Przyjdzie taki dzień, kiedy, według niektórych – życie się skończy, a według mnie – zacznie.
17 grudnia.
Z cyklu – obrona Sokratesa. Proces o rehabilitację Kazimierza K. O spokój jego ojcowskiej duszy, bo na razie ma problem z wiecznym snem, jako że mnie puścił w skarpetkach. Prawie jak w SCOOP Woody Allena – zadośćuczynienie zza grobu.
Nie wiem, czy ojciec mnie kochał. A przez ostatnie cztery lata życia milczał. Zanim zamilkł na dobre – dał się zaprowadzić jak baranek swojej wiernej smoczycy pod drzwi z napisem – „Notariusz”, gdzie trzęsącą ręką podpisał na mnie wyrok. Próbuję ten wyrok zawetować, ale w środku nie mam siły. To pomysł M, żeby odzyskać kawałek willi na Bronowicach, chociaż zapewne mi się należy. Nie wiem, czy ojciec mnie kochał, nie wiem, czy ja go kochałam, pokochałam go dopiero jak zamilkł. Człowiek, który ma dyskomfort, dużo gada. Kiedy go boli – krzyczy. Ale kiedy cierpi – zazwyczaj już tylko milczy. Zamknięty w swoim cierpieniu jak w lochu, świadom tego, że i tak nikt nie usłyszy, nie otworzy.
Przy nim nieustraszone strażniczki testamentu, olbrzymki – Basia i Kasia. Kasia wysportowana. Lubi jeździć konno, ale nie lubi koni. Basia spokojna jak siostra Rached, elegancka jak wydra. W szpitalu odwieszała futro i mówiła „dzień dobry kochanie, jak się dzisiaj czujesz?” A on leżał na wznak w koszuli wariata, zdarzało się – przywiązany do łóżka, niewysłowiony, niemy, z kamieniem w płucach, rozpalony, charczący swoje błagalne prośby, których nikt nie był w stanie pojąć. Nie mówię przez to, że ja pojęłam. Mówię, kto przy nim czuwał i że czuwał także nad schedą.
Pierdolę pół willi. Nie chce mi się z nimi gadać.
Willa nie ma znaczenia w moim życiu, pozostanie za to jedynym domem ze snów. Słynna Warmijska street, z ogromnymi drzwiami, zimnym korytarzem i piwnicą na łeb na szyję. Z werandą, oranżerią, służbówką, jadalnią i pokojami, do których nie zawsze wolno było wchodzić. Tam się urodziłam i ten właśnie dom zobaczyłam, kiedy zaczęłam widzieć. Jego odgłosy usłyszałam jako pierwsze w życiu usłyszane dźwięki. Tamta kuchnia, a nie inna oznaczała w moim słowniku kuchnię. Już na zawsze. Tamte wysokie sufity były wzorem sufitu a myśląc piec – zawsze będę miała przed oczami antyczne, rzeźbione kafle i zdobione gzymsy. Łazienka będzie miała wąskie okno na północ i umywalkę z podwyższonymi brzegami, a przedpokój pozostanie długi i mroczny jak przejście za ołtarzem. W istocie stanowił wartość muzealną. Na półce wieńczącej ogromną, dębową garderobę stały drewniane świątki Wowry – zabytek klasy zero. Chrystus frasobliwy, którego musiałam oglądać trzydzieści razy dziennie wchodząc do domu i wieszając kurteczkę – będzie moim jedynym wyobrażeniem Chrystusa, dopóki go nie przykryją różne inne obrazy z kościołów i książek. Więc sami widzicie, drodzy czytelnicy, których jak na razie nie stwierdzono – trudno mi odebrać coś, co jest w tak immanentny sposób moje i moje być nie przestanie, bo nie da się usunąć własnej przeszłości z miejsca, gdzie nie dociera ani logika, ani miara czasu.
Pierdolę pół willi, skoro mam ją całą w sobie.
18.12.2008
Jakoś nie mogę się pogodzić ze stwierdzeniem, że Bóg ojciec poświęcił swojego jedynego syna, z premedytacją wyszedł i zostawił go na krzyżu. Myślę, że Chrystus sam odważył siebie nazwać Bogiem i dlatego cierpiał jak Bóg. Bóg niewyobrażalnie cierpi cierpieniami stworzeń żywych, ponieważ są Jego ciałem. To jest jedyne Ciało Boga – my wszyscy, nasze psy, ptaki i żółwie w słoikach. Nie, ja nie mówię, że nie ma Boga poza tym ciałem. Ale On innego znanego nam ciała – nie ma. A więc ma ciało cierpiące.
19.12. 2008
W snach ciągle wraca ojciec i wampirzyca Barbara. Desperacko starają się zachować powagę wobec siebie samych. Ojciec jednak zaczyna rechotać. Ja za to poważnieję.
20.12.2008
Sama nie wiem, czy mam pozostać Kowalską, Kowalską – Kozłowską czy Kozłowską. Najgłupsze to drugie. Siedem metrów nazwisk. A spędzić miesiąc w urzędach jako przechrzta nie mam ochoty. I te miny urzędniczek, te pytania, spojrzenia, w żadnym razie. Swojego nazwiska nie lubię, bo go noszą te dwie upiorne kwoki siedzące na ojcowym jaju. Ileż w tym wszystkim winy krwi! Wspólna krew to od razu wrzenie. Wspólna krew jest zawsze gorąca. Mnie też od razu gorąco. Kocham Ojca, bo to moja krew, a nie cierpię pytonów, bo mają jego krew a mojej nie. Jeżeli A równa się B, a B równa się C to na pewno A nie równa się C, chyba że po moim A-trupie.
28.12.2008
Ten ślub już pojutrze, a mnie nie opuszczają złe sny. Nigdy nie myślałam o pieczątkach w kategoriach romantycznych. I żadna biała suknia nie jest w stanie mnie zmylić. Staram się jak mogę. Garnitur z second handu, który na tę okazję dla siebie wybrałam jest ciemny jak gorzka czekolada. Będę wyglądać jak zakonnica. Ślub to próba przetrwania. Martwy ojciec włączył pozaziemskie ostrzeżenia. Ciszej tam w zaświatach i nad moim tortem!
Styczeń 2009
Stało się. Już po ślubie i zalaniu winem twardego dysku. Na szczęście tylko w komputerze. W dniu wyjazdu na te dziwaczne gody zostawiłam przerażonej K. dom i laptop. O tym, że kieliszek czerwonego wina zalał klawiaturę i właśnie się wżera w moje teksty – dowiedziałam się już w drodze. Tymczasem ciężarówka przed nami potrąciła jastrzębia, który walczył o życie na wąskim poboczu. Maciek wybiegł z auta i usiłował go zabrać (gdzie na Boga? Ślub z rannym jastrzębiem w pudełku. Pudełko przecieka na czerwono, orzeł wybałusza oczy, korona spada mu z głowy ). Nie zdążył. Ptak się poderwał do lotu wlokąc połamane skrzydło i zniknął w kolczastych zaroślach. Mało to ostrzeżeń?
No nic, stało się. Za nami miodowy miesiąc. Mało słodki ten miód. Fala straszliwych mrozów. Ostre zapalenie pęcherza u Pikera, nocna jazda przez śnieżyce i zasieki do weterynarza gdzieś na końcu świata. Weterynarz pląsa na widok słynnego aktora, pies szaleje z bólu jak trafiany z łuku w pośladki. Żona weta zamiera z wrażenia niczym żona Lota a mąż idiota. Zamiast psem zajmuje się uwodzeniem. Robi cały wykład o schorzeniu, Maciek jest rozpaczliwie grzeczny, mam ochotę zabić wszystkich oprócz pacjenta. Nareszcie wychodzimy, pies zawinięty w koc, dostał antybiotyk. W domu chowa się do szafy, reszta stada chce go zagryźć, przypomniały sobie, że słabego trzeba dobić. Po prostu pistolet do głowy i „elimine”!! Sytuacja się zmienia, kiedy lekarstwo nareszcie zaczyna działać. Pies wychodzi z kryjówki, oznajmia, że już nie jest do kasacji i zamierza wszystkich bezlitośnie rozliczyć. Mamy walkę aż wióry lecą, trzeba je rozdzielać. To jeszcze nic, w porównaniu z następnym dniem. Przyjeżdża kowal okuć Gobi, ale Gobi nagle nie chce się dać okuć i kowal fruwa po podwórku. Ciśnie minus dwadzieścia, więc nie ma różnicy, czy chłop zamarznie w locie czy w bezruchu. Mijają godziny prób. Kobyła zostaje w jednej, niedociągniętej podkowie. Której teraz za cholerę nie pozwala sobie ściągnąć! Moja kochana, grzeczna Gobi! Diabeł ją opętał, nie może być inaczej! Pojedyncza podkowa jak na złość dobrze się trzyma. Nie ma rady, sama nie odpadnie. Po tygodniu przyjeżdża weterynarz z narkozą. Koń pada jak trafiony gromem, kowal doskakuje z obcęgami i sprawnie czyni swoją powinność, ale to nie koniec spektaklu, bo próby podniesienia Gobi po narkozie wieńczą niekontrolowane upadki. Próbuje wstać, ale nogi jak podcięte rozjeżdżają się na lodzie, groza. Już widzę połamane kości i kolejną narkozę, tym razem bez przebudzenia. W końcu udaje się ją utrzymać w pionie. Stoi niepewnie, jak rozkołysany posąg . Podnosi głowę i patrzy w gwiazdy a one mrugają przez piętnaście kosmicznie długich, lodowatych minut. Boi się poruszyć, a my z nią. „Stoją wszyscy jak pośnięci!” Santa Madonna, stawia wreszcie pierwszy krok, bardzo niepewnie, ale już wiadomo, że jest cała. Nigdy więcej.
Cóż jeszcze? Babcia ma biodro do wymiany, trener zostaje alkoholikiem, mówić dalej? Proszę bardzo. Od grudnia żadnego zamówienia, nie najlepsze ostatnie prace, Zośka spada z konia podczas treningu do brązowej odznaki. Po chuj ta odznaka? Świat pełen jest martwych przepisów. Na dobitkę padł akumulator w nowym aucie, właściwie nie wiadomo co padło, silnik zamarzł na skrzyżowaniu. M w Warszawie, drugiego auta nie ma. Trzeba zaholować polonezem sąsiadów do wiejskiego mechanika w kilkunastostopniowym mrozie. Przy tych wszystkich przeciwnościach nie mam czasu oswajać się z myślą o posiadaniu męża. Pokonuję życiowe przeszkody zapominając o tym, że największa zalęgła się we mnie. Zapewne dlatego mój Anioł Stróż usilnie starał się odwrócić uwagę od faktu, że już nie jestem wolna. Jednocześnie odciął wszelkie źródła tak zwanej radości ziemskiej, która jest w istocie radością zastępczą. Odciął więc na początek Internet razem z komputerem, potem odciął dopływ gotówki i wszelkie drobne przyjemności kupowania czegokolwiek, nie mogłam jeździć ani własnym autem z powodu mrozu, ani wsiąść na konia z powodu podkowy, a nade wszystko nie mogłam pisać, bo siadła faza na słupie. Bez prądu się nie da. (Wirginia Woolf umarłaby ze zdziwienia, przecież jest w domu ołówek). Kiedy faza wróciła, wrócił Maciek. Znowu jestem na rodzinnych wakacjach, których starałam się unikać przez całe życie. Wakacje tak właśnie wyglądały – wszyscy w jednym pokoju cieszą się , że mogą grać razem w Chińczyka. A więc gry planszowe w otoczeniu rodziny, a potem już tylko pętla na szyję.
21 stycznia moje imieniny.
Wcale nie miałam ochoty na picie wina, chociaż przywykłam do kieliszka wina i bez imienin. Samo wino nie jest nawykiem, nawykiem jest samotność, lubię ją uczcić. Muszę być sama, żeby pić. Co gorsza, żeby poczuć miłość, też muszę być sama. W ogóle muszę być nareszcie sama!!! Teraz mam kaca i nie czuję nic. Chyba, że wykolejenie. Kolorowy tramwaj wypluł mnie na wirażu.
Stało się. Razem ze ślubem nastąpiło ogólne przeciążenie i dlatego siadła faza. Wszystkim siadła, chociaż to był najcichszy i najskromniejszy ślub, jaki można było wziąć. No nic, stało się i trzeba z tym żyć.
22 stycznia.
Powoli odzyskuję utracone moce. Pozbyłam się pluskwy, a może to był pająk? Coś się zalęgło pod czaszką, to coś zabiło Wirginię Woolf. Kiedy odrzuciła wszystko- całe swoje jutro, ważne rekwizyty, osoby towarzyszące, terminy, sprawy, obietnice, kiedy to odrzuciła, nie zostało nic. A przecież na pustym placu może być tylko miłość albo śmierć. Miłości nie było, więc została śmierć.
Szczęśliwy człowiek, to ten, który może być pocieszycielem innych, ponieważ jego samego nie trzeba pocieszać. Pan Bóg też jest sam w sobie jest szczęśliwy, dlatego mogą go obchodzić nasze nieszczęścia. Nie musi gonić za własnymi sprawami. Jeśli cierpi, cierpi wyłącznie ludzkim cierpieniem. Przyciąga je i połyka jak Jim Carrey połknął bombę w Masce.
24 stycznia 2009
Na świecie jest mnóstwo cholernie zdolnych ludzi, którzy służą swoim talentem aż do śmierci. Może uda mi się odejść z tej służby na ostatnie dwadzieścia lat życia?
25 stycznia.
Czy może być wolny artysta, który sam na siebie nie potrafi zarobić? Nie może. Z kolei artysta, który musi zarabiać swoją pracą – nie jest wolny, a więc przestaje być artystą.
Tylu ludzi mi mówiło, że mam szczęście, bo żyję z tego, co najbardziej lubię robić, czyli z malowania. A jakby im kto kazał żyć z wyszywania albo chodzenia po górach? Przyjemność przeliczona na pieniądze nieuchronnie staje się przekleństwem, podobnie jak pasja przeliczona na pieniądze staje się prostytucją. Trzeba zwiększyć produkcję. Hals malował portrety, dobrze się sprzedawały, więc najął uczniów, którzy malowali za niego słynne koronki i kapelusze, a on sam tylko twarz i ręce. Twarz – bo nikt tego za niego nie potrafił zrobić a ręce dlatego, że mu płaciły.
A jednak to właśnie Hals pozostał najlepszym malarzem, jakiego zdarzyło mi się oglądać, w Polsce tylko Krzyżanowski. Malarstwo to oni. Nie powinni istnieć na świecie inni malarze, za dużo tego. Mojego malarstwa też mogłoby nie być, zwłaszcza dla mnie. Kiedyś kobiety miały lepiej. Czytały, grały na pianinie i pisały wiersze za pieniądze mężów. Musiały tylko rodzić dzieci i znosić koszmar sypiania z obcym człowiekiem – stąd słowo -obcować. Na dobrą sprawę każdy człowiek jest obcy, więc nie ma co biadolić. Siedziały i czytały książki, albo się nudziły, bo dzieci oddawały mamkom i bonom. Nie musiały malować na zarobek. Nie musiały karmić koni, bo robił to za nie stajenny. Jednym słowem ucieleśniały ideał z „Outsidera” Colina Wilsona – „Żyć? To powinni robić za nas nasi słudzy” . I tak właśnie było całe wieki, czemu się urodziłam w świecie, gdzie muszę zarabiać portretami nie będąc Halsem?
Styczeń 27. 2009
Patrzę na moje zwierzęta, jak wielką mają ufność, że zawsze wrócę do domu, dam im jeść, wypuszczę na spacer, że będę z nimi w każdej godzinie, w której mnie potrzebują. To dla nich oczywiste jak oddychanie. W podobny sposób należałoby zaufać Bogu, losowi, Opatrzności. Wygląda na utopię, ale przecież bez tego zaufania nie moglibyśmy w ogóle funkcjonować. Każdy wierzy, że go tramwaj nie przejedzie, piorun nie strzeli, choroba nie zabije. Całe nasze życie jest dowodem na tego rodzaju, irracjonalne zaufanie, przecież rodzimy się w piekle! Że też w ogóle decydujemy się żyć. Znając historię, okoliczności, uwarunkowania, klimat i ustrój, wszystkie te elementy rzeczywistości, do której zostajemy sprowadzeni bez pytania o zgodę – należałoby od razu spierdalać z powrotem. Jeśli tego nie robimy, tym samym uznajemy moce, dzięki którym jest szansa przetrwać w całości. Podświadomie każdy jest istotą wierzącą, może z wyjątkiem Ciorana. On wciąż czeka na tramwaj, żeby go przejechał.
Znowu złapałam samotny wieczór. Tak bardzo kocham swoich bliskich i tak bardzo kocham być bez nich! Zośka śmiga na koniach i spełnia moje niespełnione marzenia. A ja sobie dryp dryp do biblioteki.. Jestem cudownie stara, a chcę być jeszcze starsza i jeszcze bardziej samotna i jeszcze dalej od miasta, sklepów i skrzyżowań.
Nasz dom jest jak chatka z piernika. Starego piernika.
Należałoby całkowicie uodpornić się na wydawanie pieniędzy. Teraz jest kryzys, o którym heroldzi trąbią zamykając bramy. Z tymi bramami jest raczej odwrotnie. Biedni, zrozpaczeni producenci wszystkiego – czepiają się nóg, żebym kupiła cokolwiek. Bramy trzymają otwarte 24h na dobę. Nie jest tak, że ja sobie nie mogę nic kupić a tu jak na złość wszędzie wyprzedaże i przeceny, o których się nie śniło filozofom. Jest tak, że to oni nie mogą sprzedać i oddają za półdarmo, a ja i tak nie mam ochoty nabierać się na ich desperackie manewry. Pozostaję poza murami.
03.02.2009
Przyzwyczaiłam się do czegoś, co dawniej wywoływało u mnie stany panikalne. Do tego, że nie jestem samowystarczalna. Nigdy wcześniej nie pozwoliłabym sobie na taką nieostrożność! W codzienności osoby zupełnie bezradnej finansowo nieśmiało zaczynam odnajdywać radość. Jak przygarnięty kotek. Mogę więc teoretycznie namalować obrazy, które miałam namalować, kiedy już sama na siebie zarobię wystarczająco dużo. Czyli nigdy. Teraz jest owo nigdy.
10 luty.
Piszę w łóżku. Ten czas bez własnego pokoju jest dla mnie torturą, jakbym była mnichem we wspólnocie. „Zawsze są w zasięgu kogoś, kto ich widzi” – tak pisałam o nieszczęśliwych ludziach. I teraz sama żyję w kręgu rodziny. I choćby to był ukochany mąż i dziecko – jest dla mnie męczarnią brak izolacji. To, czego się uczę – to nie tylko zgoda na taki (miejmy nadzieję tymczasowy) stan rzeczy, to także znalezienie w tym radości i jeszcze -umiejętność całkowitego zadomowienia się w TYM , a nie – nieustannego wyglądania jak Z TEGO uciec. ( ewentualnie – jak się ich wszystkich pozbyć ).
Udawało mi się to uciekanie dotychczas. Wszystko fajnie, ale ja stąd spierdalam w poszukiwaniu wieczności. W towarzystwie bliźniego zawsze gdzieś na dnie miałam poczucie straty czasu. W najlepszym razie był to rodzaj pokarmu, który strawić musiałam potem, kiedy ONI nareszcie sobie pójdą. Uciekłam z Krakowa, bo było ICH za dużo. Z Białego Zdroju, bo było za dużo. Teraz mam dom na wsi i ONI znowu są za plecami. Przeszkadza mi każdy, kto chce ze mną zamieszkać.
I nie nadchodzi ta wymarzona, samotna, cicha starość. Ale nadejdzie. Starość nie ominie nikogo, co za ulga.
11 luty.2009
Bauman mi wiele wyjaśnił w wywiadzie na temat kryzysu. Bezpieczeństwo to coś, czego się nie da wytrzymać bez wolności, a wolność jest fajna tylko wtedy, kiedy mamy poczucie bezpieczeństwa. Wolność i bezpieczeństwo w doskonałej symbiozie… Natura nie potrafi tego pogodzić. Wydaje nam się, że poczucie bezpieczeństwa odbiera wolność, a w wolności tak się rozpędzamy, że tracimy bezpieczeństwo. A im bardziej jedno warunkuje drugie, tym bardziej jesteśmy w pułapce ograniczeń.
Wolność i bezpieczeństwo w świecie materialnym to nic innego jak wypłacalność.
Od niepamiętnych czasów jestem osobą niewypłacalną, ponieważ moja praca jest niezapłacona. Muszę nareszcie wyjść z tego ponurego absurdu. Głęboko wierzę, że to się skończy, zanim skończy się życie …
12 luty
Może powinnam bardziej kochać mojego konia? Bardziej go lubić, lubić wszystkich. Lubić moją rodzinę, starą i nową, lubić moje mądre dzieci, lubić i nie narzekać. Cieszyć się wszystkimi, że są tyle lat tak blisko mnie zdrowi, piękni i zdolni. Jakoś ciągle uważam to za oczywiste i kocham jak ta żona Tewje – piorę, prasuję, gotuję, siano daję, wodę zmieniam więc mnie nie pytajcie, czy kocham. Zawsze bardziej byłam robotna niż czuła. Uważałam, że miłość to sprawna i rzetelna obsługa najbliższych. Ludzi i zwierząt. Cóż, nie narzekały na przesadną serdeczność z mojej strony. Były wolne. Ale jeśli miłość to wolność – znaczy, że wolno czasem kochać z bliska, kochać czule, a nawet tkliwie. To się po mnie nie pokazało. A powinno. Nic w sumie straconego. Idę do stajni poklepać konie.
Nerwowa jestem. Kiedy czytam, nieustannie oglądam paznokcie i sięgam po nożyczki. Uczytam kawałek, za chwilę chrząkam, sprawdzam nos i wstaję, żeby przynieść chusteczki. Kolejne kilka zdań, przerwa, herbata, znowu latam między wierszami. Bo jeśli przez 5 minut bez zakłóceń skupiam się na lekturze to zasypiam. Błogość u mnie prowadzi do utraty świadomości, czyli snu. Od jakiegoś czasu w ogóle nie piję wina. I wali mnie to, jak mówi trener Zośki, który dla odmiany pije od urodzenia.
15 luty 2009.
Kobiety nie potrafią kochać, ponieważ przez wieki były przymuszane do miłości. Miłość była ich obowiązkiem, ich potwornym obowiązkiem. Co gorsza – traktowane jak maszyny do rodzenia – uodporniły się także na własne dzieci. Mężowie i dzieci były uosobieniem obowiązku miłości i dlatego teraz, kiedy nie są zmuszone kochać – kobiety nie kochają. Zabrakło im uczuć.
Tymczasem mężczyźni zawsze mogli kochać. Nie musieli kochać swoich żon, ani z nimi sypiać. Mogli nie być wierni, nikt ich za to nie wyrzucał z domu i z miasta. Mogli kochać kogo chcieli, ale ich żony nie mogły.
Mężczyźni mieli zapewnioną miłość z urzędu i z wyboru. Mieli pewność całkowitego oddania swoich matek, żon i kochanek. Nie musieli walczyć ani z miłością, ani o miłość. Ona była jak tlen, ogólnie dostępna, to tu, to tam. Kobiety musiały się nauczyć obywać bez tlenu. Całe pokolenia kobiet obywały się bez tlenu.
I teraz kiedy kobieta mówi mężczyźnie -odchodzę, bo nie kocham, mężczyzna idzie się powiesić. Odchodzę i nie chcę mieć z tobą dzieci, ani z tobą, ani z nikim, bo póki co, to jest moje ciało i moja decyzja – mężczyzna idzie się powiesić. Mężczyźni nie umieją żyć bez miłości, także w sensie aprobaty, wierności, oddania. Kobiety nauczyły się bez niej żyć i wolą być same. Doskonale rozumiem jednych i drugich.
Dlatego przyjdzie taki dzień, kiedy, według niektórych – życie się skończy, a według mnie – zacznie.
Ilustracja – Franz Hals – Malle Babbe. Fragment obrazu.