Coś większego od nas samych, czyli Dziennik 2009 – sierpień -wrzesień.

10 sierpnia 2009

Wczoraj wieczorem rozmawialiśmy o etosie pracy w moim domu rodzinnym. I o tym, co mi mówiła moja babcia lekarka-  „ Nie jest ważne ile zarabiasz, ważne jest, że dużo pracujesz ” Dzisiaj to brzmi jak recepta na zrujnowanie sobie życia. Chodzi przecież o to, żeby zarobić, ale się nie narobić. Ale babcia wiedziała co mówi.

Mam wrażenie, że nasze społeczeństwo nie ma innego celu w życiu jak pieniądze. Pragnienie bycia bogatym jest równoznaczne z życiowym sukcesem. Przesłania ludziom wszystkie inne zwycięstwa i stępia refleksję o sobie samym. Sprowadza wyobraźnię do kibla zatkanego kasą.  Nie wiem, czy to nie za mało do szczęścia, ale na wszelki wypadek każda opcja, która hamuje wzrost wpływów na konto jest podejrzana. A więc jakieś mało opłacalne pasje, pomysły sprzeczne z logiką, praca naukowa, misja ratowania świata i inne szaleństwa należy sobie podarować. Uznaje się je dopiero wtedy, kiedy nagle z ich powodu ktoś zgarnia fortunę. Co nie jest regułą przecież, ale czystym przypadkiem. Ale jakie to ryzyko, żyć po swojemu? Robić to, co się lubi? Ogromne. Gigantyczne. Zawsze wiedziałam, że chcę tylko pisać, ale rysuję portrety, bo mi za to płacą. A kto inny zawsze chciał tylko jeździć na łyżwach, a został instruktorem narciarskim, bo mu za to płacili. Pieniądze są głupie, pieniądze nie wiedzą, gdzie idą, pieniądze są ślepe, pieniądze nie czują bluesa. Socjalizm był koszmarny, ale złotówka nie miała żadnej wartości, każdy był w jakimś sensie straceńcem i mógł uprawiać to, co chce bez wynagrodzenia, bo wynagrodzenie nigdy nie było adekwatne do włożonego wysiłku. Przeciwnie – niezależnie od wysiłku pozostawało minimalne.

W mojej rodzinie każdy zajmował się czymś bardzo niepraktycznym, ale wszyscy robili to ze śmiertelną powagą, jakby od tego zależało życie. Ojciec badał nietoperze i opisywał jaskinie w Jurze Krakowsko Częstochowskiej, ciotka etnografka przemierzała Orawę z plecakiem zbierając materiały do artykułów dla Towarzystwa Ludoznawczego, w domu pieszczotliwie określanego mianem ludożerców a wuj tłumaczył z arabskiego Bajki z Tysiąca i Jednej Nocy i całymi dniami nie wychodził z pokoju, który miał dźwiękoszczelne drzwi i w środku wyglądał jak gabinet Dumbledora z Hogwartu. Na tym tle moja babcia – lekarz pediatra – wypadała słabo, chociaż zapewne zarabiała najwięcej. Nie miała prywatnej praktyki, tylko etat w szpitalu. Wracała do domu obsikana przez noworodki płci męskiej, które nagle rozwinięte z pieluszek robiły jej prysznic prosto w twarz. Była jedyną kobietą na wydziale medycyny w Wiedniu, ale prestiż tego zawodu przegrywał w porównaniu z pracą badawczą reszty rodziny. Bo chodziło właśnie o prestiż. Po polsku – uznanie. Prestiż nie miał bezpośredniego związku z zarabianiem, tylko z odkrywaniem. W wąskich kręgach osób zainteresowanych wiedzą o nietoperzach, ssakach kopalnych, jaskiniach, kulturze arabskiej i zwyczajach ludowych Orawy – ojciec, wuj i ciotka byli prawdziwymi gigantami. W opozycji do prestiżu pozostawała popularność. W tamtych czasach miała znaczenie pejoratywne. Papierosy „Popularne” były najgorszym świństwem i palili je ludzie, mówiąc łagodnie niewykształceni. Mieli niewykształcone wszystko, na czele z płucami. Tak więc pieniądze i popularność to nie był sukces, o którym można by było rozmawiać przy stole, więc się nie rozmawiało, chociaż zupa była cienka. Dzisiaj nie do pomyślenia. Dzisiaj absolutnie nie do pomyślenia. Jeśli już ludzie się spotykają twarzą w twarz przy jakimś stole to tylko dlatego, że muszą porozmawiać o pieniądzach.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jedno jest pewne – każdy w moim domu wiedział po co żyje, ale w sumie nie wiedział za co.  

W tym kontekście wypowiedź babci o pracowaniu się wyjaśnia. Jeśli kogoś stać było na to, że pracuje – mógł się uważać za szczęśliwca. Co było do udowodnienia.

10.08.2009

Pomyślałam dzisiaj, że piesek pani Krysi nigdy nie może ogrzać się w słońcu, ponieważ mieszka pod kasztanem, gdzie zawsze jest cień. Jest trochę jak koń z kopalni. Swoją drogą – jak można spokojnie spać na świecie, w którym istniały konie w kopalniach?

Ktoś powie, że żyjąc tak poza granicami cywilizacji – tracę kontakt z rzeczywistością. Płaczę nad cierpieniem stworzeń, bo nie mogę się przelecieć po sklepach.

To prawda, płaczę, bo odległość od tak zwanej cywilizacji sprawia, że muszę się skonfrontować z tym, co pozostaje po odrzuceniu cywilizacji. Tym czymś jest prawdziwa rzeczywistość, a prawdziwa rzeczywistość to stan światowego ducha. Zapewniam Państwa, że w tym kontekście nadal tkwimy w epoce wczesno polodowcowej. Sklepy to tylko zasłona dymna. Za nią jest bezkresny, pękający gdzieniegdzie, gigantyczny kawał lodu. Cała nadzieja w tych długich, coraz dłuższych rysach.

Mnisi w zamkniętych klasztorach wstają rano i cały dzień, z przerwami na modlitwę – zajmują się klasztornymi obowiązkami – a to drwa rąbią, a to grządki pielą, a to gary szorują. Nie ma w tej pracy nic twórczego ani też nie zarabiają na jakieś swoje małe szaleństwa w klasztornych butikach. Kiedyś o tym myślałam z przerażeniem. Ale teraz jasno widzę ich szczęście. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. I tyczy się to w takim samym stopniu galerii handlowych co psów na łańcuchu.

 10.08 2009

Brak pieniędzy to dziwny czas. Mogę malować, ile chcę, czytać i spać, ile chcę, nie mogę tylko wychodzić z domu, bo to oznacza wydawanie kasy, a trudno wydawać coś, czego nie ma. Więc się rozwijam twórczo i intelektualnie, kocham, czytam zaległe artykuły w prasie, nie muszę dużo gotować, bo żywimy się prosto, uzupełniając jedynie cukier, masło, pieczywo. Życie kosztuje, ale prawdziwe życie nie.

13 sierpnia 2009

Czytam w TP o kulcie maryjnym. Samo sformułowanie tchnie makatką, ale właśnie o tę makatkę chodzi. Następuje oddzielenie łagodnej, słodkiej Madonny od surowego Chrystusa – faceta bez sentymentów, bezkompromisowego, który na koniec ponosi sromotną klęskę na krzyżu i w tej przerażającej formie straszy dzieci nad drzwiami.  Wystarczy odjąć Matce Dzieciątko i zapomnieć o koszmarach ewangelii a otrzymujemy upragnioną, łatwą do zaakceptowania pogańską boginię bez skazy. Do takiej Maryi można przyjść i popłakać sobie, poprzeklinać na bidę, na sąsiada i na pijanego chłopa. Ogólnie matka uciśnionych musi być niemową. I ona taka jest – słowem się nie odezwie, nie osądzi, nie odepchnie, wszystkiego wysłucha i pokiwa ruchomą główką jak piesek w samochodzie. Taki worek na nieszczęścia. Wszystko jej można wrzucić i potrząsnąć, żeby pokiwała. Zero samokrytyki. Raj dla frustrata. Po beretach ich poznacie.

A z drugiej strony mamy do czynienia z jakże ludzką formą buntu przeciwko teologii cierpienia, która ma być dla naszego nieudanego życia wystarczającym wytłumaczeniem. Bóg, który z cierpienia uczynił zbawienie siedzi sobie teraz i popija drinki z palemką a my tu tymczasem obrywamy po dupie. Taka Maryja  przynajmniej wysłucha i się nie odezwie. Główką tylko pokiwa, że rozumie – cyk ,cyk.

Dziewczyna X odkryła, że jest jego pierwszą kobietą. W związku z tym, jak się wyraziła – w łóżku „robi go pod siebie”. Zośka też tak robi swoje konie. I ludzie próbują tak sobie robić Pana Boga. To bardzo ludzkie i powinno dać Panu Bogu do myślenia. Może i daje, ale, jak mówił Ferdek Kiepski – co pan zrobisz, jak pan nic nie zrobisz.

17 sierpnia2009

Godzina jedenasta. Podobno namalowałam piękny obrazek. A to tylko zręczny zapis mojej udręczonej duszy. Uwielbiam moją duszę, kiedy jest udręczona. Od razu odzywają się w niej głosy, mnóstwo głosów. Z tej mąki będzie chleb, z tego cierpienia zbawienie. Nie dla mnie, bo też i nie o moje zbawienie tutaj chodzi.  To już wyższy stopień cierpienia duszy – wędrówka przez piekło innych ciał. Ciał ze starych fotografii.

18 sierpnia.

Piękna pogoda. Niewzruszona pogoda. Całkowicie obojętna na wszystko bardzo ładna sierpniowa pogoda.

To już wieczór. Mam ochotę przeczytać kilkanaście książek, ale do tego jest potrzebna zima. Jak można żyć w kraju, gdzie nie ma zimy? Stanowczo lato trwa już za długo. Lata nie lubię też dlatego, że jest ruch. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, drzwi są otwarte. W zimie jak drzwi są otwarte, to się dom wyziębia. A przez zamknięte zawsze trudniej wejść.

20 sierp. 2009

Szykuje się śmierć w rodzinie. Tym razem siostra ojca, słynna „ciocia Warmijska.” Rocznik dwudziesty. Zdeklarowana ateistka. Bardzo poczciwa, strasznie pretensjonalna, zakompleksiona, egzaltowana i okropnie nienowoczesna. Ta, która biegała z plecakiem po Orawie. W cieniu wielkiego brata, czyli mojego ojca. On bywalec, snob, młody dożarty profesor, oczko w głowie babci Zosi, najważniejsza osoba w domu, imprezowicz, kpiarz, światowiec. Ona- tylko doktor – toteż przedstawiała się w telefonie – mówi doktor Anna … Denerwująca, złośliwa, bezgranicznie ofiarna, aż do mdłości. Kiedyś z dworca, na którym wysiadała dzierżąc w dłoni zardzewiałe, przedpotopowe widły, których wartości muzealnej była świadoma jako jedyny pasażer  – zgarnęła przerażonego Amerykanina, który ponoć nie mógł nigdzie znaleźć noclegu, ale głównie nie mógł znaleźć nikogo mówiącego po angielsku. I tak trafił na ciotkę. Lekko wystraszony, wielki jak kurwa mać, rudy i objuczony nie mniej niż jego wybawicielka padł zapewne z wrażenia na widok profesorskiej willi z masą prawdziwych, starych persów, z serwantkami wypchanymi porcelaną i kredensem na dwa metry, nie mówiąc już o stole na lwich łapach. Widły zostały w przedpokoju pełnym dębowych ornamentów i ludowych świątków a on poproszony został do jadalnego, gdzie wyżłopał herbatę w angielskiej porcelanie i zjadł kaszę z kefirem srebrnymi sztućcami. Pościelono mu w gościnnym, zrobiła to zapewne któraś nasza góralska sługa. Rano wciągnął jajecznicę z kiełbasą i wpisał się do księgi gości mniej więcej w tym tonie – spotkałem na dworcu anioła – Hanka było mu na imię. Ciotka zawsze pożyczała mi pieniądze, za co będę jej wdzięczna do końca życia, ale równocześnie demonstrowała swoją szlachetną nędzę łapiąc pchły na nodze (pchły mnie uwielbiają) i żywiąc się gniecionymi ziemniakami. Niezależnie od tego z kim siedziała przy stole gniotła ziemniaki na bryję, uklepywała z nich gładki placek i mieliła jeszcze raz w ustach przed przełknięciem. I za każdym razem nie mogła się nachwalić zalet zwykłych gotowanych ziemniaków. Przy tym ruchy miała jakby właśnie podano pieczeń a la Radziwiłł. Malczewski na ścianach i te ziemniaki z pchłami.

Teraz umiera. I nikt jej nie zastąpi. W ogóle od tej pory nikt już nawet nie będzie w stanie wyobrazić sobie kogoś takiego jak ona. Ostatnia na tym globie kulturalna ciotka.

24 sierpnia.2009

Samotny wieczór po zawodach konnych. Mam moje siodło. To jest ta jedyna rzecz, o którą KATEGORYCZNIE poprosiłam Maćka a moja w tej sprawie determinacja była równie wielka jak niezrozumiała dla większości tak zwanych normalnych ludzi. Siodło o nazwie Doża pasuje na Wenecję – to oczywiste. Pasuje jak ulał także na mnie, ma nawet skróconą tybinkę, żeby mi się łydka dobrze kleiła. Dobre siodło to takie, o którym się nie myśli podczas jazdy. Ono jest niewyczuwalne. Ideałów się nie dostrzega, bo nie wyją, nie wystają, nie kłują w oczy, stapiają się z tłem. Jak w tym dowcipie o gościu, który na przyjęciu u królowej angielskiej został skomplementowany za świetny garnitur. Pierwszą jego myślą było – muszę zmienić krawca.

Teraz naprawdę mam już wszystko i mogę powoli szykować się na śmierć.

25 sierpnia.2009

Na dzień dobry w charakterze odmiany od monotonii upałów na wsi – krakowski pogrzeb ciotki Hanki. To dziwne jak niewiele jest we mnie żalu. Zwykle dość agresywnie reagowała na moje duchowe odkrycia. Ufała wyłącznie nauce i doświadczeniu. W dniu, kiedy umarła pomyślałam sobie, że już nie muszę z nią dyskutować bo sama zobaczy jak jest. Prawie, że odczułam ulgę.  Ja w ogóle w żadną śmierć nie wierzę. To by było za proste.  Nikt nie umiera na zawsze.  Niektórzy ludzie są przekonani, że śmierć bliźniego rozwiązuje wszystkie problemy, które ten bliźni im stwarzał swoim istnieniem. Czasem nawet decydują się na morderstwo jako ostateczne rozwiązanie. Zabijają dla kasy, dla świętego spokoju, dla idei itd.  Ryzykują oczywiście ziemskie konsekwencje swojego czynu, ale uważają, że pozbyli się wroga na zawsze. A człowieka nie da się zabić na zawsze, bo śmierć to tylko stan przyczajenia. Każdy z nas się odradza, wraca nagle z Panem Bogiem pod rękę jak Janda z Radziwiłłowiczem w ostatniej scenie Człowieka z Marmuru. Nikogo nie można bezpowrotnie unicestwić ani uznać za zupełnie nieistniejącego. Umieramy i rodzimy się w nieskończoność, ofiary zła, chorób, starości, albo samych siebie. Jesteśmy tak naprawdę nie do zajebania. To się nazywa wiara w powszechne zbawienie.

31.sierpnia. 2009

Nie cierpię wakacji, uwielbiam, kiedy się kończą. Piąty pies krąży wokół domu. Jest ogromny i jest szczeniakiem. Będzie jeszcze rósł. Nie wiem, czy tu wróci, wypił wiadro wody, zjadł kilka chrupek, resztę zostawił i poszedł sobie. 

Myślę o tych wszystkich właścicielach psów, którzy mają psy – odratowane przez nas z nędzy wyrzutki psiego i ludzkiego społeczeństwa. Teraz te psy są kochane, jedyne, noszą apaszki i mają na usługach kilkuosobowy zespół w postaci całej rodziny. I w żadnym umyśle nie zrodziła się refleksja nad tym, by jeszcze coś uratować. Na tym jednym psie się kończy. A dla mnie powoli każdy człowiek staje się potencjalnym wybawcą jak nie przymierzając dla transplantologa – dawcą.  I zazdroszczę tym, którzy nie mają w sobie poczucia odpowiedzialności za całość psich nieszczęść i mogą żyć w błogim szczęściu ciesząc się swoim pupilem a nie całym stadem, co wymaga zwielokrotnionej uwagi. Moja miłość do zwierząt jest bolesna, ponieważ obejmuje wszystkie.

Theillard de Charin byłby zadowolony.  ..aby być szczęśliwym, w pełni szczęśliwym – trzeba przesunąć biegun swojego istnienia i umieścić go w czymś większym od nas samych”…

(np. w baardzo dużym psie?…)

Co oznacza, że szczęście jest jedynie w dążeniu do szczęścia i nie ma tu mowy o byciu w pełni szczęśliwym. Theillard był zdania, że miłość nie istnieje w skali ludzkiej, jest czymś, co nas przenika i czyni z nas jedynie narzędzia do naprawiania świata, trzeba sobie tylko znaleźć swój własny odcinek specjalny.  Moim są pewnie psy. A dążeniem jest uszczęśliwienie największej możliwej liczby psów, żebym mogła kiedyś, w następnym wcieleniu, jak każdy normalny człowiek – mieć w domu tylko jednego.

4 września.

Czy istnieje prawdziwa przyjaźń pomiędzy człowiekiem a psem? Czy można psa do siebie przekonać? Bo oczywiście każdego psa można łatwo zniewolić i to się nazywa dobry, grzeczny pies. Ale jak się zastanowić, żaden z naszych psów nie jest zniewolony.. one są z nami, bo tak im dobrze.

Gdyby mnie ktoś zapytał jakie chciałabym mieć psy odpowiedziałabym bez wahania – szczęśliwe. Chciałabym mieć szczęśliwe dzieci, szczęśliwego męża, szczęśliwych sąsiadów, szczęśliwe konie.  Ha, jajka też lepiej smakują od szczęśliwych kur.  Szczęście to życie pośród szczęśliwych ludzi i zwierząt. A ludzie chcieliby mieć psy grzeczne, dobrze ułożone, posłuszne, przywiązane. Dzieci też takie chcieliby mieć. Zwłaszcza przywiązane. I przywiązanych (krótko) mężów – żony.

9 września.2009

Moja eks szwagierka udająca damę zawsze przyjmowała osobny ton, kiedy zwracała się do syna. Spontan był w jej przypadku przeznaczony wyłącznie do upijania się z koleżankami. Dziecko znało mamusię wyciętą z tektury. Na przemian stosującą techniki chińskie lub szwedzkie. Wszystko ma służyć wychowaniu – czułość – jeśli uzasadniona w celach dydaktycznych, trudności – zaaranżowane i z premedytacją przygotowane na drodze. Żeby sobie poradziło w życiu i żeby jej nie przyniosło wstydu, zwłaszcza to drugie.

A przecież to wolność jest największą szkołą przetrwania. Daj dziecku jeść i daj mu wolność, jemu, a przy okazji sobie samemu.

Wrzesień 11.2009

Rocznica horroru na Manhattanie. W gazecie przeczytałam o pewnym bardzo zamerykanizowanym Polaku, który po tym, jak został cudem ocalony z 86 piętra wieży, gdzie miał swoje ukochane biuro – wrócił do kraju, kupił dom w Karpaczu i chodzi 4 km przez las po świeże bułki. Ja prowadzę mniej więcej podobny tryb życia, tylko mam bliżej po bułki, a w ogóle nie lubię bułek. Nie musiała mi się do tego zawalić na łeb połowa wieżowca.

Opowiadał ten Polak ciekawą rzecz, że mianowicie cały ten czas ewakuacji, ratowania się z katastrofy pamięta wycinkowo. Nie widział trupów, spadających, palących się ludzi, rannych i miażdżonych. Nie wie, skąd miał na sobie tyle krwi, która nie była jego krwią. Jego mózg wyłączył rejestrowanie dziejących się wokół potworności i zajął się sprawnym szukaniem drogi wyjścia.

Pan Bóg ma różne pomysły na nasze funkcjonowanie, ale w sytuacjach krytycznych przejmuje stery i wciska swoje enter na komputerze naszego istnienia.

Ach, jesień, wszyscy powoli wyjeżdżają. Ach, samotne wieczory przy piecu. Ach wolności moja. Samotności moja. Ciszo bez telewizora. Nie muszę oglądać ani historii ataku na Pearl Harbor ani serialu „Słyszącego myśli”. Dzięki temu sama jestem słyszącą myśli, przede wszystkim własne.

 Świat funkcjonuje dzięki mrówczej,  niezapłaconej, bezszelestnej pracy kobiet. Co to dla baby – 12 godzin na nogach? Każdy współczesny mężczyzna zamieniwszy się z przeciętną kurą domową choćby na jeden dzień – umarłby z przemęczenia. Byłby przerażony skalą średniowiecza, w jakim nagle przyszło mu żyć!

Na szczęście kobieta sika na siedząco. Dzięki temu może sobie klapnąć parę razy na dzień. Drugie miejsce spoczynku to koński grzbiet. Jak już się tam wdrapię, nie mam ochoty zejść na ziemię.

17 września 09

Paweł Kukiz – wokalista rockowy manifestujący swoje prawicowe poglądy ułożył specjalny song o Katyniu. Pioseneczka w tonie ruskiej ballady śpiewana niby to przez zmęczonych strzelaniem w tył głowy żołnierzy zatrudnionych do wykonania wyroku na polskich oficerach. Jest w tym coś arcyniesmacznego. Takie nieudolne próby przerobienia banalności zła na banalność piosenki.

Ludzi można zrozumieć, ale nie uniewinnić. Doznane zło nie daje nam żadnego prawa bycia złym.

Maciek wyjechał grać tego swojego znienawidzonego Iwanowa. Ale na tym polega profesjonalizm. Profesjonalizm to gówniana cecha czasami.

22września

Ach jak mnie denerwują ekscentryczni artyści, zdziwaczali artyści. Denerwują mnie, bo od artysty wymagam WŁAŚNIE normalności, zdyscyplinowania, cech człowieka Bożego. W końcu największym artystą jest sam Bóg i ładnie byśmy wyglądali, gdyby był dziwakiem i odmieńcem. Samotnikiem i ponurakiem. Albo dekadentem, albo balowiczem do utraty tchu. Albo wariatką w sześciu spódnicach. Albo zamiast tworzyć świat tworzyłby instalacje i happeningi. Ładnie byśmy wyglądali.

24.09

Morusek nie wraca do domu, martwię się czasem o te psy jak o własne dzieci. Moje malarstwo kwitnie, moje zarobki więdną. Mówię 3000 za obraz i to jest ciągle za dużo. A dzisiaj był stolarz i za budę dla Maksia chciał 450 złotych.

Trener znowu pije. Znowu wyleciał z pracy i pewnie niedługo zgarnie go pijanego z dworca jakiś nocny patrol. Obudzi się w izbie wytrzeźwień a może nawet w więzieniu, ma przecież wyrok za wypadek, którego nie pamiętał. Za słowem trener kryje się człowiek. Świetny jeździec, błyskotliwy, wykształcony inteligent. Alkohol nie wybiera. Na kogo wypadnie na tego bęc.

30 września

I oto nadeszła upragniona jesień.  Zawsze wolałam jesień. Jesień to jakby nagroda za cały rok. Jesień ma w sobie coś z wieczności. Dla kogoś wieczna jesień może brzmieć jak wyrok, ale dla mnie brzmi jak najpiękniejsza sonata. Jesienna. Jesień i starość – zawsze o tym marzyłam.

Dzisiaj jeździło mi się bosko. Teraz mnie trenuje anioł stróż, bo trener poległ w starciu z alkoholem, a raczej uciekł z pola bitwy do sklepu z piwem. Ostatni raz dzwonił z trawnika na Ursynowie. Co zrobi jeśli nadejdą przygruntowe przymrozki? Zamienił biedak czworobok na trawnik.

Wczoraj u pani Krysi sprzedali krowę. Odjechała wielkim autem, a pani Krysia uciekła do domu, żeby nie widzieć, jak krowa wsiada. Nie chodzi o to, że jej żal stworzenia, chociaż cielna i mleczna krowa nie jechała na razie na rzeź, ale o to, że bez krowy życie pani Krysi i Felka, jej znienawidzonego męża – nie ma już żadnego wyraźnego celu. Nie mają się czym zajmować, bo to, czym się zajmowali, czyli krowa – było ponad ich siły. Straszna będzie teraz starość. Felek stał w deszczu i strząsał dłonią krople na furtce. Ten absurdalny gest zastępował otarcie łez. Niema rozpacz w obliczu całkowitej życiowej demobilizacji. Pani Krysia z panem Felkiem zaczną teraz umierać. Ale kiedy umrą, piesek wyjdzie na wolność! Śmierć powinna być wyzwoleniem tylko dla umierającego, ale to się zdarza nieczęsto.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.