Przyjechała Olga, biedne dziecko bogatych rodziców. Nic nie mówi. Nie wie, czy firma ojca przeżywa kryzys, nie wie, ile płacą za prąd, w domu rozmawiają tylko o szkole. W zeszłym roku znalazła na ulicy małego kotka, ale ojciec powiedział, że jak chcą razem mieszkać, mogą się wyprowadzić do psiej budy. Na imieniny życzyła mu, żeby była mniej uparta i miała dobre oceny na koniec roku. Ona jemu tak życzyła od siebie. Bardzo dobrze nakręcona lalka, dużo kosztowała w sklepie i ciągle jeszcze jest na gwarancji. Co będzie jak się zepsuje po terminie zwrotu?
Marzec 1. 2009
Mam katar. Katar miewa się zwykle w przełomowych chwilach życia, a wierzę, że przełom zawsze jest na korzyść. I rzeczywiście, obserwuję coś na kształt walki karnawału z postem. Trudno jest wyodrębnić karnawał z życia w nieustannym karnawale. Potrzebny jest więc post, żeby na sekundę przerwać karnawał i zrozumieć czym on jest – był. Docenić go jakoś i należycie świętować a nie w nosie dłubać i winko chlapać. Nie da się bez wyraźnej przyczyny przerwać takich przyjemnych choć ogłupiających praktyk, bo nikt sobie sam w piersi nie strzeli. Niefart jaki się czasem nagromadzi za sprawą pozornie złośliwego losu należy więc błogosławić. To i tylko to pozwala się ogarnąć, oprzytomnieć i na chwilę przestać odpalać karnawałowe fajerwerki. Dziękujmy więc za kataklizmy, zawalenie się stropu, bankructwa, wojny i potop. Taka mała terapia dla przypomnienia kim jesteśmy. Kim jesteśmy??
Istotami niezdolnymi poprzestać na tym, co niezbędne.
Cała Boża opieka nad nami polega na tym, byśmy się cieszyli z życia, a nie z zakupów.
Marzec 5.
Jeździłam dzisiaj na Gobi, śnieg złuszcza się z dróg, brudna wiosna. Początek marca nie zapowiada najpiękniejszej pory roku. Spod zimowych okładów wyłażą błota. Starzy ludzie lubią wtedy umierać myśląc, że oto przetrwali zimę. U nas na wsi był taki jeden długowieczny dziad, rodem z Wesela. (Pamiętajcie dzieci – Wesele to dramat.) Dziad mieszkał w nieopalanej ruinie bez wody i prądu a chodził zawsze w tym samym dziurawym swetrze. Ubranie było z nim zrośnięte, zapewne nigdy go nie zmieniał a twarz miał pomarszczoną i trudną do zapamiętania, jak u stracha na wróble. Pamiętajmy, że mamy 21 wiek, żyjemy w jednym z krajów Unii Europejskiej i istnieje coś takiego jak opieka społeczna. Dziadek upiór miał rodzinę, a jakże, brata, bratanka i co niemiara krewnych w okolicy, miał też kilka hektarów pola, a nieopalany dom był niegdyś drewnianym domem z kredensem i obrazami nad łóżkiem. W owych szczęsnych czasach spał w pościeli, mył się w gorącej wodzie i może nawet kupował gazety. Aż przyszedł kapitalizm i wyrzucił dziadka za burtę razem z psami. Odtąd podzielił los czterech a w porywach sześciu równie jak on, powoli dziczejących kundli. Mieszkał z nimi, ale ich nie karmił, więc się włóczyły po wiosce w nadziei na poczęstunek. Nikt nie wiedział dokładnie które psy były dziadka a które bezpańskie, dzięki czemu zawsze można było uspokoić sumienie i potraktować wszystkie jak cudzą własność. Podobnie z dziadkiem – przecież miał rodzinę. Fakt jego śmierci odnotowano tylko dzięki listonoszowi, co to się go nie mógł dowołać, jak rentę przywiózł 400 zł. Po południu bratanek wysłał karawan i czterech łapiduchów, ale się brzydzili wejść i czekali przy drodze.
We wsi mówili, że był dziwny, że miał w głowie nie po kolei. Ale on najpewniej był po prostu zaniedbany, zamknięty w sobie, samotny, chory i bez pieniędzy. Cywilizowany kraj poznaje się po tym, że nie ma bezpańskich psów. I wtedy wiadomo, że nie ma również bezpańskich ludzi.
Jak na ironię na nazwisko miał Król. Umarł król, niech żyje król – albowiem niczyja śmierć, ani też niczyje cierpienie nie jest na darmo.
5 marca 2009
Na wieść o dwóch premierach i jednym uroczystym koncercie skóra mi cierpnie. Już wiem, że nie mam się w co ubrać i nigdy nie będę miała, bo wydanie pieniędzy na wieczorowe suknie to w moim pojęciu zdrada stanu. Mojego stanu. Nigdy w życiu nie miałam wieczorowej sukni i nie umiałabym w niej chodzić, podobnie jak w szpilkach. Stroje, w których bym się nie czuła jak uboga krewna nie są z gatunku wieczorowych, chociaż są z bardzo dobrego gatunku. Podoba mi się wszystko, co królowa angielska zakłada na polowanie. Nie znaczy to, że lubię polować, ale katalogi firm łowieckich w dziale odzieży damskiej są dla mnie. Każda skarpetka kosztuje krocie, ale jaki gatunek! Nie stać mnie na takie skarpetki, ale elegancja nie polega na kupowaniu, nie można się nagle przebrać za człowieka eleganckiego. Raptowne wytracanie majątku na buty, torebki, kiecki i świecidełka wyklucza elegancję. Jak czegoś nie masz z racji urodzenia to nie udawaj, że masz. Większości rzeczy, które można kupić -tak naprawdę nie można kupić. Kupujesz nieswoje.
To pomyślawszy wyjęłam z szafy ślubny garnitur w kolorze gorzkiej czekolady, w którym nikt mnie nie widział oprócz pana młodego i świadków. Garnitur był z second handu, ale w znakomitym gatunku, stary model Calvina Kleina, ale ja już też nie najmłodszy przecież model. A więc Calvin Klein, płaskie buty, look zakonnicy i mąż – Casanowa po resocjalizacji – oto moja wersja na dwie premiery i uroczysty koncert.
6 marca.2009
Mój weterynarz ma psa rasy terier coś tam, który to pies został zakupiony w Anglii i reprezentuje królewską linię psich Windsorów. Nic więc dziwnego, że w wieku wystawowym zdobył sznur złotych medali w ilości maksymalnej, jaka była możliwa do zdobycia i jako champion nad championy stał się obiektem westchnień wszystkich bez wyjątku właścicieli potencjalnych matek tej rasy. Którzy to właściciele oddadzą wiele za porcję jego płynnych genów, bo te geny posiadają gwarancję i certyfikat wskazujący na najwyższej jakości potomstwo. Wartość potomstwa pomnożona przez jego ilość pozwala przewidzieć, że inwestycja się zwróci a zyski zwielokrotnią. Wracając do samego championa championów – jest pokracznym osobnikiem na sztywnych nóżkach i pokazuje się chętnie w towarzystwie dwóch szczennych partnerek. Żyje z reklam, ponieważ jego wizerunek zdobi opakowania rozmaitych odżywek i psich preparatów w całym kraju. Jest na okładkach, plakatach i broszurach różnego stopnia wtajemniczenia. Jego pan, a raczej menadżer patrzy na niego jak na oryginał Rembrandta albo sztabę złota. Mówi, że to mądry pies i na dowód pokazuje aktualny wynik rezonansu jego mózgu. Ten wzorzec psich miar i wag mieszka w przestronnym kojcu kawałek za Skarżyskiem. Dom jest otoczony wysokim płotem i może nawet kusi miejscowych włamywaczy, ale z pewnością żaden z nich nie wie co tutaj jest naprawdę cenne.. Po zdjęciu medali pies rekordzista niczym szczególnym się nie wyróżnia, żaden z niego bernardyn. W sumie podziela los każdego celebryty. Niedosyt prywatności i duże problemy emocjonalne. Istota uwielbienia w oczach pana jest przecież wyłącznie adekwatna do jego sławy i wartości. Kojec to też wersja bardzo okrojona psiego komfortu. Pan twierdzi, że go kocha… Czy kochałby go równie mocno bez rezonansu i herbu Windsorów? Odwieczny dylemat Vipów.
8 marca, dzień kobiet
Jest w tym jakiś odczyn grozy. Dzień dobroci dla kobiet – ściślej biorąc. Kobiety ciągle mają przechlapane. Każdy dzień jest nieprzyjazny kobietom. Każdy czas. Każdy wiek. Każda tradycja. Świat jest stworzony na użytek mężczyzn. Słaba płeć. Chryste! Gdyby ta płeć była słaba, nie byłoby już tej płci…
Na razie nauczyłam się żyć w stadzie. Samotne wieczory to u mnie święto. Dla niektórych rodzinne życie to definicja szczęścia, ja marzę o tym, żeby było trochę więcej samotnych świąt. W końcu każdy marzy o tym, żeby świąt było jak najwięcej.
11 marzec.2009
Wróciłam z Warszawy, gdzie przez dwa dni zajmowałam się przygotowywaniem do udziału w imprezie a następnie samym w niej udziałem. Jeśli taka porcja fleszy, jaka miała miejsce tym razem wydarza się raz na sześć tygodni to mój organizm radzi sobie z nią bez strat. Ale nie wyobrażam sobie mózgów osób naświetlanych w taki sposób co drugi dzień a nawet więcej niż co drugi. To nie może pozostawać bez wpływu na sprawność szarych komórek. Szarość jest bowiem kolorem stonowanym. Nie ma oślepiającej ani olśniewającej szarości. Oczywiście można zamieniać szare na złote, ale to nie dotyczy szarych komórek. One są albo szare albo ich nie ma.
12 MARZEC.2008
I znowu tłusta godzina samotności. Wszyscy wyjechali. Jestem jak krowa, potrzebuję specjalnego czasu na strawienie życia. Czy czasownik „strawić” pochodzi od „trawy”? Pewnie tak.
Te dni, kiedy jestem tutaj sama, wydają mi się rajem. Wiele się zmieni, kiedy wybudujemy pracownię. Będziemy bogaci, szczęśliwi i oddzieleni sufitem.
15 marzec 2009
Widziałam koncert Maryli Rodowicz. To prawdziwa, niezatapialna artystka. Jej piosenki godzi się nazwać dziełem sztuki. Ona sama ma wszelkie atrybuty królowej sceny i gitary. Jest porywająca, chociaż gruba jak wieloryb, z wielkim odwłokiem obleczonym w wąską spódnicę. Na tej spódnicy równie wielgachny jak wszystko, co się na nią składa – nadruk z Moną Lisą palącą peta. Lakierowane buty ledwo mieszczące ciężkie nogi, lwia grzywa na czoło, ostry makijaż i grube, opuchnięte dłonie. W powodzi dziwacznych elementów ubioru giną monstrualne kształty, nie wiadomo, gdzie się kończy biust a zaczynają biodra, ale to jest całość jednolita i całkowicie odcięta od tła. Tocząca się Maryla, zupełnie jak kiedyś moja matka. Ten sam charakter sroki. To samo zamiłowanie do jarmarku, ten sam rodzaj nieposkromionej łapczywości okupiony tuszą. Słowem „erupcja podejrzanej estetyki” . Wpatrywałam się w nią z odrazą i fascynacją. Maryla – ekstrakt wszystkich jasnych barw peerelu i Danuśka – krakowski dziwoląg w sześciu spódnicach. Desperacko wierne swoim pokręconym gustom i odporne na upływ czasu. Tylko dzieci żal, dzieci wolą mieć zwyczajne matki.
16 marzec 2009
Cały dzień mieszkałam w samochodzie. Sobota w mieście jest bardzo kosztowna, dawniej szło się do cukierni. A teraz idzie się do galerii handlowej ,co zwykle, jeśli ma być przyjemne, kosztuje kilkaset złotych. Ale ja dzisiaj byłam w cukierni, w starej cukierni na Jagiellońskiej, gdzie jadłam ciastko i rozmawiałam z panią z galerii o obrazach, których jej nie dam, bo nie mam. Kłania się firma portretowa czynna całą dobę. Potem w domu oporządziłam łóżko chorej matce, wykąpałam ją, nasmarowałam jej nogi balsamem i posprzątałam pokój. Przynajmniej tę część pokoju, gdzie dostęp do podłogi nie jest zatarasowany przez miliony dziwnych stoliczków, taborecików, półeczek na których piętrzą się koszyczki, a w koszyczkach karteczki, nożyczki, zepsute koraliki, misie patysie i tak dalej. Czasem trudno matkę odróżnić od reszty rzeczy w pokoju. No, ale na szczęście nie musiałam tam spać, bo rozkładanie tapczana to jak wylądowanie samolotem w kosodrzewinie. Wróciłam na wieś i myślę, że bardziej po bożemu nie można było przeżyć przedświątecznej soboty.
15 niedziela.
Nic nie napiszę, bo zrobiłam przemeblowanie i wiosenne porządki i jeszcze prasowanie a przed południem malowałam portret podwójny w sepii trudny i żmudny jak staroangielski sonet.
17 wtorek.
To już drugi obywatel Gąsaw powiesił się w tym tygodniu. „Zaciągnął się” – jak to tutaj określają. Zaczął od tego, że uciął sobie trzy palce na pile. Zapewne chciał sprawdzić, czy wytrzyma ucięcie głowy. Ale nie wytrzymał i na palcach wtedy poprzestał. Oprócz siedmiu palców miał jeszcze pięcioro dzieci, kilka koni, krów i świń, kilkanaście psów, żonę i dwie babcie. Był gruby, krępy, brudny, rozczochrany i dużo pił. Jego dom był wykafelkowany od strychu po piwnice, miał kuchnię z mikrofalówką, gdzie nas poprosił, abyśmy usiedli i podpisali umowę na wywóz śmieci. W domu było zimno, bo tam nikt nie mieszkał, wszyscy mieszkali w starej ruderze obok. Zdjął buty, ale nam nie kazał zdejmować. Stał na tych zimnych kaflach w dziurawych, brudnych skarpetkach i budził we mnie wstręt. Nie przypuszczałam do jakiego stopnia on sam podziela to uczucie do siebie.
18.03.2009
Znowu złe wyniki badań. Kanał. I jeszcze na dodatek od poniedziałku 48 kanałów w telewizji, razem 49. Do wyboru, dlatego możemy nie wybierać ostatniego numeru.
Czytałam dzisiaj jak to współcześni mężczyźni żalą się, że mają gorzej od kobiet, tak ogólnie, w życiu… Dobre sobie, ale w zasadzie piękna wiadomość. I pierwszy symptom równych szans. Szanse obojga tak samo do dupy. Od czegoś trzeba zacząć równouprawnienie. Nieważne, że poziom jest denny, ważne, że głębokość dna się wyrównała.
Pustka po upadku kościoła zostanie wypełniona duchowością kobiet.
Nie szanuję żadnej religii, ponieważ żadna religia mnie nie szanuje. Wszystkie bez wyjątku stworzone są na użytek mężczyzn. Z mojego niegdysiejszego objawienia żadna religia nie mogłaby powstać. Ci, którzy zakładali klasztory i zgromadzenia myśląc, że Bóg, który do nich przemawia to ten z kaplicy sykstyńskiej – prędzej czy później zapadli w ciemną noc duszy i znaleźli się w czarnej dupie. Nie da się dopasować wewnętrznego głosu do patriarchalnych zasad. Pominąć połowy ludzkości mówiąc o kosmosie. A jednak wciąż, jak to ujął Tischner – udaje mi się „wierzyć we wszechmoc widząc niemoc”.
19.03.2009
Miałam dzisiaj trening na Gobi. Wielkiej potrzeba kultury, żeby się zaprzyjaźnić ze zwierzęciem. Wartości zwierząt nie wolno umniejszać wobec wartości człowieka. Pan Bóg stworzył zwierzęta jako doskonałe, ukończone dzieła, to nie są wybrakowani ludzie.
Niektórym trudno się z tym pogodzić. Ale co tu się dziwić, według nich kobiety stanowią gorszy gatunek człowieka.
20.03.2009
Dzisiaj znowu pada śnieg, który do wieczora zostanie zdmuchnięty przez wiatr, a wiatr rozgoni chmury i przyniesie jakiś bardzo piękny, letni dzień, ale tylko jeden. W nocy niebo już się zaciągnie, jak nasz sołtys, ale po nocy znowu zwycięży wiosna. Tych pięknych, ciepłych dni będzie przybywać i nie wiadomo jak i kiedy ludzie zapomną o śniegu. Wiosna nigdy nie daje się złapać na gorącym uczynku. Po prostu nastaje. Ale dopóki tak sypie co drugi dzień, dopóty my, niedowiarki – twierdzimy – że jest zima.
Co prawda wirus zredukował się do ilości minimalnych, wątroba funkcjonuje wystarczająco dobrze, nie ma już wielkich ilości wody zebranej w brzuchu, nic nie boli, skończyły się wysypki itd., ale wynik badań utwierdza nas w przekonaniu, że zima nadal ciśnie. Nikt przecież nie zaprzeczy, że pada śnieg. Mamy to czarno na białym, a raczej biało na czarnym. Wiara przenosi góry, ale te ośnieżone są cięższe.
Czym są kłótnie? Są nagłym zderzeniem sprzecznych przyzwyczajeń. Stajemy wobec konieczności kompromisu, na który wcale nie mamy ochoty. To rodzaj wojny, w której obie strony ucieszą się ze zwycięstwa jednej albo obydwie poniosą klęskę.
Nie mogę tolerować dominacji mężczyzny. Wszystko, co jest oparte na dominacji, natychmiast przestaje być miłością. W małżeństwie nie ma rozkazów.
Byłam dzisiaj na długim terenie na Gobi. Kocham te wycieczki, jest bardzo wczesna wiosna, zeszłoroczna trawa pokrywa skarżyskie stepy, a nad łąką zerwał się orzeł, ogromny, bałam się, że mi porwie psa. Mały cwaniaczek, też wyczuł zagrożenie i schował się pod koniem. Moje życie znowu toczy się poza cywilizacją. „Tak powinni mieszkać ludzie „ – powiedział Tomek K. na widok naszego miejsca. I słusznie. Pan Bóg nas nie stworzył do bloków i apartamentów. Raj to był ogród pod lasem a po ogrodzie chodziły zwierzęta. Tak wyglądał widok z okna domu Adama i Ewy. A jabłoń stała na środku ogrodu, zupełnie jak u nas.
27 marca 2009
Kłopoty. Gobi kaszle, trener pije, pogoda pod psem. Wiosna ma bardzo ciężki start. Tak jest co roku i co roku ogarnia nas przygnębienie. Ale za to kowal przeżył kucie, czyli nasza teoria o tym, że nie należy dłubać przy tylnych nogach Gobi, kiedy się grzeje – została potwierdzona. Ona czeka na ogiera i rzeczywiście – wyprowadzają ją i kręcą się wokół zadu, zaraz zaczną się gody. Zamiast tego podchodzi facet z obcęgami i robi jej pedicure. No każdy by się wkurwił.
30 marca. Rozmroziłam lodówkę.
Byliśmy na koncercie „Lord of the Dance” – można uwierzyć w boskość człowieka patrząc na nogi tancerzy.
W ogóle można uwierzyć w boskość człowieka, kiedy jest artystą. Niestety nie zawsze boskość artysty czyni go człowiekiem godnym swojej boskości. To są rozdzielne sprawy. Niejeden kabotyn został wybrany przez Boga wyłącznie jako urządzenie do realizacji Jego dzieł.
W TP wywiad Gadacza z Jean Luc Marionem . „ Na pytanie kim jest człowiek – nie ma odpowiedzi. Kiedy próbujemy na nie odpowiedzieć usuwamy człowieka, bo jakakolwiek definicja otwiera drogę stwierdzeniu, że niektórzy ludzie nie są ludźmi. A wtedy pojawia się zagrożenie…”
No tak, genetycznie zapewne wszyscy ludzie są ludźmi, ale nie wszystkich cechuje człowieczeństwo w pełnym wymiarze.
W telewizji grają wszyscy aktorzy!! Na każdym kanale po kilka seriali a w nich sami znajomi. Nikt się nie uchylił. Gąszcz seriali wypełnia czas antenowy tworząc równoległe życie toczące się w naszych domach. Możliwe, że dla niektórych właścicieli telewizorów to drugie zastępuje to własne. Armia aktorów odwala za nas jałową bieganinę, a my zamiast wykorzystać ten niesłychany fakt i zrobić coś naprawdę istotnego, wkładamy głowę do telewizora i w ten sposób tracimy życie.
2 kwietnia 2009
No i spędziłam ten rok z Wirginią Woolf. Ciągle nie skończyłam jej Dziennika, a on mnie w każdej chwili potrafi sprowadzić na ścieżkę myślenia. Zawsze chciałam TAK pisać. No, ale cóż, Wirginia była ta jedna jedyna. W sztuce nie ma pierwszych, w sztuce są tylko jedyni.
Jestem śpiąca. Uwielbiam zasypiać, ale nie lubię chodzić spać. Zawsze mówię, że sen jest trochę jak śmierć. Ciężko się pożegnać z dniem, bo nigdy nam go nie wystarcza dla siebie. Podobnie pewnie przed śmiercią ludzie żałują, że nie mieli dla siebie czasu. Te resztki wieczoru, kiedy mi się oczy kleją w całkowitej ciszy to jest jedyne odczucie teraźniejszości, doskonała medytacja bez Boga. Tak, o tobie mówię Stwórco, wyjdź ze mnie, chcę zobaczyć, co zostanie. Mogłabym tak siedzieć w nieskończoność. Stary fotel, lampa i cisza rozpięta pomiędzy dniem i nocą – to jest moja istota życia. Cała reszta jest tylko dodatkiem do cudownej chwili bycia sam na sam ze sobą. Jezu ufam sobie.
Nieznośna jest ludzka skłonność do infantylnego kultu świętych. Mamy rocznicę śmierci Papieża. Włączyłam TV i zobaczyłam archiwalne zdjęcia z pogrzebu. To było coś! Świat się zatrzymał. Prawie jak ja na swoim fotelu, tylko tam się zatrzymało miliony ludzi. Wypełniali wszystkie ulice wielkiego miasta wokół placu, na którym stała sosnowa, prosta trumna. Na niej ewangelia i wiatr, który przewracał kartki. Po ostatnim amen wszyscy zaczęli bić brawo. Bili to brawo jak szaleni, brawo Panu Bogu za życie Jana Pawła. Za jego udany występ. Poczułam podziw dla rzeczywistości patrząc na ten klaszczący świat. To był taki zbiorowy odruch finałowy. Nienazwane, nieuświadomione, ale słuszne przeświadczenie, że to koniec. Koniec przedstawienia. Od tej chwili będzie już tylko wygładzanie, kolorowanie, pozłacanie, oprawianie w ramki nad łóżko. Będzie kręcenie kasy, wycieranie sobie gęby, uświęcanie albo rozliczanie w zależności od potrzeb. Ze wspólnej pamięci wyłoni się odczłowieczony papież potwór, papież Frankenstein. Będzie straszył dzieci i dorosłych na jarmarkach i odpustach, w salach sejmowych, w regionalnych izbach pamięci i pod każdym kościołem. Pomnik nieznanego papieża.
11 kwietnia 2009
Jest jakaś ponura dyskryminacja w założeniu, że Bóg jest mężczyzną. W dzisiejszych czasach, dzięki zaplutym feministkom nie twierdzi się tego już tak oficjalnie. Ale w czasach Chrystusa była to oczywistość. Tak więc mężczyzna Bóg zapylił Matkę Boską swoim boskim pyłem i wyeliminował w ten sposób udział we wszystkim świętego Józefa. Jednakowoż, gdyby kultura była inna i Bóg byłby Wielką Matką – nie potrzebowałby Matki Boskiej do urodzenia Chrystusa. Oto Józef w nocnej polucji spółkowałby z Bożycą i dziewięć miesięcy później (bo jakieś reguły w końcu obowiązują ) – znaleziono by niemowlę w Betlejem. Byłoby to jednak trudne do ogarnięcia a jeszcze trudniejsze do uznania za dogmat. Nie jest łatwo zanegować udział kobiety w narodzeniu dziecka. Pominięcie zaś ojcostwa Józefa jest zdecydowanie do przełknięcia. (żadnych skojarzeń..) Na szczęście dla patriarchatu. No bo jeśli Józef tego nie zrobił to chyba oczywiste, że Bóg był tym facetem. Rogi świętego Józefa – oto cena, jaką zapłacił męski kościół za ustalenie płci Pana Boga.
12 kwietnia 2009
Żyjemy w kraju, gdzie napotyka się jeszcze dzikie psy. To poniekąd tłumaczy poziom rozrywki krajowej telewizji. Poziom krajowej kinematografii. Poziom tak zwanej literatury. Brak elegancji na tak zwanych salonach. Piwnica, w której przetrzymywano nasz naród została otwarta. Ale dla większości opuszczenie jej stanowi trudność. Ci, których oczy nie przywykły do światła – wolą żyć dalej w ciemności z dzikimi psami uważając, że to normalne, jak każdy wariat uważa, że to nie on zwariował, tylko wszyscy dookoła.
13 kwietnia 2009
Powinnam się przyzwyczaić, że miewam prorocze sny. Wiem przecież, że czas to matematyczna wielkość, której można po prostu nie uznać. W końcu zawsze byłam matematycznym osłem. I to jest właściwe podejście do czasu. Ale codzienność usypia czujność ducha na rzecz tego, co nie wymaga czujności – czyli ciała. I nagle doznajemy szoku, że sny poprzedzają wydarzenia.
Obejrzałam po raz drugi „Dotknięcie pustki” – film dokumentalny o alpinistach, którzy przeżyli coś, czego teoretycznie nie można było przeżyć.
W sytuacjach granicznych poddaje się ten, kto WIE, że nie przeżyje a ten, kto WIE, że przeżyje – prowadzi zwycięską walkę i choćby upadał sto razy – zawsze się podniesie do życia, które przecież jest mu dane. Wiara to w istocie pewność, że życie się tutaj nie kończy. To odbiera śmierci podstawową rację bytu.
19 kwietnia 2009
Obejrzałam film o generale Nilu. Film bardzo nierówny, ale to bez znaczenia. Uświadomiono mi, że żyłam w okupowanym kraju. Opowieść o Nilu jest opowieścią o prawdzie. Ludzie niezłomni to ludzie bezkompromisowo prawdziwi. Święci są zawsze poza kościołem, nawet jeśli kościół się przy nich upiera, a przy Nilu na szczęście się nie upierał.
Wszyscy podchodzili do Maćka i wyrażali zachwyt nad jego rolą, zagrał jak zawsze człowieka złamanego, niejednoznacznego, Nila zagrał kto inny. Ale Maciek zebrał pochwały, chociaż oczywiście na pochwałach się skończyło. Ja nie wiem, jak zagrał, na pewno świetnie. Znam go zbyt dobrze, żeby nagle zobaczyć kogoś innego z czwartego rzędu pod ekranem.
Jestem kompletnie zagubiona w trasie. Przez ostatnie tygodnie nie było dwóch dni pod rząd przespanych w tym samym miejscu. Budzę się i przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Nieustanny ruch po płaskim powoduje, że nie mogę popłynąć w głąb siebie. Dynamiczne zmiany miejsca pobytu mnie rujnują emocjonalnie. Nie jestem ptokiem, jestem krzokiem. Głupieję, kiedy mam za gęsto poustawiane przystanki. Nie mieszczą mi się foule pomiędzy przeszkodami.
20 kwietnia.
Moje serce jest czynne. Ciągle kocha. Cała się składam z miłości. Ale nie tak jak Mięta, która w wieku siedemnastu lat dostała cieczki i trzydniowe amory całkowicie ją wyczerpały. Zasłabła, nie miała siły wejść do domu. Przykryłam ją kocem, otuliłam, odgoniłam narzeczonego, rudego Miśka sąsiadów i zaniosłam do łóżeczka. Szatan nie Misiek, nastaje na nią pomimo ciągłego utrudniania dostępu. Skacze płoty, przegryza siatki, podkopuje się pod furtką. Biedula nawet nie może się wysikać, bo Misiek czyha z każdego kąta. Bez gry wstępnej skacze na nią jak na piłkę lekarską, a ona upada i czołga się z tym ciężarem miłości na grzbiecie. Lecę ją ratować, przynoszę na rękach. Teraz śpi i już się nie trzęsie. To nie jest miłość, chociaż wielu ludzi zachowuje się podobnie i potem mówi, że miłość wyczerpuje, unieszczęśliwia, osłabia. To, o czym opowiadają, to przypadek Mięty, nie mój.
Maj 10.
Długo nie pisałam, nawet bym przeprosiła za milczenie, ale kogo? Kto to kiedy przeczyta?
Na wszelki wypadek przepraszam. Mam pustkę w głowie. Z malowaniem też kiepsko, w dodatku ciągle boli mnie brzuch. Tyle się wydarzyło, że nie zdążyłam strawić. Noszę w sobie wielki ładunek nagromadzonych informacji. Cóż mi po informacji, jeśli jest nierozpakowana?
Ludzie co prawda uważają, że życie polega na przyjmowaniu informacji. Są coraz grubsi i grubsi, pękają od informacji i żadnej nie przerabiają. Wypchani obcą, przypadkową strawą nie mają miejsca na własne myśli.
Zupełnie przestałam pić cokolwiek, nawet lekkie winko z wodą. Nie jest mi to do niczego potrzebne.
Trener Zośki też nie pije, bo jest na odwyku, długa historia. Miałam tę wiadomość przetrawić, ale jakoś się we mnie zdezaktualizowała, nie jest już świeża. Ludzie niepijący zupełnie nie rozumieją, jak można pić, a pijący- jak można nie pić. Był czas, że cała radość dnia sprowadzała się u mnie do lampki wina. Nawet wtedy, kiedy odkrywałam zakryte dotąd światy i miewałam stany, o których się nie śniło filozofom lampka wina była mi przyznana przez komisję specjalną do spraw objawień prywatnych. A teraz bez żadnego wysiłku, bólu, wyrzeczeń i mocnych postanowień, w zasadzie niezauważalnie zrezygnowałam z owej lampki. Jest inne światło nade mną, jakby powiedział święty Walenty, ale na szczęście nie powiedział.
16 maj. 2009
Źle z moim malowaniem. Ale tylko malowanie mnie jeszcze kręci. Uparłam się malować, chociaż jestem mistrzem pasteli. Pastela mi nie podskoczy, nie ma przede mną tajemnic. A malarstwo jest ciągle trudne, walczę z nim. Robiłam świetne gwasze, ale też mi się nie chce, bo już umiem. Na razie pasmo niepowodzeń w tych obrazach olejnych. To jak wprowadzanie na rynek nowego towaru bez reklamy. Prawie pewna klęska. Pierwszy klient nie zapłacił, drugi zamarudził, a żaden nie zamówił kolejnego obrazu. Mam wrażenie, że tym malarstwem zabijam kolejne adresy. Nawet najwierniejsi mają niepewną minę. Ale na myśl o jeszcze jednej dziewczynce w pasteli opadają mi skrzydła, które odbiorcy moich olejnych obrazów bez powodzenia starają się uciąć. Im bardziej to beznadziejne, tym bardziej chce mi się malować.
Tymczasem trener wytrzeźwiał na odwyku. Ponoć jest innym człowiekiem. Odległość pomiędzy nim a jego własną duszą w sposób zauważalny zmalała. Picie nie jest jedynym sposobem porzucenia tożsamości. Ale każdy może sobie wyobrazić kim byłby pijak, gdyby nie pił. A przecież większość ludzi, jak już pisał poczciwy De Mello – pozostaje w uśpieniu. Więc może pijak jako ten świadomy swojego pijaństwa, czyli grzechu grzesznik – większe ma szanse na nawrócenie (przejmuję ten termin na potrzeby własne i odtąd nie ma on nic wspólnego z obleśnym łonem kościoła) – niż tak zwany przeciętny, porządny i praworządny obywatel marnujący życie pod telewizorem. Pijak schodzi do piekła. Stamtąd ma się ochotę tylko wracać. A spod telewizora wcale nie. No czy ja nie mam racji?
17 maj.2009
Efektem początkowym tak zwanego Objawienia (to też słowo na mój prywatny użytek) – jest absolutne pogodzenie ze śmiercią. Właściwie mogłabym umrzeć jutro, żyję trochę z rozpędu, bo życie mnie już tak bardzo nie ciekawi. Ciekawi mnie dusza. Żyję o tyle, o ile jest mi to potrzebne do wieczności. Ale ten stan nie trwa długo. Potem życie zaczyna wciągać, jak ta lampka wina, bo zawsze jest coś za zakrętem. Ale dojrzałość ducha zwana inaczej oświeceniem to pewność, że śmierć także jest elementem życia, więc żaden zakręt nie jest ostatni.
Mam dziwne poczucie zawieszenia. Prawie się pogodziłam z tym, że nie będę zarabiać pieniędzy rysowaniem portretów. Powodem tego jest malarstwo, które jak na razie okazało się plajtą i niechże już tak zostanie. Od początku roku skończyłam 3 obrazy i dwa zaczęłam. Jestem zadowolona tylko z jednego. W zeszłym roku trzy i żaden się nie sprzedał. Byłam zadowolona z tych dwóch niesprzedanych, trzeci to portret B.C, po którym to zamówieniu zrezygnowali z dalszych zamówień. Były jeszcze trzy inne portrety, też olejne, byłam z nich w miarę zadowolona, ale po nich żadnych nowych zamówień. Skończyły się ochy i achy, nie ma kolejek i zajętych terminów. Siedzę na wsi, karmię psy, czytam, wsiadam na konie a M. na mnie pracuje w Warszawie. Z całą pewnością potrzebuję pracowni. Potrzebuję długich godzin odosobnienia w pracowni. Nie mam pracowni, maluję w pokoju, gdzie zawsze ktoś się kręci. Uważam, żeby nie nachlapać. Nie mam skupienia, nie mam komfortu bycia sam na sam z obrazem, to mnie powoli zabija. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Patrzę na te płótna od rana do wieczora, mieszkam z nimi, śpię i jem z nimi. Może nigdy nie będę malować tak jakbym chciała, tak lekko jak rysuję, więc malarstwo na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, na zawsze mnie pochłonie. Liczę się z tym, że przestanę sprzedawać zamknięta na poddaszu w lesie ze swoimi niedobrymi obrazami. W ten oto sposób podzielę los mojej matki. Chociaż są gorsi malarze od niej, jest masa gorszych.
18 maj.2009
Serialowe rozwiązanie problemów z pracą Zosi, dobro zwycięża, winni wyznają winy i proszą o przebaczenie. Trochę mi lepiej, skończyłam obraz, na którym biały królik ucieka przed jastrzębiem. A na pierwszym planie dwie krzywonogie dziewczynki. Jak starzy kawalerzyści. To my. Zawsze maluję moje życie. Każdy obraz jest zapisem jego treści, ale nikt prócz mnie tej treści nie jest w stanie zrozumieć, a ja po jakimś czasie zapominam o co chodziło.
W kolorowych pisemkach różne bogate gwiazdy pokazują swoje domy. Mają osobne pokoje –garderoby, a w nich setki par butów, dziesiątki torebek, sukien, płaszczy, pasków, gigantyczne toaletki ze sznurami naszyjników, wielkie lustra, łazienki z jacuzzi, metal szkło, baseny. Mam szczęście, że pozostaję poza obserwacją. Po kolejnych przeprowadzkach z jednej ruiny do drugiej od nowa zachwycam się tym, co dla nich oznacza stan surowy, a więc nienadający się do pokazania.
20 maj 2009
Całkowita abstynencja. Całkowity spokój ducha. Sama nie wiem co z takim szczęściem robić.
W przeciwieństwie do wielu osób wiem, że jestem zupełnie szczęśliwa. Ale to mnie onieśmiela. Dziwnie mi się żyje bez nieustannych problemów, z których dawniej składał się dzień. Wirginia Woolf też była szczęśliwa, aż nagle się utopiła. Do końca pamiętnika wszystko u niej było w porządku.
Czuję się jak kelner, któremu naraz wyjęto z rąk tacę! Oto czas, który dostałam na własność. Siedzę przed pustą kartką.
21 maj.2009
Piękne dni, chyba powinnam malować. Wczoraj latałam po domu w poszukiwaniu jakiegoś bzdurnego zajęcia, które na pewno na mnie czekało! Trochę, jakby wszyscy umarli. Kiedyś chciałam, żeby wszyscy umarli, to takie marzenie pisarzy. Żyłam po to, żeby pisać, więc się zgadzałam na wszystko, co mi każą za godzinę pisania, za własny pokój, za zgodę na całą tę nielojalność pisarzy, za ich podejrzaną obojętność wobec tak zwanych bliskich. Dwa dni jestem tu sama i stwierdzam, że nie umiem wykorzystać swojego czasu. Potrzebowałabym trochę wolnego czasu na naukę korzystania z wolnego czasu.
22 maj.2009 Wrocław
Obżarłam się w knajpie i wypiłam pół kieliszka wina, a teraz jest mi niedobrze. O boski świecie jogurtów i razowych chrupek! Jutro post.
W windzie hotelu Wrocław jechała z nami para staruszków w okularach, wiatrówkach i sportowych butach ortopedycznych. Byli kompletnie pijani i podtrzymując się nawzajem wysiedli na drugim piętrze. Razem mieli ze sto pięćdziesiąt lat. Pocieszające.
Maciek odchorowuje następny spektakl, którego nienawidzi. Przedstawienie okazało się hitem sezonu. A moim zdaniem było okropne, przede wszystkim dlatego, że za taką cenę. Wziął zastępstwo za kolegę, który właśnie umarł i sam mało nie umarł. Premiera to była próba przetrwania. Siedziałam na widowni przerażona tym, co widziałam. A on skakał, biegał, upadał, bałam się czy to na pewno zaplanowane. W ogóle nie wiem, o czym była ta sztuka, wiem za to czym była dla niego. Pierdolone aktorstwo, pierdoleni reżyserzy.
23 maj.2009
We Wrocławiu spotkałam się ze starą ciotką. Stara ciotka przyjechała własnym pojazdem, co już zapowiadało popołudnie z dreszczykiem. Zabrała mnie do nowo otwartego centrum handlowego, zwanego galerią. Na miejscu zwiedziłyśmy trzy sklepy, a w czwartym ciotka zastrajkowała i kazała się prowadzić na naleśniki. W trakcie naleśnika zasłabła. Nie mam pojęcia, na czym owo zasłabnięcie miało polegać, bo nie dawało żadnych objawów. Nie zbladła, nie zsunęła się z krzesła, nie zakrztusiła, nie zrobiło jej się ani zimno, ani gorąco. Nagle odłożyła widelec, oparła się na krześle i powiedziała, że ją bujnęło. „Bujnęło mnie” – wyszeptała teatralnie a od wczoraj teatr kojarzy mi się wyłącznie z reanimacją. Na szczęście ciotka była bardzo dobrze przygotowana. Nie czekając na ostateczne omdlenie z wprawą zmierzyła sobie puls. I co? Szybszy? Wolniejszy? Nie, szybszy nie. Wolniejszy też nie. Ale jakby inny. Mówiąc to wyciągnęła z torebki dwie wielkie pastyle i łyknęła w całości poprawiając jeszcze jedną małą. Następnie drobiazgowo wyjaśniła medyczną stronę swoich stanów, z czego zapamiętałam jedynie to, że w żyle szyjnej krew płynie jej w przeciwną stronę niż powinna, co powoduje, że przy nagłych ruchach głowy – na przykład przy naleśnikach – może ją nagle bujnąć. Bujnięcie budzi histerię serca, histeria arytmię, a na arytmię są właśnie duże pastyle. Mimo wszystkich turbulencji postanowiła sama poprowadzić auto do domu, bo wierzy w duże pastyle.
Fajnie jest być samotną staruszką i w każdym lustrze widzieć tylko siebie. Własne, całkowicie subiektywne odbicie.
26 maj – Dzień Matki.
Wiwatujące dzieci na wszystkich programach telewizji. Zawsze mam mieszane uczucia na dźwięk słowa „ mamusia”. Sensem mojego życia nadal pozostaje całkowita odrębność od mamusi. Nie chcę być z nią kojarzona, byłby to dla mnie upadek. Osoba mamusi łączy się u mnie nieodparcie z władzą mamusi, toksyczną mamusią, histeryczną mamusią, wstyd mi za mamusię i za siebie z mamusią w tle.
Zwolniłam moje dzieci z obowiązku kochania mnie z powodu tego, że jestem mamusią. Nie chcę być niczyją mamusią. Chcę być człowiekiem.
Maj 27.2009
Jestem śpiąca, boli mnie krzyż, a jak coś zażyję to zaczyna boleć żołądek i tak w kółko. Jestem sama w domu. Uwielbiam to. Uwielbiam to.
Dobiega końca dziennik Wirginii Woolf i mam wielką ochotę ją narysować z tych kilku słynnych zachowanych zdjęć. Wczoraj leżałam pod kocem przy kominku, wszyscy szczęśliwie wyjechali i tak sobie wyobrażam życie po śmierci. Ogarnia mnie bezwład jak w moim ulubionym śnie, kiedy mi się nie chce, nic mi się nie chce, zwłaszcza ruszyć. Delektuję się stanem spoczynku. Starość to przede wszystkim zmęczenie aktywnością. Aktywne życie to nieustanne przerzucanie przyszłości w przeszłość. Zaczynamy od ogromnej hałdy, teraz już widać koniec. Więc człowiek siada i stwierdza, że nie ma się co ciskać, zdąży przerzucić. I siedząc tak odnajduje teraźniejszość, a wraz z nią tajemnicę wieczności.
Znowu się kłania Outsider – „żyć ? to powinni robić za nas nasi słudzy”.
2 lata temu był ostatni dzień na świecie, w którym żył mój Tata.
„Wszyscy pisarze są nieszczęśliwi. Zatem obraz świata w książkach jest zbyt ciemny..” napisała Virginia Woolf. Nie miała racji. Sztuka rodzi się w bólu, ale nie należy mylić bólu rodzenia z bólem istnienia.
Brakuje mi boskości w tym Dzienniku Virginii. I to w jakiś sposób wyjaśnia przyczynę jej samobójstwa. Bez Boga (niekoniecznie musimy nazywać Bogiem tajemniczy piąty element) – człowiek myślący prędzej, czy później dochodzi do wniosku, że życie nie ma sensu, ponieważ istnieje śmierć. Wszystkiemu taka nierozpracowana śmierć odbiera znaczenie i niweczy każdy wysiłek. Oczywiście człowiek młody o tym nie myśli a człowiek stary nie myśli o niczym innym.
Uwielbiam czytać Dzienniki, nie ma bardziej osobistej relacji z bliźnim niż zaglądanie w jego dziennik. Zaprzyjaźniłam się z Virginią W. Dla mnie nie ma znaczenia, czy w potocznym rozumieniu ona jest żywa czy nie. Z wieloma w potocznym rozumieniu żywymi nie miałam tak bliskiego kontaktu jak z nią.
31 maj 2009
Wstyd powiedzieć, ale nie znałam prozy Virginii. Zabrałam się za FALE i.. uklękłam po pierwszych rozdziałach.
Ciągle mam w sobie dziwną rezygnację z życia. Obrazy malują się strasznie długo. Niewiele zarabiam, więc nie rządzę. Gotuję psom i dzieciom, wożę męża do pracy, czytam książki pod kominkiem. Mamuśka.
Znowu nie jem mięsa. Chrześcijanin nie powinien jeść mięsa. Wystarczy ciało Chrystusa. Nie kpię sobie. A jeśli kpię to gorzko. Zastanawiam się nad tym, czy sam Chrystus w czasie ostatniej wieczerzy gorzko sobie nie zakpił.
W TP przeczytałam o rehabilitacji pożądania – oczywiście pomiędzy małżonkami!!! W ogóle poza małżeństwem nie ma nic, kosmiczna próżnia. Oko kościoła jest nieruchome. Tak więc pisze pewien mądry człek – nazwiskiem nomen omen Sporniak – że bez pożądania nie ma miłości cielesnej. Między małżonkami, między małżonkami. I tutaj myli się nasz postępowy dziennikarz i orędownik zmian w kościele. Miłość, także cielesna – zaczyna się tam, gdzie się kończy pożądanie. Przysięgam, że nie pożądam swojego męża, a jeśli już to czasami cudzego, ale chętka tego rodzaju jest porównywalna do reakcji wegetarianina na zapomniany kawałek wędzonej szynki. Pożądanie jest z natury swojej przeciwne miłości, jest chęcią brania. Objawia się głodem. W miłości jest chęć bycia branym. To pragnienie całkowitego oddania i wyzwolenia przez słabość. Aż do zatracenia. Bierz mnie, oto jestem dla ciebie. Nie jako niewolnik, lecz wolny byt w pełni władzy nad sobą samym. Chcę być w całości, duszą i ciałem Twoja i dla Ciebie. Jestem żywym, szczęśliwym darem. Nazwijcie to teraz pożądaniem i porównajcie do wędzonej szynki.
1 czerwca dzień dziecka.
Nikt już nie chce moich obrazów… maluję sobie. Nawet Zośce się one nie podobają, wszystko kręci się wokół koni.
3 czerwca 2009
Zamiast się wreszcie spokojnie zestarzeć kupuję siodło . I znowu tonę w długach i znowu uwierzyłam, że to jeszcze nie koniec życia. Chociaż mniej więcej raz dziennie napotykam w sobie początek końca. To tu to tam.
To się nazywa łagodne przejście na tamten świat.
4 czerwca 2009
Nie ma nic bardziej uzdrawiającego jak tęsknota i wolność razem wzięte.
Kocham za Tobą tęsknić tęsknotą człowieka wolnego. Wolność nie ma nic wspólnego z niezależnością finansową. Człowieka może uwolnić tylko Bóg. Te pojęcia – Bóg, miłość, wolność, szczęście, prawda –one w zasadzie oznaczają to samo – wewnętrzny spokój ducha. Poczucie bezpieczeństwa ponad wszystko, co materialne i policzone.
Dziś 4 czerwca, rocznica upadku komuny w Polsce. Czy ja kiedyś myślałam, że będę żyła w kapitalistycznym, europejskim kraju nie musząc tam emigrować? To cud, cud. Tych cudów tak wiele w życiu moim doświadczyłam na skalę mikro i makro. To były zmiany niemożliwe do przeprowadzenia na ludzki rozum. No, ale albo ludzki rozum albo cuda. Gdy rozum śpi stwarzają się cuda a nie tylko budzą potwory nocy.
Mam wrażenie, że Pan Bóg popiera to moje siodło. Czuję w nim coś magicznego. Jest jak poduszkowiec do podróży w czasie.
5 czerwca 2009
Wiersz Mandelsztama w doskonały sposób definiuje tajemnicę wiecznego życia, które mnie ostatnio bardzo zajmuje. Jestem chwilami tak szczęśliwa z powodu małych i bardzo konkretnych rzeczy, że wprost nie mogę sobie wyobrazić szczęścia bez nich. Tkwi w tym być może niebezpieczeństwo przywiązania do doczesności, ale to nie o posiadanie tych przedmiotów chodzi, lecz raczej o przyjemność jakiej dostarcza używanie ich. Weźmy takie siodło. Czy w niebie będę miała siodło? Co ja tu wypisuję. Życzę sobie, żebyście mi go włożyli do trumny!
Dano mi ciało – cóż ja z nim uczynię,
Takim jedynym i moim jedynie?
Ta cicha radość – życie, oddychanie-
Komu, powiedzcie, mam dziękować za nie?
Jam ogrodnikiem, ale także kwiatem,
Związany jestem z tą ciemnicą – światem
I na wieczności szybach już zakrzepło
To moje tchnienie i to moje ciepło
Rysunek teraz na nich się wyłania
Jeszcze niedawno nie do rozpoznania
Niech mętna chwila w ślad za chwilą płynie
– Rysunek bliski sercu już nie zginie.._
Osip Mandelsztam.