10 Sierpień 2010.
Nie płakałam po Maćku K. Wolę tego nie robić w obawie przed całkowitym wysuszeniem. Człowiek ponoć w 90 procentach składa się z wody. Rozpacz, ta ludzka, materialna, cielesna rozpacz jest zwykle przeliczona na łzy. U mnie te proporcje mogłyby doprowadzić do sytuacji meduzy wyrzuconej na piasek.
Kiedy umarł, chciałam za nim skakać. Wiadomość dostałam około czwartej nad ranem, poprzedzały ją niepokojące wizje wtyczek wypadających z kontaktu, zatrzymania silników i odłączeń prądu. Potem prąd wrócił a telefon zaświecił. Dzwonili ze szpitala. Zakończyliśmy reanimację pani męża – usłyszałam w słuchawce i zanim do mnie dotarło co to oznacza lekarz dyżurny się rozłączył. Mistrzowie.
Opisu owej surrealistycznej chwili oraz paranormalnych doznań ją poprzedzających usiłuję dokonać przede wszystkim w głowie. Litera zabija, więc też każdy początek opowieści już ją skazuje na niepowodzenie. Ale co pozostaje, prócz pisma? Poczułam się podłączona do wieczności jak lokomotywa do składu, co w wypadku lokomotywy stanowi jedyny sens istnienia. Ale nagle pociąg gwałtownie się zatrzymał. Zazgrzytał przejmująco, szarpnął jeszcze parę razy, wyrzucił z siebie całe powietrze i znieruchomiał. Zgasło światło na całym globie. Ktoś odłączył zasilanie także w moim organizmie. Nicość, łatwo powiedzieć. Nicość jako przepaść. Przepaść w górę i przepaść w dół. Przepaść to nadal jest jakieś określenie, a tu należałoby zrobić przerwę pomiędzy zdaniami. I ta porażająca cisza jakbym została wessana z powrotem do przeszłości, w której mnie nie było. Cisza, czy też raczej odgłos zera. Totalne nic, najohydniejsze uczucie braku. Stacja śmierć.
Ale ta stacja nie była wcale końcowa. Prąd popłynął. Gwiazdy wróciły na swoje miejsce, światła też. Serca zaczęły pompować. Pies wskoczył na łóżko. Wiatr poruszył oknem. Zadzwonił telefon, nocny telefon ze szpitala. Dla mnie on oznaczał życie. Jechaliśmy dalej, żadne z nas nie wysiadło z pociągu. Zawsze się bałam tego głupiego wysiadania na nie swoich stacjach.
11.sierpień 2010
Z tamtego dnia pamiętam tęczę nad Warszawą i korek na Trasie Łazienkowskiej. Wlokłam się za lawetą wiozącą białą łódź. Obok mnie na siedzeniu leżał plastikowy woreczek zawierający zegarek, obrączkę, telefon i ładowarkę. Tyle zostaje po człowieku. Czyżby? W naturze wszystko jest tylko symbolem a w dziejach wszystko przypowieścią. – pisał Paul Claudel brat nieszczęsnej Camille. Rysowałam ją, kiedy jeszcze lubiłam rysować.
12. sierpień 2010
Nie płakałam i nadal nie płaczę. Przeciwnie, w pierwszych dniach po jego śmierci korzystałam skwapliwie z energii powstałej po zniknięciu ciała. Czułam ją wokół siebie jak narkotyk. Zjawiska opisywane jako możliwe do zaistnienia w tunelu czasoprzestrzennym były teraz moim udziałem w biały dzień, w środku miasta podczas załatwiania niezliczonych formalności, bo kosmos swoje a administracja swoje. I podczas, gdy mnie ścigały urzędy, formalności pogrzebowe, telefony z kondolencjami, krwiożercza, pozostała przy życiu rodzina, prawnicy i dyrektorzy scen polskich– w środku miałam poczucie, że dzień trwa wieki. Każda godzina płynęła leniwie a odstępy pomiędzy jednym a drugim punktem pozornie napiętego grafiku – były bezkresne jak ocean. Na wsi czas się w ogóle zatrzymał. Jako dowód mogę pokazać listę książek, które wtedy przeczytałam. Imponującą. Nie przypominałam spuchniętej od łez wdowy łykającej lekarstwa na uspokojenie. Nie przechodziłam załamania nerwowego, nie szukałam pocieszenia gotowych na wszystko, wyrosłych spod ziemi przyjaciółek, byłam wyspana na dziesiątą stronę. Rozpierała mnie kosmiczna energia, w największej tajemnicy chciało mi się tańczyć. Uczucie to można porównać do nieważkości, nigdy nie byłam w stanie nieważkości, ale opis się zgadza.
Czas, który spędziliśmy razem w pociągu do nieskończoności, on nareszcie zdrowy, ja nareszcie wolna -wspominam lepiej niż miodowy miesiąc. Ten ostatni dla odmiany obfitował w koszmary, choroby i bankructwa, więc nie ma czego wspominać.
Przeczytałam wszystkie, w miarę inteligentne książki o życiu pozagrobowym, zrobiłam ranking religii pod kątem szans na zmartwychwstanie, przeszłam gładko do fizyki kwantowej, wszechświatów równoległych i hologramowej rzeczywistości, przeleciałam się po różnych mistrzach zen i zazen, wróciłam do swoich doświadczeń z udziałem podświadomości, sprzedałam auto, kupiłam auto i na koniec podpisałam na siebie kilka wyroków finansowych, dzięki czemu powoli odzyskuję własne życie. Co prawda przez najbliższe 25 lat będę spłacać kredyt, który mój niczego nie świadomy mąż zostawił mi w spadku nie sporządziwszy testamentu, ale wolność nie ma ceny. Zwierz ze Zgierza połknął zdobycz i jest szansa, że więcej się tu nie pojawi. Czekają mnie jeszcze co najmniej dwa lata wyrównywania rachunków zanim oddech tego szczura przestanie parzyć plecy.
Na pogrzebie też nie płakałam, na cmentarz się nie wybieram aż do dnia, kiedy sama wskoczę do pudełka na prochy. Okropna ta uroczystość przypominała męczącą premierę spektaklu, gdzie zagrał rolę drugoplanową, choć niewątpliwie tytułową (jak w serialu „Oficer”). Był na wszystkich nekrologach, ale potem w prasie chodziło o to, kto stał w pierwszym rzędzie (Linda), kto czytał wierszyk w kościele (Zamachowski), kto niósł portret (Karolak) i tak dalej. Stoczyłam wojnę z księdzem, który koniecznie chciał dopełnić wszystkich czynności – dla kosmity nie do odróżnienia od tajemnych praktyk afrykańskich czarowników, zaklinaczy węży i innych okropieństw rodem z trzech części Indiany Jonesa. A więc dzwonki, faceci w koronkach, bieganie z kadzidłem albo kropidłem, komunia z opłatkiem symbolizującym ciało Chrystusa, egzekwia nad dziurą w ziemi, śpiewy i zawodzenia, ukłony i przyklęki. Wygibasy z monstrancją – wyjmowanie, polewanie do kieliszka, podnoszenie. Ksiądz jako jedyny może sobie chlapnąć już z rana. Po zdrowym łyku wyciera brzegi białą chustką. Swoją drogą bardzo to niehigieniczne, zawsze mam nadzieję, że po imprezie pojawi się jednak jakaś sługa, otworzy złote drzwiczki, wyciągnie naczynie i wstawi do zmywarki.
Udaremniłam większość żelaznych punktów programu a w zamian za pozostawienie niezbędnego minimum, by pogrzeb można było uznać za ważny – mieli puścić na cały regulator Lotta Love Zeppelinów podczas umieszczania pudełka z popiołem w przygotowanym dołku. Sprytny księżulo zapowiedział „Schody do Nieba” ale czujne dinozaury wychwyciły oszustwo. To Lotta, a nie schody – rzekł Linda do Karolaka. Ale też ładne.
Niektórzy odruchowo wybijali rytm nogą. Murzyni na pogrzebach grają jazz, inni mogą grać rocka. Wszystko jest lepsze niż pogaństwo w katolickiej oprawie.
22.sierpnia.2010
Pytony oplotły mnie na warszawskiej ulicy w biały dzień. Przyjechał zionący nienawiścią teść i zażądał jeszcze stu tysięcy. Jedyne czego wtedy chciałam, to obiecać mu tyle, ile zechce, aby tylko móc go więcej nie widzieć. Mamusia Lusia jak Piłat – umyła ręce. Ponoć ten teść zniszczył jej życie. Ale teraz się przydał – jako bulterier. Przyjechali razem pijąc sobie z dziobków, żeby mnie obskubać do reszty, dzięki czemu nie spoczniesz w chwale odpowiedzialności. Chcąc ocalić nasz dom, muszę sprzedać wszystko. Nie mam pojęcia jak sobie poradzę, ale to nie jest dobra chwila, żeby o tym myśleć. Łzy matki są zatrute. Nieustannie polewa nimi trawę na Twojej mogile a potem się dziwi, że wszystko zżółkło.
Boże mój, przecież łyżka nie istnieje. Pieniądze też. Istnieje tylko miłość i cierpienie. Miłość nie potrzebuje pieniędzy i nie z ich powodu cierpi. Zostałam opluta, zdradzona, poniżona i oskarżona o zdradę, ponieważ śmiałam Cię wyprowadzić z domu matczynej niewoli. I to kiedy! Zaledwie parę lat przed śmiercią! Zaiste trzeba mieć pecha, żeby stracić syna tuż przed metą! Jeśli już musiał umrzeć, to dlaczego umierał przy żonie! To oni mieli go żegnać, nimi wyłącznie miał być otoczony. Zabierz stąd te żydowskie płaczki – warknął na ich widok wielki syn i brat. Idol tylu wspaniałych kobiet, które udało się szczęśliwie odsunąć od żłoba, bo wszystkie przecież chciały tego samego – kasy, kasy, kasy. Już prawie uwierzył, że wszystkie one chcą tylko kasy, kasy, kasy. Był podejrzliwy, nie jadł z obcej ręki, woził w słoikach zupy i pierogi ze Zgierza.. Wszystko zepsułam. Miała być sama na pogrzebie. Wielka, czarna matka i wagon gwiazd. Dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Twarz ściągnięta bólem i ciemne okulary. Rzucanie się na kolana, odwracanie wzroku, załamywanie rąk. Widok wyprostowanej żony z koszykiem niezapominajek był gorszy niż widok syna w trumnie. Stoi taka i bezczelnie się uśmiecha do wszystkich, którzy podchodzą – jakby gratulacje odbierała. A do matki bolesnej nikt nie podszedł. Dyrektor teatru nie podszedł. Ani ta blondynka z „M jak Miłość”, ani ten z „Ekstradycji”. A ona tam przecież stała samotna, tragiczna, skarlała z rozpaczy, że nikt nie podchodzi. Kiedy wysiadła z auta pod teatrem, żeby odebrać należności rzuciła się na jego zdjęcie jak ociemniały Jurand na Danuśkę. Cieć w dyżurce wsadził głowę do szafy z kluczami, sprzątaczki pouciekały. W sekretariacie odsłoniła oczy i bystro przeleciała wzrokiem zawiłe wyliczenia na kartce. Jestem księgową – rzekła z godnością, mam nawyk sprawdzania, czy się zgadza. Zgadzało się. Wcisnęła kopertę do torebki, zginęła z powrotem pod okularami i chwiejnie ruszyła do drzwi, chociaż w stronę kasy sunęła dziarskim truchtem. Teraz zawisła na moim ramieniu z głową opuszczoną nisko jak skazaniec wleczony na szafot. Wyprowadziłam ją głównymi schodami, łypała ukradkiem na prawo i lewo w nadziei na czołowe zderzenie z gwiazdą, ale teatr nagle się wyludnił. No cóż, teatr to takie miejsce, gdzie równie łatwo jest się pokazać jak schować.
26 sierpnia.
..On kochał nic, on tęsknił za niczem…, a jednak tęsknił i kochał” – to biedny Słowacki i ja taka sama biedna jestem. „Ślad niezidentyfikowanej goryczy w każdym przeżywanym momencie „ – pisze pan Michalski komentując myśli Nietzchego. To ja. To moje życie. Śmierć mnie skutecznie odarła ze złudzeń. Teraz wiem, że wszelka tęsknota jest za niczym, bo spełnienie mieszka po drugiej stronie lustra. Każdy przedmiot, litera, zapach, pejzaż staje się symbolem, jak chciał Claudel, cała materia opowiada o wieczności, wszystko tutaj mi się z nią kojarzy, kole w oczy jak filmy, w których nie przestajesz grać. Moje życie, w zasadzie każde życie jest tylko czasem poczwarki, z której powstanie motyl. Jako poczwarka miewam wewnętrzne przeświadczenie, że to stadium jest jakieś przejściowe, ale nie mogę sobie wyobrazić motyla. Ani przez chwilę nie mogę przestać być poczwarką, dopóki nią jestem. Dopóki nie nadejdzie właściwa chwila. Równie niepokojące jest przeświadczenie, że pewnego dnia przestanę nią być jak i to, że mogłabym nią pozostać na zawsze.
Człowiek nie umie wymyślić czegoś ponad to, co wie. Surrealizm to tylko poprzestawiane elementy znajomej rzeczywistości. Wszystko co się narodzi w myślach – może potencjalnie zaistnieć. Wszechświat się nie kończy na poznawaniu zmysłowym. Wszechświat to także moje myśli i wymiar, w którym one się lęgną. Czego nie widzę, nie dotykam i nie słyszę – potrafię sobie wyobrazić. Granice są o tyle nieskończone, o ile nieskończona jest moja wyobraźnia.
28 sierpnia 2010
Po południu zerwał się wicher, w ciągu kilku minut przez otwarte okna wpadła tona śmieci – liści, zeschłych kwiatów lipy, popiołu z otwartego pieca w kuchni. Prąd zamigotał, ale zdążyłam zagotować wodę i włączyć odkurzacz. Potem światło ostatecznie zgasło a wiatr ucichł, temperatura obniżyła się o 10 stopni. Nalałam sobie kieliszek czerwonego wina i usiadłam w altanie. Wtedy zobaczyłam ogień w lesie. Bardzo blisko domu. Zadzwoniłam do leśniczego, włożyłam kalosze, zabrałam dwa pełne kanistry wody i pojechałam autem w stronę pożaru. Nie był to duży ogień, więc zatrzymałam się obok, wysiadłam i okazało się, że samochód stoi na kablach wysokiego napięcia. Obok leżała zwalona sosna. Zupełnie się tym nie przejąwszy polałam płomienie wodą z kanistrów i na koniec postanowiłam odjechać autem, żeby nie stało na kablach. I dopiero wieczorem ekipa elektryków powiedziała mi, że te kable mogły mnie zabić. Nie stało się tak dlatego, że zdążyli zauważyć usterkę i wyłączyli prąd. Ale potem jeszcze parę razy włączali, na szczęście wtedy byłam zajęta odkurzaniem. Odkurzanie zawsze było dla mnie najważniejsze, choćby i cały las się palił. Nie byłoby mnie tutaj, gdybym ten ogień próbowała ugasić 15 minut wcześniej. Byłabym już z Tobą. Najwyraźniej sobie tego nie życzyłeś. Każdy ma ochotę odpocząć, jeśli jest okazja.