam na całość, by sięgnąć dna. Dopchałam żołądek borówkami ze śmietaną. Borówki mnie zatkały, w brzuchu zaległa grobowa cisza, był twardy jak worek z piachem i nie pracował. Miałam ochotę przekłuć się nożem. Z tortem w brzuchu śniłam koszmary. Tak straszne, że nie wiem, jak mogły się ulęgnąć w moim mózgu. W zwojach miałam krem kawowy a szare komórki oblepiała czerwona galaretka. O szóstej rano brzuch nadal był ciężki jak ciasto. Teraz piję gorzką kawę i zagryzam sucharkiem. Niewiele to pomaga, borówki nadal tkwią w całości w moim wnętrzu.  Amerykańskie borówki.

To jeszcze nie wszystko. O pierwszej przyjdą goście, których zaprosiłam wczoraj i będą zdziwieni, że nie jem tortu, a przecież, gdyby mieli choć źdźbło wiedzy o moim rozpaczliwym położeniu – przyszliby tylko po to, żeby zapakować resztę ciasta do pudełka i odjechać.

Biedny Wincent, każdy czyta tę książkę podzielając uczucia autorów – że dziwadłem był do kwadratu. Też jestem dziwadłem do kwadratu – mam w sobie nieustający motor dekonstrukcji. Pracowicie układam domino, a potem je trącam i spierdalam, żeby nie widzieć demolki, którą za sobą zostawiam. Potrafię nagle porzucić swoje życie. On też tak robił. Książka jest napisana z premedytacją, jaką człowiek normalny pisze o człowieku zaburzonym. No, ale co to znaczy być normalnym? Nikt o sobie nie powie, że jest nienormalny, ale o kimś powie od razu. Normalność to panowanie nad emocjami w imię przyjętych zasad. Większość czytelników (większość z tych, którzy w ogóle po to sięgnęli) uzna, że Vincent nie był normalny. Nie wpadnie na to, że to z winy autorów taki się wydaje. Autorzy są poważni i obiektywni, chociaż są nieczuli i beznamiętni. Czytam i się buntuję, bo słabo panuję nad emocjami. Nie chciałabym, żeby o mnie ktoś tak napisał. Ale przynajmniej uniknęli egzaltacji, która w takich biografiach wkurwia mnie o wiele bardziej, niż chłód i dystans. Literacko książka bez zastrzeżeń no i zebrali masę wiedzy o jego życiu. Tylko ten ton, lekko szyderczy. To dające się wyczuć politowanie… Z niewielkiego fragmentu imponującego, tysiącstronicowego dzieła stworzony został przedziwny film, gdzie ciężką pracą wielu artystów oraz komputera poprzerabiano kadry na obrazy. Nie mam pojęcia komu to było potrzebne i co o tym sądzić. Widziałam ten film i nie sprawiło mi to żadnej przyjemności. Analogicznie do książki nie chciałabym, żeby ktoś o mnie nakręcił taki film. Co nie przeszkodziło filmowi zebrać masy nagród, bo udało się słynnego autora Słoneczników uczynić jeszcze słynniejszym, a ludziom już całkiem w głowie namieszać. Nie odróżnią już teraz na pewno obrazów Van Gogha od scen z filmu. Ludzkość jest coraz głupsza i jedyne, co jeszcze do niej trafia, to poruszające się kolorowe obrazki. Komiks o samobójstwie słynnego artysty to coś, co zainteresuje nawet małpy. Tak więc chce mi się płakać osobno nad filmem i nad książką, ale z tych samych powodów, dla których czasem chce mi się płakać nad światem.

13 lipca 2018

Ach ta miłość, nikt jej naprawdę nie lubi.

20 lipca 2022.

Byłam w Krakowie. Klasycznie przepierdolony dzień, ale ludzie potrafią przepierdalać całe lato i nazywają to wakacjami. Ja się błąkałam po Rynku, w księgarni nabyłam trzy książki, dwie tanie, jedną drogą. Księgarnie są wypchane towarem, którego nikt nie kupuje. Na każdej półce maczkiem zapisane miliardy stron. Kto to przeczyta? A kto przeczyta moje książki? Nikt, bo ich nawet nie ma w księgarni. Może dlatego, że jeszcze nie zostały napisane. Trzy napisane książki się nie liczą. W zasadzie, dlaczego się nie liczą? Trzy nie jest równe zeru.

Patrzyłam na ludzi w moim mieście, nikogo już nie znam. Trudno, żebym znała Brytyjczyków, Japończyków i Finów biegających wzdłuż Sukiennic. Umrę tam już niedługo, jeszcze tylko trzecia, najkrótsza połowa życia przede mną i Kraków by night. Forever night.

Myśli moje wokół śmierci. Bolą mnie nogi z żylakami. Teraz już nic nie będzie lepiej. Będzie coraz gorzej, coraz mniej, coraz ciszej. Skupiona na chwiejności organizmu będę się kurczyć aż zniknę.

Noc w mieszkaniu Franka i jego dziewczyny. Obok mnie worek z ciuchami Maćka, gdzieś się poniewierały po bazarkach fundacji aż trafiły z powrotem do mnie. W tym domu, pełnym miłości, jak się okazało, z zawiązanego worka sączyły się do moich snów sceny z naszego życia. Maciek przyśnił mi się razem z całym naszym przedziwnym uczuciem, którego jakoś ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć. A tu niespodzianka. Znowu wiem, jak go kochałam. Bardzo.

W czasie mojej nieobecności nowy stajenny znowu pościelił koniom sianem zamiast słomą.

24.07.18

Jak samotność to na całego. Nie ma pracownika. Tyle go widzieli. Obraził się o to pościelenie sianem, zaraz, czy to nie ja się powinnam była obrazić?? I znowu będę sama robić boksy. Próbowałam, Bóg mi świadkiem próbowałam kogoś zatrudnić, ale się nie udało. Płacenie idiotom, którzy bez stosownej aplikacji w telefonie nie są w stanie wybrać gówna ze stajni, płacenie im ciężko zdobytymi pieniędzmi za to, co człowiek empatyczny – widząc co się wyrabia – zrobiłby za darmo- to przesada. Mój stan nerwów na widok tych ludzi zmieniających się co parę dni –jest bardzo niedobry, wybucham jak moja matka przed rozwodem z ojcem.

Przychodzą się umawiać, albo odmawiać, potem przychodzą do tej pracy, potem przychodzą pytać, gdzie jest łopata, albo przychodzą, żeby powiedzieć, że wychodzą. Psy za każdym razem ujadają, albo uciekają, bo furtka otwarta a ja się zrywam, chociaż mi się wydawało, że mam pół godziny dla siebie, a taryfa bije, a kasa płynie na ich gówniane usługi.

Ach dość! -powiedział Staś i zabił lwa.

Wypierdalać! – powiedziałam i zabrałam się sama za obornik w ciszy i spokoju. Łącznie z wygrabieniem wybiegu i pozamiataniem całości podwórka zajęło mi to dwie godziny dwadzieścia minut.

Tak, mam 60 lat, ale póki mogę, zgadzam się, dobry Boże – na to – co mi tu fundujesz. Widzę, że koniecznie chciałeś mnie wypróbować w fizycznej pracy i nie zwracasz uwagi ani na żylaka, który niebezpiecznie sinieje pod kolanem, ani na obolałe ręce, które nie chcą dźwigać, które się już nie zaciskają w pięść, bo nie mają siły, które nie potrafią odkręcić butelki z sokiem ani słoika z dżemem. Tak, do odkręcania głupiej butelki z sokiem używam dziadka do orzechów. Ale Ty to masz gdzieś, podobnie jak mój kręgosłup, grożący postrzałem, obsmarowany maściami. Na nic nie zwracasz świętej swej uwagi. Dobra. Teraz przynajmniej wiem, że tego na pewno chciałeś. Nie mam tylko pojęcia w jakim celu, ale niezbadane są wyroki boskie i nie zawsze są boskie w formie, ale pewnie boskie są w treści.

26 lipca2018.

Czuję się jakoś dziwnie, dzisiaj noc jest czarniejsza, śpiewała Kora, a teraz Kora jest stara i chora. Śniła mi się dzisiaj w scenach z jakichś krakowskich imprez, które ciężko wspominać.

Starość prowadzi do wyjścia, wyjście już jest niedaleko. Niektórzy wychodzą wcześniej, ale wyjście jest jedno. Jeżeli nie możesz znaleźć wyjścia, wyjdź wejściem. Święte słowa. Zamierzam tak zrobić.

Zatracam poczucie czasu, gdyby nie kalendarz w telefonie, nie umiałabym skonstatować z kalendarza ściennego, czy mamy dzisiaj wtorek, czy środę. Wszystko jest na granicy realności, szczególnie rano, kiedy wstaję znów do tego samego, powtarzam cykl. Kawa, pisanie, karmienie koni, poranne psie radości, czyli parówki krojone w kawałeczki i ciasteczka w kosteczki, potem spacer, po spacerze konie idą na łąkę, potem sprzątanie boksów, kąpiel, wyjazd po zakupy, żeby zdążyć przed nakarmieniem psów, gotowanie żarcia psom, sprowadzanie koni z łąki, karmienie koni, karmienie psów, kolacja, wino, telewizor jednym okiem i sen. Następny dzień wygląda identycznie, pogoda jest identyczna, godziny identyczne, telefony do tych samych osób w tych samych sprawach co zawsze. Nie żyję od urlopu do urlopu, bo nie mam urlopu. Nie żyję od weekendu do weekendu, bo weekend niczym się nie różni od dnia powszedniego. Nie tęsknię za nikim. Nic do nikogo nie czuję, czasem wściekłość na pracownika, ale w związku z tym nie mam już pracownika. Świat jest coraz dalej i nie wiem, czy tracę poczucie rzeczywistości, czy właśnie jej dotykam nareszcie.

27 lipca 2018.

No i nie żyje Kora. Czarownica ze mnie.

Pamiętam Korę na koncercie w Klubie Pod Ręką, to nie był żaden klub, tylko obskurna piwnica, obskurna przy zapalonych światłach a przy zgaszonych trochę mniej obskurna. Chodziło się tam tańczyć i pić wódę. Na zerwanym filmie mało ludzi było w stanie opisać to miejsce. Nie byłam bywalcem, bo nigdy nie mieszkałam w akademiku na Dzierżyńskiego, mieszkali tam moi znajomi w brudnych i ciasnych pokojach. Zapamiętałam jeden – Bunia i Bałaty. Bałata – zdolny wariat, bałaganiarz i autor hasła „Wszystkie kobiety są nasze” , Bunio – intelektualista, meloman, pedant, skończył jako dominikanin. Zanosiło się na to przez całe studia. Pokój podzielili kredą na pół, granica wyznaczała strefy wpływów i de facto należało wybrać kogo się odwiedza decydując się na pozostanie przed kreską lub za kreską. Wszelkie ekstrawagancje odbywające się po dwóch stronach kreski były wzajemnie tolerowane i pozostawiane bez komentarza. Tyle pamiętam z akademika „Pod ręką”, a z piwnicy pamiętam najlepiej właśnie koncert Kory z długimi włosami i to, że nagłośnienie przyprawiało o skręt jelit. Kilka lat później prosiła, żebyśmy w pracowni przenocowali jakiegoś szalonego, amerykańskiego muzyka. Następnego dnia gdzieś go zgarnęła. Jeszcze ją pamiętam z wernisażu na Grodzkiej, nie wiem, czy to był mój wernisaż, czy Tomka, przyszedł też Andrzej Mleczko. Miał na sobie ogromny sweter jak wór pokutny i podarował go Korze. Wtedy w Krakowie oboje byli już dosyć znanymi postaciami. Niezbyt trzeźwe migawki ze spotkań z Korą wspominam teraz jak zatrzymane kadry z obcej planety, zresztą nie tylko z Korą. Kto się tam nie przewinął przez te krakowskie ciemne lochy? Dziwne to były czasy. Czasy komuny, w której żyliśmy ze swoimi płytami sprowadzanymi z zagranicy, z emocjami przy nowym albumie Zappy albo Niny Hagen. Kora była jedną z nas. Po koncercie zespół schodził ze sceny i mieszał się z tłumem. Wszyscy się upijali czystą wódą i zagryzali bułką z kiełbasą. Rano kac i tyle w temacie. Ale była w nas radość nieskażona nadzieją na lepsze jutro.

08.08.2018

Wczoraj przyszedł do gnoju Kuba buba i uwaga- pomalowałam!. Sama się nie mogę nadziwić, jak łatwo mi to idzie. Powinnam mieć górę pieniędzy. Ale nie mam.

Ludzie wkurwiają mnie straszliwie, może mam żółtaczkę C? Nie zamierzam się badać. Chociaż jest cień szansy, że mi ją zostawił w spadku słynny aktor, którego raz kocham, raz przeklinam. Za to, że wziął i umarł. Nie do wybaczenia.

Noce są już chłodniejsze, ale generalnie mamy lato stulecia. Śnił mi się jakiś gangster z kasą w ciemnych okularach. Śniło mi się, że płacę za hotel. Na pewno chodziło o psi hotel. Komu chodziło? Przecież nie mnie – mnie tej, lecz zapewne mnie tamtej, innej, boskiej mnie, kosmicznej mojej jaźni, wiecznej, wszechwiedzącej, dobrej i bez żylaka.

Panie Boże daj mi zipnąć. Wyjechać. Popływać w morzu albo jeziorze, poczytać książkę nie tylko na kiblu. Bardzo tego potrzebuję, nowej drogi przed sobą, innych widoków rano niż końskie łby głodne całą dobę, pozwól mi wyjechać nad morze, z pustą plażą. Narysować to idiotyczne serce na piasku.

11 sierpnia.

Hosanna! Znalazłam Bossa. Zgarnęłam go z ulicy niedaleko miejsca, gdzie mieszkali jego gnębiciele. Wskoczył do auta bez zastanowienia. Co za pies! Nie pies, tylko beagle, nieprzewidywalny, popierdolony, ale wciągający jak narkotyk. Uciekł z nogą w gipsie prosto do zboczeńców, którzy go więzili. Chyba jednak pożałował decyzji, bo mój widok strasznie go ucieszył. Jedzie dzisiaj do Warszawy, ludzie na niego czekali. Warto czekać. Kiedy życie wybierze sobie chwilę nie da się tego spierdolić.

Parę rzeczy mi się ostatnio udało, czas po opuszczeniu mnie przez Rysia to 8 miesięcy. Daję radę, chociaż utrata stałego, dobrego pracownika do koni (przyznaje, że dobry był) to był największy test na samodzielność w moim życiu. Dużo większy niż utrata Białego Zdroju. Utrata Maćka. Utrata młodości.

c.d.n.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.