Otworzyć okno i nie wyskoczyć.

Ze specjalną dedykacją dla moich współtowarzyszek szpitalnej niedoli.

Co słychać? Jak to zwykł mawiać mój ojciec po zdiagnozowaniu Parkinsona – głównie choruję.

A co robią lekarze? Głównie diagnozują. Diagnozują mnie już ładnych parę tygodni i nic nie mogą zdiagnozować. Trzy razy mnie do tych diagnoz usypiali, parę razy wyświetlali moje wnętrzności na monitorach a tam jak w Asteriksie – widać- nie widać. Raz widać guza takiego, że nawet pobrali próbki, a potem się okazywało, że go nie widać, więc i próbki trudno poważnie traktować.. Założyli mi protezę dróg żółciowych, ale popłynęła z żółcią, poobijała się o ściany (jak konduktor pijany) i zamiast coś udrożnić zatkała na dobre. Zrobił się stan zapalny. Z gorączką 41 stopni wróciłam do szpitala.

Sam powrót był nie lada wyczynem. Miałam straszliwe dreszcze, szczękałam zębami, w głowie mi się mąciło i plątał mi się język, ale pani z pogotowia nie była przekonana. Mówiła, że to się nie kwalifikuje. Dopiero za trzecim telefonem, kiedy im zagroziłam śmiercią (moją) – chłopaki podjechały pod dom. Widząc mnie na własnych nogach zamykającą psy chcieli się zabierać, oświadczyli, że to nie taksówka. Zamachałam im przed nosem papierami ze szpitala, gdzie stało jak byk o guzie i znowu mnie ten guz wybronił. Wie pani, że jest poważnie chora? – zapytał jeden z nadzieją, że uśmiech zniknie z mojej twarzy, bo nie umiem czytać i jestem ciemną masą zagubioną w ciemnej materii. Wiem, proszę pana. Dlatego wezwałam pogotowie.

Posadzili mnie na fotelu i zaczęli się droczyć, że mogą odstawić tylko do Skarżyska. Powiedziałam, że do Skarżyska to na piechotę dojdę. Że muszę do Radomia, bo jestem tylko na przepustce między badaniami. I że za chwilę już nie będzie kogo wozić, bo mi gorączka podchodzi. W końcu odpuścili.

Osiągnięcie poziomu łóżka na moim oddziale było więc sukcesem niebywałym zważywszy całkowite wyczerpanie. Ale po jakichś sześciu godzinach przestojów w końcu tam zaległam z kroplówką i wenflonem. W życiu nie byłam szczęśliwsza.

Towarzystwo miałam naprawdę spoko, pod oknem pani Małgosia, której leczono woreczek żółciowy. Kiedy będzie całkowicie zdrowy, to go wytną. Tak powiedzieli, ale na razie nie wycięli, bo leczą. Nie są od wycinania chorych organów, tylko zdrowych.

Na środkowym łóżku nowa dostawa – pani ze Skarżyska. W Skarżysku jej usunięto kamienie żółciowe, ale jeden uciekł. Uciekł i tak się schował, że trzeba go wyśledzić i dorwać nowoczesnymi metodami. Gonienie z nożem nic nie da. Panią boli wszystko, zwłaszcza świeża rana, nie wolno jej ani wstawać, ani jeść, ale jest naprawdę dzielna.

Następnego dnia po kolei jedziemy na zabieg z narkozą, ja do poprawy tego, co się urwało a pani do znalezienia tego, co zgubili w Skarżysku.

Pani Małgosia pod oknem ma praktykę w pielęgniarstwie, sama sobie odłącza kroplówki i sprawdza, co jej podają. Wieczorem nagle zaczyna tracić wzrok, kręci jej się w głowie, nie może wstać. Ach, to tylko reakcja na lek, też to miałam – mówi urocza siostra i zgłasza alergię. Ale lekarz na obchodzie zapomina o problemie i lek nie zostaje wycofany, na szczęście pacjentka czyta napis na butelce i odmawia przyjęcia na własne życzenie. Ok, tak też można. Jesteśmy wolnym krajem.

W ramach tej wolności każdorazowo podpisujemy zgody na narkozę.

Tymczasem pani ze Skarżyska nie dają nawet odpocząć po badaniu, chociaż  kamienia nie znaleźli. Jak kamień w wodę! Ale może sam jakoś się zresorbuje – pociesza pan doktor i wysyła ją w drogę powrotną. Potem ma jeszcze odwiedzić dwa inne szpitale w zależności od zabiegów, z których każdy jest wykonywany w innej placówce. Tak więc na leżąco, bez jedzenia, obolała jedzie 60 km na wycieczkę po gabinetach…

Łóżko się zwalnia, ale nie na długo. Przywożą panią Ewę, która miała mieć laparoskopowo usuwany jakiś niegroźny pypek, ale obudziła się po 6 godzinach narkozy bez połowy trzustki i co gorsza bez śledziony…Dieta do końca życia i takie tam, prognozy. Czy na pewno można komuś wyciąć parę organów nie przerywając snu? Czy może jednak należało przerwać i zapytać. Po numerze z woreczkiem pani Małgosi można podejrzewać, że były zdrowe.. A może nie usłyszała pytania?

Z brzucha pani Ewy wystaje dren, przyjechała tutaj zamknąć przetokę, żeby ten dren usunąć. Tam, gdzie przeszła operację– nie mieli takiej aparatury, już wiemy, że to normalne – pacjenci po operacjach nieustannie podróżują. Vide pani z kamieniem. Teraz pani Ewa czeka na ten sam zabieg, na który ja czekam z moim znikającym i pojawiającym się guzem. Zabieg się nazywa EUS i jest pod narkozą.

Mój jest zaplanowany na czwartek, ma go robić jakiś specjalista z Warszawy, aliści po szpitalu krąży sensacyjna wiadomość, że pacjent przegryzł rurkę, tę najważniejszą, zakończoną głowicą wielofunkcyjną i nie wiadomo, kiedy wymienią. Wieczorem oglądam na telefonie hit Netfliksa pod tytułem Rekiny w Sekwanie i mam wrażenie, że rekiny są wszędzie.

Pani Ewa dostaje zapalenia żyły od wprowadzania tamtędy pokarmu w postaci zielonej, niezidentyfikowanej papki. Jest to zapewne najboleśniejsza kolacja, jaką człowiek może zaliczyć. W końcu, w ramach praw pacjenta żąda odłączenia od strawy, bo, jak stwierdza – woli umrzeć z głodu niż z bólu. Wszystkie chodzimy się ważyć i to nam poprawia humor. Jeden kilogram to jak jedna cegła, gdzie nam się mieściły te cegły utracone? Wyglądamy naprawdę imponująco i to jest ta główna korzyść pobytu w szpitalu. Gwarantujemy utratę wagi, gwarancja nie obejmuje wyzdrowienia.

Wieczorem przychodzi pan doktor, nadal nic nie wiadomo o spustoszeniach po rekinie i wznowieniu zabiegów, a tymczasem pani Ewie zalecają wkłucie w jakąś główną, dużą i drożną żyłę, żeby ta zupa jednak popłynęła. Wraca po godzinie z igłą w szyi, bo na miejscu stwierdzili, że wystarczy szyja, główna żyła mogła spowodować zakażenie. Jednak już po chwili okazuje się, że igła została wbita w złą stronę, jej odchylenie powoduje potworny ból a zupa stoi. Proszę leżeć z głową w dół – poleca pielęgniarka. Bo inaczej nic z tego nie będzie. I nie ma. Ponownie uruchamiają wenflon na ręce, zupa płynie, ale igła w szyi zostaje. Na wszelki wypadek.

Prawie zasypiamy, kiedy wpada pani anestezjolog, daje światłem po oczach i każe nam wypełniać zgody na narkozę następnego dnia rano. Ktoś załatał dziurę  w sondzie? W niedzielę? Proszę, proszę. Podpisujemy papiery, mamy nie jeść i nie pić do rana. Rano nikt nic nie wie o zabiegu. Pytam doktora, kiedy ten zabieg, ale doktor jest oburzony pytaniem. A skąd ja mam wiedzieć, kiedy zabieg? Dopiero wróciłem z urlopu!

Domagamy się śniadania i dostajemy go. Czyli nie naprawili. Pacjent jak detektyw, musi łączyć fakty i zbierać zeznania. Bo na przykład jedna pielęgniarka już wczoraj mówiła, że czeka na ten EUS dla swojej mamy i że mamę przesunęli na dalszy termin. A inny doktor wątpił czy do czwartku to będzie działało, więc jakim cudem w poniedziałek rano miałybyśmy zaliczyć? Zaliczyłyśmy śniadanie i to jest ważne. Pani Ewie zupa szczęśliwie wchodzi przez rękę, mnie nie wchodzi wędlina, ponawiam prośbę o posiłki wegetariańskie. Poruszenie na całym oddziale – pierwszy taki przypadek w szpitalu. A wydaje się, że medycyna wszystkie przypadki już zbadała. Patrzą na mnie jak na kosmitę. Dostaję chleb bez kiełbasy, ale za to z gotowaną marchewką.

W poniedziałek wieczorem sytuacja się powtarza – każą nam nie jeść i nie pić a we wtorek dostajemy śniadanie. Zupa do żyły i chleb z marchewką. Swoją drogą posiłki w szpitalu, niezależnie od tego, jak bardzo są niejadalne – wydaje się nieomal jeden po drugim, bo pierwszy około 10, potem obiad zaraz po 12 i kolacja niewiele później. Ilość zmarnowanego chleba jest trudna do wyobrażenia. Podobnie jak kilogramy marchwi, cukinii na parze albo brokułów z mrożonki. Trwają dyskusje czy dostałyśmy kawę czy kakao, jedno i drugie ląduje w umywalce. Wózek przyjeżdża i wyjeżdża pełny… Kuchnia się zamyka ok 17. Wygrywa ten, kto jest w stanie dojść do sklepu na parterze. Może tam zjeść odgrzewane frytki z kiełbasą na własne ryzyko i popić latte machiato z automatu. Prawa pacjenta są w zasadzie nieograniczone, jeśli chodzi o własnych siłach i posiada kartę płatniczą.

Nareszcie w środę śniadanie nie przyjeżdża. W tempie przypominającym ewakuację z płonącego budynku jedziemy po kolei na słynne endo – usg. Wita mnie ta sama załoga co przy dwóch poprzednich badaniach, urocza pani doktor podobna do matki Gwyneth Paltrow (wolę ją zdecydowanie od samej Gwyneth) i młody lekarz, który mi zakładał stenta. Nie ma śladu po specjaliście z Warszawy, ale sonda najwyraźniej została wymieniona. Przepraszają, że muszę poczekać 20 minut na korytarzu, więc wyścigi wind i wyrywanie mnie z łazienki w połowie mycia zębów wydają się nieuzasadnione. Czekam. Na tym badaniu ma się okazać, czy guz istnieje, a jeśli istnieje, to pobiorą próbkę i ogłoszą wyrok. Niekoniecznie ułaskawiający. Póki co jednak zasypiam na poduszce, pod kołdrą i pod monitorem. Budzi mnie ból gardła ,jak to po narkozie, nikt nic nie mówi, co tam znaleźli, ale szpital jest od badania a od wyników są laboratoria. Poza tym wszyscy są naprawdę mili i nie wypada ich dręczyć pytaniami o to, co zobaczyli w środku i co ze mną będzie, nie wypada po prostu. To nie informacja turystyczna. Albo kolejowa.

Następna wyjeżdża pani Ewa, ma nadzieję pozbyć się drenu, kiedy zamkną  przetokę, której nie udało się zamknąć w poprzednim szpitalu. Wraca na tarczy. Nic z tego, dziś tak się organy ułożyły, te, których jeszcze nie wycięli, że nie dało rady dosięgnąć. 20 minut narkozy to dzień w plecy. Gardło pali, w głowie się kręci, wszystko na nic. Będą próbować jutro. Ostatni raz. Jak się nie uda to… no właśnie nikt nie wie co. Wiecznie z tym drenem będzie chodzić?

Wieczorem pielęgniarka zabiera mi stojak na kroplówkę i wiesza butelki na rano gościnnie nad panią Ewą. Jak się łatwo domyślić myli te butelki i antybiotyk leci do niewłaściwej żyły, ale czujność nas nie opuszcza, zaciskamy rurki i błąd zostaje naprawiony. Wszyscy są skrajnie wyczerpani, siostry też. Lekarz piąty dzień na dyżurze. Czy on w ogóle kontaktuje? Na szczęście pokój lekarski można zamknąć od środka, nikt się nie wedrze, żeby rozmawiać o chorobach, tu nie klub emeryta. Będzie wypis, będzie wiadomo. Potem niech sobie każdy odpali google, w googlach jest wszystko.

W środę rano przychodzi nowy lekarz słabo mówiący po polsku i oświadcza mi, że guz jest jak najbardziej obecny i trzeba go wyciąć, chociaż wyniki będą za dwa tygodnie.  Godzinę później inny lekarz dementuje te prognozy, bo guz to może być wszystko i na tym etapie o wycinaniu za wcześnie mówić. Na razie muszą wygasić stan zapalny. A wyniki będą za dwa dni. Cieszę się, że tego dnia więcej lekarzy u mnie nie było.

W czwartek rano pani Ewa jedzie kolejny raz zamykać przetokę, szalony ksiądz pląsa po korytarzu z ostatnim namaszczeniem, na śniadanie dostaję połówkę surowego, nieobranego ogórka, dziesięć kromek chleba i zupę na mleku w proszku zaprawioną mąką. Dietetyk nas pomylił z zakładem karnym.

Pani Ewa wraca z zabiegu, ponoć wszystko się tym razem udało. Łzy jej kapią ze szczęścia, bo gdyby się nie udało, to nikt nie wie, co by się stało, ani doktor na obchodzie ani matka Gwyneth.

Rano wypisują panią Małgosię ze zaleczonym woreczkiem. Kolejne zabiegi ma robić w przychodniach, w których się czeka miesiącami. Panią Ewę też wypisują. A co z drenem? Kiedy go zdejmą? Kiedy będzie mogła coś zjeść? Pić? Lekarz nie ma dobrych wiadomości. Przetoki nie udało się zamknąć, wbrew temu, co mówili wczoraj. Ale nikomu się nie uda, bo – kreśli palcem w powietrzu skomplikowany zawijas – ma pani tam taki zakręt jak świński ogonek. Sonda nie przejdzie przez świński ogonek. Prawdopodobnie organizm sam się z tym upora. Na razie panią odeślemy z powrotem na onkologię. Czyli wszystko na nic. Na pocieszenie wyjmują jej z szyi sterczącą igłę. Pielęgniarka pozwala nam otworzyć okno, żeby wpuścić trochę powietrza, ale wcześniej pyta, czy na pewno żadna nie wyskoczy. Najwyraźniej budzimy podejrzenia.

Pozostał jeszcze jeden dzień na antybiotyku i też wychodzę. Przywożą panią z demencją i w pełnych pampersach i drugą panią z zapaleniem jakichś uchyłków, walczącą z nudnościami. Opróżnianie pampersa na środkowym łóżku powoduje odruch wymiotny i bez nudności. Znowu otwieramy okno i przyrzekamy nie wyskoczyć, w końcu prosimy o zmianę towarzystwa, bo pani z uchyłkami nie ma już czym zwracać. Prośby zostają wysłuchane.

W dniu, kiedy opuszczam szpital nie czuję się wyleczona. Mam ku temu powody, w końcu od kilku tygodni wyłącznie mnie diagnozują. Miałam już trzy narkozy, jestem coraz słabsza, straciłam sześć kilogramów i słaniam się na nogach. W domu zostaję sama z masą niezidentyfikowanej pościeli po zmieniających się zastępstwach, Megi dyszy i posikuje na podłogę, wszędzie czuję odór moczu, upał pogarsza sprawę. Fanny i Fuks szaleją ze szczęścia, Sufi mi wskakuje na kolana, wszystkie chcą na spacer, a ja się boję się, że puszczą stenty, że zemdleję, że wróci gorączka. Kładę się na niepościelonym łóżku, zjadam jogurt ze szpitala, pod wieczór, na siedząco oblekam kołdrę. Boję się o siebie nie dlatego, że mnie przeraża śmierć, śmierć to stosunkowo proste rozwiązanie – dla mnie. Dla wszystkich dookoła – logistyczna katastrofa. Zasypiam i śni mi się, że po kryjomu wróciłam na oddział. Leżę cichutko z boku i udaję, że mnie nie wypisali. Dzwonek na pielęgniarkę nie oznaczał, że zaraz przyjdzie, ale był. Tutaj go nie ma.

Żyjemy w świecie wirtualnych kontaktów. To się tyczy nie tylko służby zdrowia, to choroba powszechna. W szpitalu system jest nakierowany na diagnostykę i wdrożenie terapii. W społeczeństwie też są terapeuci zamiast przyjaciół a usługi są płatne. Trzeba dobrze skonstruować umowę a nie liczyć, że ci ktoś poda śniadanie do łóżka. Dlatego w moim śnie wybrałam szpital, tam podają w ramach umowy. Pacjent to pesel u góry strony. Mój dom to siedziba fundacji, ja to prezes. Lekarz nie wie, jaki jest wynik usg, dopóki ten wynik nie przejdzie przez system, nie jest go ciekaw, wykonuje swoje obowiązki zgodnie z harmonogramem i jest przemęczony. Każdy pilnuje swojej działki, urzędnik zleca zabieg w innym szpitalu, jeśli jest on możliwy w innym szpitalu. Im mniej roboty, tym lepiej, wszyscy jesteśmy przemęczeni. Nikt w zasadzie nie jest decyzyjny, stosujemy się do wytycznych określonych regulaminem albo umową. Pisze ją życie. Pielęgniarka nie patrzy na chorego, patrzy na grafik i na listę zleceń. Ma się wrażenie, że nikt nikogo nie widzi. Jest miło, jest kulturalnie, jest bezdusznie. Wszyscy siedzą przed ekranami, diagnozy dotyczą organizmów i organów, nie ludzi. Pomoc kończy się tam, gdzie się kończy zakres obowiązków.

Na dobrą sprawę tak jest uczciwie. Człowiek już niczego nie udaje, po prostu każdy myśli o sobie, bo świat chce nas wyssać, wyssać z nas altruizm. Cyfrowy świat nie pozostawia miejsca na altruizm. Spontaniczny gest to szaleństwo, które wszystko wywraca do góry nogami. Zastępuje go inwestycja energii w coś, w kogoś, w przyszłość, nieważne, ważne jest, by się nie zmarnowała. Bezzwrotne jej wytracanie to absurd, niczym nie uzasadniona rozrzutność.

Wszyscy czytamy o tym, że człowieczeństwo to przekraczanie siebie. Że należy zaufać Opatrzności, że nie jesteśmy sami, że trzeba się rzucić w nieznane. Że jedyną wartość ma to, czego nie da się kupić, to, co dostajemy w darze. Że zostaje po nas tylko to, co zrobiliśmy dla innych. Zamykamy książkę i myślimy już tylko o tym, jak się ratować, jak mądrze zainwestować, albo oszczędzać energię.

Człowiek jest zawsze sam w swojej chorobie – mówił Kozi bez cienia żalu, a ja nie rozumiałam o co mu chodzi. Teraz rozumiem. Choroba przywraca nam wiarę w miłość, w opatrzność i w dobro. Po prostu dlatego, że nie ma innego wyjścia.

1 Comments

  1. Kochana, jak się teraz czujesz
    Niepokoimy się o Twoje zdrowie, nie piszesz nic nowego. Ubóstwiam Twoje wpisy ale nic nie ma nowego. Życzę powrotu do zdrowia i dalszej weny pisarskiej.
    Rafał Zosia

    l

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.