22 lipca 2009
Skądinąd poczciwi, dobrzy ludzie, ludzie kochający dzieci i rodziców, ludzie porządni, pracowici, uczciwi- potrafią być całkowicie obojętni na krzywdę zwierząt. Hitlerowcy też byli porządnymi ludźmi, całkowicie obojętnymi na koszmar obozów koncentracyjnych. Inkwizytorzy byli bardzo porządnymi ludźmi i nic ich nie poruszały męczarnie zadawane skazańcom.
Jak to możliwe, że istnieje częściowa wrażliwość? Czym jest współodczuwanie, jeśli nie dotyczy wszystkich bez wyjątku istnień? Czy można się pochylać nad nieszczęściem tylko niektórych, czy to jest szczere?
Człowiek kształtowany przez społeczeństwo przyjmuje obowiązujący kodeks postępowania. Reaguje według tego kodeksu. Tak naprawdę niczego nie czujemy. Świat się zmienia i teraz nie wolno bić dzieci, więc się dzieci nie bije. Nie wolno dyskryminować Żydów, murzynów ani kobiet. Więc u pani Krysi pociesza się płaczące dzieci i broni synowe przed zięciami, w sprawie Żyda trzeba zapytać księdza, a murzynów nie ma w Gąsawach. Na razie. Nie jest natomiast nigdzie powiedziane, żeby psa wypuszczać z kojca albo pogłaskać. Więc pani Krysia go nie wypuszcza i nie głaszcze.
Nie ma miłości w pani Krysi z naprzeciwka, chociaż pani Krysia codziennie modli się na klęczkach przed obrazem Pana Jezusa z sercem na wierzchu i płacze. Miłość to dar od Boga. Komuś się zapala w duszy czerwona lampa i oświetla wszystko. Wszystko i wszystkich. Ktoś kto potrafi kochać – kocha Żyda, Polaka, Niemca, Murzyna, kobietę, dziecko i psa. Tą samą miłością. Panie Boże – udziel daru Miłości pani Krysi za płotem. Mnie też, bo nie potrafię kochać pani Krysi. Odpadam z gry. Tylko psy potrafię kochać prawdziwie. Czyli nie jestem lepsza. Ona kocha Pana Jezusa z rozpłatanym sercem a ja psy.
24 lipca. 2009
Czytam dzienniki Sandora Marai. Zapis ostatniego roku wojny ściska za gardło. Ostateczność miesza się z banałem. To mnie zawsze najbardziej porusza w losach człowieka.
Rano pada deszcz, wszyscy śpią, mogę wypić kawę w kuchni i coś zapisać. Potem dom skrzypiąc rusza z miejsca i osiąga prędkość maksymalną w porze obiadu. Tak było we wszystkich moich domach, kiedy dzieci nie było na świecie, kiedy dzieci już były a w łóżku spał mój pierwszy mąż, teraz dzieci są dorosłe a mąż w łóżku drugi, ale rano zawsze wszyscy śpią i uwielbiam wstawać przed nimi. Szczególnie kiedy pada deszcz albo w ogóle w jesieni.
To ja włączam przycisk START. Jestem bogiem. Jestem sługą.
25 lipca 2009
Obejrzałam dokument o życiu słynnego fotografa – Helmuta Newtona. Setki tysięcy doskonale wyrzeźbionych kobiet. Nagie, lśniące, idealnie gładkie ciała. Nie ma w nich nawet smutku, są całkowicie wyjałowione z emocji, ale bardzo piękne. Bardzo piękne. Artysta potrafi wyjąć z człowieka duszę i na jej miejsce zamontować duszę własną. Czasem okrutną, zimną i odczłowieczoną, jak w przypadku Helmuta, bo o ile Newton brzmi dobrze, o tyle Helmut nie pozostawia wątpliwości. Helmut to Helmut.
26 lipca 2009
Nie mogę się już doczekać jesieni. Czekam na nią jak staruszek na śmierć. Jak zmęczone dziecko na sen. Człowiek zwleka z pójściem spać, ale organizm jest znużony. Niby wakacje są piękne i lato beztroskie, ale w tej beztrosce lata czai się bezdomność. Jeśli jest tak ciepło, że można mieszkać pod drzewem to po co dom? Wszystko się zlewa, rozmywają się granice pomiędzy kuchnią i ogrodem. Żyjemy jak w obozie Indian. Lato nie wymaga cywilizacji, a dla mnie cywilizacja jest znakiem kultury, a więc daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jakże złudne, bo przecież cywilizacja potrafi być tak samo nieobliczalna jak przyroda i o wiele bardziej niebezpieczna.
27 lipca 09.
Świetny Marai.
„Prawdziwe, wielkie życiowe przedsięwzięcia to najczęściej nie bohaterskie czyny, lecz gry na cierpliwość…”
I jeszcze – „Moi znajomi nie rozumieją, dlaczego tu, na wzgórzu, w samotności Posillipo bronię się przed każdymi odwiedzinami. Ale nie rozumie i nie zrozumie tego nikt, kto nie z naszego rodu, że pisanie to rytuał wymagający głębszej i bardziej bezwarunkowej samotności niż klasztorna. Potrafię stworzyć coś ludzkiego tylko wówczas, gdy pozostaję z daleka od ludzi. I nie rozumieją, że ta samotność nie jest pychą, lecz ostateczną, najgłębszą pokorą.”
Walczę z moim malarstwem. Postawiłam wszystko na jedną kartę, nic nie zarabiam, nie mam własnych pieniędzy, maluję. Nikt za mnie tej rewolucji nie zrobi.
Właściwie już się przyzwyczaiłam do nieustannej obecności rodziny. Są jak powietrze. Oddycham nimi. Jak ich nie ma jest dziwnie. Inaczej. Nieswojo. Pusto jak w pustym kościele. Chociaż kościoły lubię tylko wtedy, kiedy są puste.
28 lipca.
Nie zazdroszczę ludziom urodzonym w roku 1920. Ani w 1939, a nawet w 45. Piętno wojny może być nieodwracalne. Ale ono jest także piętnem następnych pokoleń. Wszyscy, którzy urodzili się wiedząc o istnieniu wojny – zostali ostrzeżeni. Ile trzeba pokoleń, żeby zapomniały?
Obejrzałam film „ Miłość w czasach zarazy” wg Marqueza. „Kiedy moje serce doczekało się spełnienia odkryłem, że to życie, a nie śmierć – nie ma granic.” – brzmi zakończenie. A ja mówiłam, że wieczność – to życie. Jednak film to nie to samo co książka. Dwie kozy rozmawiały ze sobą, jedna zjadła książkę, a druga film. Pierwsza mówi do drugiej – książka była dobra. A druga – ale film lepszy. Tym razem jest odwrotnie.
Oczywiście jesteśmy już starzy, ale czy czas ma tu jakieś znaczenie? Lata bez miłości da się czasem odrobić w jeden dzień.
2 sierpnia 2009
Jak pisał Marai – w Stanach każdy dzień upływa na tym, że nie jest się w Europie, a mój każdy dzień to dzień bez siodła. Maluję, ale nie mam zamówień, walić to, ważne, że maluję. Nie zarabiam ani centa, martwię się psami z mojej wsi, gdzie ja jestem, co ja tu robię?
Czy wyrwałam się z korzeniami, czy też zostałam ostrożnie przesadzona? Zależy, jaki się trafi dzień.
4 sierpnia.
Pojechaliśmy na obiad do Kazimierza nad Wisłą. Nie byłam tam ze 40 lat. Wszystko jest mniejsze, chociaż nie wyrosła ze mnie koszykarka. Zjedliśmy sałatę za sto złotych w Zielonej Tawernie, spotkaliśmy panią S. z yorkiem, pana X z dwoma yorkami i państwa O. też z dwoma. Czy oni te yorki wymienią na inne jak się skończy moda?
Do Kazimierza jeździłam w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zawsze z matką i ciotką, tą, która mnie potem wydziedziczyła. Obie wtedy były ładne, zgrabne, malowały sobie kreski na powiekach, miały sukienki, które z powodzeniem można by teraz nosić jako najmodniejsze, bo moda przecież wraca, nikt nic nowego nie potrafi wymyślić, a jak wymyśli, to tego się nie da nosić. Takie sukienki prosto cięte, dopasowane, w duże kwiaty albo geometryczne wzory ubierało się do płaskich bucików, na które dzisiaj mówi się baleriny, a wtedy się mówiło trumniaki. No i one w tych trumniakach z kreskami na powiekach zadawały szyku na Kazimierzowskim rynku przy starej studni, a ja się wlokłam za nimi objuczona lalkami i nie wiem, czy mi to wszystko sprawiało przyjemność, chyba nie. Zawsze wolałam być sama, lalki były jedynym towarzystwem, które mi nie przeszkadzało. Nienawidziłam wakacji, wolałam siedzieć w domu przy biurku. Inne dzieci jeździły na kolonie, u mnie myśl o koloniach powodowała panikę, z dwojga złego lepiej było wytrzymywać w jednym pokoju z matką i ciotką. One przynajmniej były dorosłe. W Kazimierzu mieszkałyśmy w willi Potworowskich – tych Potworowskich, (o ile ktoś jeszcze pamięta których, to tych). Chodziło się po bułki i po Przekrój na rynek w Kazimierzu i opalać się nad Wisłę w Kazimierzu. Kamienie gniotły w tyłek pomimo grubych ręczników, bo plaża jest tam wyboista. Rozmawiałam z lalkami i rysowałam dziewczynki, bez przerwy rysowałam dziewczynki. Nie mam pojęcia co mnie opętało. Pisałam też pamiętnik w zeszycie w cienką linię. Na każdej stronie pod tekstem była narysowana dziewczynka. W tym czasie moja matka rozwodziła się z ojcem a ciotka przeżywała burzliwe romanse z różnymi żonatymi kompozytorami, wirtuozami i dyrygentami. Ciotka była krytykiem muzycznym i najwyraźniej przesadzała z krytyką, bo została starą panną. Wtedy w Kazimierzu do matki przyjeżdżał ojciec i wyjeżdżał zaraz jak się pokłócili, czyli tego samego dnia, a do ciotki przyjeżdżał gruby pan Andrzej, którego bardzo lubiłam, bo nieustannie żartował. A im więcej mu było do śmiechu tym ciotka stawała się smutniejsza i smutniejsza aż na koniec zrobiła straszną awanturę i było po Andrzeju. Następny był niejaki pan Hart, muzyk eksperymentalny. Chudy, wysoki, z lekko wystającymi zębami, przez co trochę seplenił. Jak zobaczyłam Korwina Mikke w telewizji to pomyślałam, że Pan Bóg robi ludzi na sztancy. Pan Hart był jego pierwowzorem. Podobnie gestykulował i mówił szybko jakby w zadyszce, ale odzywał się tylko od święta. Większość czasu milczał, uśmiechał się, ruszał wąsikami i był uprzedzająco grzeczny. Podejrzanie grzeczny, dziwnie, nienormalnie grzeczny. Im grzeczniejszy i cichszy, tym ciotka bardziej była niespokojna. Bomba wybuchła w kolejce po lody, które się skończyły, kiedy doszliśmy nareszcie do okienka po godzinie czekania. To po to kurwa branzlujemy się pół dnia w tym pierdolonym ogonku, żeby mi pani teraz mówiła, że nie ma jebanych kurwa lodów?! – wrzasnął Hart na cały Rynek i było po Harcie. Nigdy więcej go nie widziałam. Wtedy cały dzień usiłowałam się dowiedzieć co znaczy „branzlować”, ale się nie dowiedziałam. Reszta słów była mi już znana.
Teraz po czterdziestu latach w Kazimierzu odbywał się słynny festiwal filmów i dzięki temu Maciek nie stanowił wielkiej atrakcji, bo różne Szyce i Olbrychskie chodziły ulicami i można było ich oglądać bez biletu. Kręciliśmy się w kółko poszukując czegoś zimnego do picia, ale wszędzie było tylko piwo, a Maciek nie mógł się napić piwa, bo w ogóle nie mógł się napić już do końca życia. Z taką świadomością ciężko balować na festiwalu, dlatego poszliśmy zjeść sałatę za sto złotych a drugie i zarazem ostatnie sto nam zostało w portfelu. Na środku rynku stał namiot, a dookoła namiotu wiało nudą. Szczekające głośniki i yorki tej nudy nie potrafiły rozgonić. W namiocie puszczali film, ludzie łazili, nie bardzo patrzyli w ekran, ale krzesła były zajęte, wszystko razem wpędzało w przygnębienie. Każdy mówił, że dopiero coś będzie, będzie występ, będzie koncert, będzie pokaz. Jak z tym dżemem w „Alicji”. Dżem co drugi dzień – był wczoraj, będzie jutro, ale żadnego dżemu dziś. I rzeczywiście, żadnego filmu ani pokazu nie zdołaliśmy doczekać.
Tymczasem w domu mamy czterdzieści słoików truskawek. Dżemu codziennie pod dostatkiem. I po co się było pół dnia branzlować na pierdolonym festiwalu?
5 sierpnia 2009
Demony atakują. Kasa nie dochodzi. Nie mam za co wykupić siodła. Maluję „Tajemniczy ogród”.
Czy istnieje coś takiego jak potencjalne nieszczęście? Zagrożenie z zewnątrz? Nie sądzę. Życie ludzkie jest własnością Boga i On decyduje czy i jak przeżyjemy. Wolna wola jest w istocie Wolą Boga w nas. Czytam o zagrożeniu wojną w Europie (takie na razie gdybanie, ale przecież nie ma żadnej gwarancji) i myślę, czy MNIE to zagraża? Moim dzieciom, Maćkowi? W trzydziestym dziewiątym nikt nie miał świadomości tego, co za chwilę nastąpi, więc teraz też. Będzie co ma być. Jeśli jest nam pisane długie życie, to żadna wojna go nie przerwie. Jeśli nie, jej brak nas nie ocali. Na moim obrazku Maciek w peruce i dworskim przebraniu, kadr z Janosika, zagrał kata. Obok trójka dzieci ze starych fotografii. Ilość starych fotografii w domu powoli zaczyna mnie przygniatać. Co ja jestem, strażnik pamięci? Na to wygląda. Raz napomknęłam o mojej inspiracji przedwojennymi zdjęciami a ten hurtownik kupił mi ich już chyba z tysiąc. Patrzą na mnie z każdej szuflady martwe dzieci. Martwe z różnych powodów, niekoniecznie z głodu albo wojennych potworności. Martwe, bo nikt nie żyje 120 lat. Poza gruzińskimi starcami, którym pomylono metryki. Mieszkam więc pośród setek dusz umarłych dzieci krążących w pobliżu swoich, zachowanych zdjęć, czymże się to różni od każdego cmentarza? Doskonale wiem, że to nie przypadek, bo nie ma przypadków, jeśli się żyje uważnie. Nikt nie ma tylu przyjaciół w wieczności, nikt tam nie lata jak kot z pęcherzem po każde zapomniane słowo, cytat, zdjęcie, fragment, frazę. Samotność moja jest całkowicie pozorna, bo skierowana poza smutny, przewidywalny i ograniczony real. Utrzymuję ożywione kontakty po tamtej stronie i ten orszak dzieci niczego nie zmienia. Jakby nie patrzeć więcej jest nas martwych niż żywych, jest w czym wybierać. Po prostu inna jakość tłumu. O niebo lepsza.
Malując ich twarze myślę, jak to się skończyło? Kim byli? Kim się mogli stać? Czy już wszystko o sobie wiedzą? Czy jakoś przeżyli swój koniec i czy żyją dalej? Jak się zestarzeli, jeśli się zestarzeli. Jak wyglądali jako dorośli. Czy istnieją gdzieś ich dzieci, czy są gdzieś ich groby. Jak mieli na imię, czy mnie teraz widzą, czy zerkają przez ramię, czy się krzywią, czy kiwają głową, czy się czują lepiej, czy gorzej doczekawszy swojego portretu. Mogę im teraz zrobić głupi dowcip, domalować pryszcza, wąsy albo strój pajaca. Jestem władcą absolutnym, a kuku! Nie podpadajcie artystom.
6.08.2009
Oświecenie to od razu ocean współczucia. Potworność świata, wszystkie cierpienia istot żyjących stają się nagle naszym cierpieniem. Ale właśnie w tym bezmiarze piekła odnajdujemy wiarę w sens dobra. Przekonanie, że zło jest śmiertelne, odmierzone przez czas, skończone.
Oświecenie to w związku z tym przejście przez ogień. Przez śmierć, ból i ciemność. Nie ma tu miejsca na jakiekolwiek złudzenia, piękno wydaje się być cudem na tle powszechnego okrucieństwa. Odnalezienie sensu życia w bolesnym tyglu niesprawiedliwej męki żywych stworzeń – ludzi i zwierząt – jest istotą przemiany.
Oświecenie to olśnienie prawdą tylko że CAŁĄ, niestety całą.
07.08.2009
Kiedy nareszcie kończę obraz – już go nie widzę. Nuży mnie. Nie mam mu nic więcej do powiedzenia. Wyssał ze mnie wszelką ochotę na dalsze malowanie. Podpisuję kapitulację. A po jakimś czasie patrzę na nowo i wydaje się zupełnie niezły. Sztukę poznaje się po tym, że się dobrze starzeje. Wszystkie towarzyszące jej powstawaniu oceny – krytyki i zachwyty – mogą być mylące. Dobry obraz musi zdechnąć pod pędzlem, żeby ożyć w nocy na ścianie.
„Moda tworzy rzeczy piękne, które z czasem stają się brzydkie. Sztuka tworzy rzeczy brzydkie, które z czasem stają się piękne „– Coco Chanel. No toś mnie pocieszyła.