Choroba leczy człowieka z lęku, że zachoruje – powiedział któryś myśliciel, ale to za mało powiedziane. Choroba w ogóle leczy człowieka ze wszystkich lęków. Bo stawia na ostrzu noża (nie tylko w przenośni) pytanie o sens życia, a więc pytanie o szczęście, bo przecież sensem naszego życia jest szczęście. To, w czym je ostatecznie znajdujemy i które jest niezależne od okoliczności – choroba potrafi w zaskakująco dobry sposób urzeczywistnić.
I nie chodzi tu o tak zwane życie z wyrokiem, bo przecież na dobrą sprawę każdy żyje z wyrokiem. Ale o to, że dopóki sobie tego nie uświadomimy, tego, że wszyscy jesteśmy śmiertelni – tracimy masę cennego czasu na sprawy pozornie ważne. Sprawy pozornie ważne mocno zaciemniają obraz szczęścia, ponieważ jest od nich zależne. Niby wszyscy to wiedzą, ale nic z tym nie robią, dopóki nie zachorują. Choroba zmiata większość problemów gdzieś do odległej graciarni, czyli tam, gdzie ich miejsce. I życie zaczyna być bliskie ideału. W sumie warto zachorować.
W ramach leczenia choroby przeszłam jedną z bardziej skomplikowanych operacji chirurgicznych, przeprowadzoną ponoć po mistrzowsku i zwiększającą szanse na odzyskanie zdrowia. Ale równocześnie przeszłam podobnie skomplikowaną i wyczerpującą operację na własnym umyśle wycinając przekonania, które, przysiąc bym mogła – były moje własne. Każdego dnia dokopywałam się przyczyn lęku w kwestiach dotąd pozostających poza wszelkim podejrzeniem i okazało się, że pochodzą z fałszywych źródeł. Mądrości w rodzaju – karma wraca, historia lubi się powtarzać, lepiej się przygotować na najgorsze albo -nikt z tego jeszcze żywy nie wyszedł – zagnieżdżają się w świadomości i czynią z nas ofiarę własnego umysłu – jesteśmy zastraszeni przez samych siebie. I nie chodzi tutaj o strach przed śmiercią, ale przed życiem właśnie. Przed tym, że już nie będzie fajne, że nie ma już żadnej przyszłości. Że to koniec pieśni. Strach jest najgorszym doradcą, ale najczęściej jedynym. Jak się nie bać? Diagnoz, cierpienia, nieuchronności i tego, czego wszyscy dookoła się boją – utraty szczęścia. Odzyskanie go sprowadza się do zastąpienia lęku miłością, bo nic tak nie uszczęśliwia jak miłość. Teoretycznie dawno to wiedziałam, ale życie powiedziało – sprawdzam. Nie wypadłam dobrze na teście i właśnie dlatego zaczęłam kopać głębiej.
Rezultat psychicznych remanentów był niemal natychmiastowy. Przestałam się bać. Było to wyzwalające uczucie zważywszy całkowity brak zainteresowania uczuciami w coraz bardziej zautomatyzowanym świecie nowoczesnej medycyny. Można przypuszczać, że w niedalekiej przyszłości będą nas operować doskonałe, nieomylne roboty, którym nie zadrży ręka i ramię nie zdrętwieje nad czyimś cienkim jelitem albo zastawką, ale wszystko ma swoją cenę. Odhumanizowana perfekcja urządzeń, do których będziemy podłączeni może nas samych sprowadzić do poziomu maszyn, a tu się dramat człowieka pogłębi. Już się pogłębia, nie trzeba do tego medycyny – wystarczą korporacje, reklamy, cyfrowa rzeczywistość i pogubiona w tym wszystkim duchowość.
Obecny system funkcjonowania tak zwanej służby zdrowia to już teraz spektakularne zderzenie przeciwstawnych światów – z jednej strony naprawdę doskonały sprzęt, diagnostyka, wyposażenie, ( mowa o Uniwersyteckim Szpitalu w Krakowie) a z drugiej pacjent, którego w tym systemie określa pesel łamany przez oddział łamany przez numer łóżka. To wszystko, co wiemy o pacjencie. Diagnozy, leczenie, uśmierzanie bólu – ustawia się na podstawie informacji oznaczonych w komputerze szpitalnym za pomocą przypisanych człowiekowi liczb i nawiasów. Obchód trwa pół sekundy. Psycholog oddziałowy nie istnieje. Kiedy się na podłodze rozleje płyn do dezynfekcji może go zetrzeć tylko sprzątająca. Nie zrobi tego ani tzw opiekunka, czyli dawna salowa, ani pielęgniarka, ani dietetyk, ani praktykant ani tym bardziej lekarz, chociaż każdy może się poślizgnąć i zabić. Specjalizacja osiąga rozmiary absurdu, a wszystko dlatego, że coraz mniej jest ludzi do pracy a coraz więcej maszyn. Ludzie do pracy pracują po 12 godzin, lekarze operują po nocach, zarobki są bardziej niż średnie, więc każdy pilnuje, żeby już nie musieć robić nic, poza tym co musi. Z tej przyczyny płyn na podłodze, kapeć, który wpadł pod łóżko i nie daje się dosięgnąć, prośba o lek przeciwbólowy, bo jednak boli, o zmianę opatrunku, bo przecieka, to wszystko jest tylko informacja wysłana do kokpitu ze statusem – oczekująca. Zanim trafi do właściwej osoby i się doczeka tak zwanego wdrożenia – można się wyłożyć na rozlanym płynie, kuśtykać bez kapcia, leżeć w podmakającej pościeli albo jęczeć z bólu. I jak tu się cieszyć z tych wszystkich jeżdżących na kółeczkach monitorów, termometrów na jedno piknięcie albo dwóch rzędów guzików do ustawienia pozycji materaca, jeśli dalej boli albo przecieka, nie mówiąc już o nieszczęsnym kapciu. Wchodzi szósta osoba i nikt tego kapcia nie wydostanie… człowiek się czuje strasznie niesprawny i w tym wszystkim zdany tylko na siebie, łatwo się z powodu takiego kapcia i czyjejś obojętności na problem kapcia kompletnie pogrążyć psychicznie. Bo w stanie pooperacyjnego szoku emocje są równie nieustabilizowane jak płyny wewnątrzustrojowe, wpada się ze skrajności w skrajność. Euforia – prawdziwa euforia bez żadnego powodu przechodzi nagle w ciężkie załamanie na tle niemożności sięgnięcia po własnego kapcia. Na początku tylko leżysz i obserwujesz – pacjent to wnikliwy obserwator. Bo kiedy jeszcze litery biegają przed oczami, książki nie da się utrzymać w ręku a ręką w ogóle lepiej nie ruszać – pozostaje obserwacja. Na przykład w kwestii szastania jednorazowymi pojemnikami, opakowaniami, które lądują w śmieciach po każdym nawet przypadkowym dotknięciu przez rękawiczkę, rękawiczki też się natychmiast wyrzuca, lecą do kubła zanim do nich zdąży dolecieć jakakolwiek bakteria- wiem, że to głupie, bo bakterii nie widzimy a rękawiczki tak, ale każda przesada pochodzi od demonów, nie mówiąc o wyrzucaniu ton nietkniętego chleba. Ogólnie nie byłam w stanie sobie wyobrazić ilości odpadów po jednym dniu z dwóch tylko łóżek na mojej sali. Sprzątające – te od kapcia nareszcie wydobytego spod łóżka, codziennie, a czasem nawet dwa razy dziennie wymieniają pełne worki w kubłach. Zgoda, higiena to podstawa, ale ja sobie ciągle mogę myśleć co chcę, to także odkryłam w szpitalnych okolicznościach. Że póki co nikt nie jest w stanie monitorować tego, co myślę. Na tym zbudowałam cały system obronny – niezbędny, absolutnie niezbędny do życia, do uzdrowienia, do pozostania żywym człowiekiem niezależnie od całej otaczającej mnie rzeczywistości.
A przecież lekarze niechętnie operują ludzi, którzy nie wierzą w skuteczność operacji.
Co do samej operacji – naprawdę warto zobaczyć ten gigantyczny, zajmujący powierzchnię hali sportowej, rozgałęziony system sal wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt, gdzie wszystko jest zielone – od fartuchów po jednorazowe (rzecz jasna) prześcieradła i ubranka wiązane na plecach, które pacjent zakłada w specjalnym pomieszczeniu pozostawiając wszystko co ma na sobie, łącznie z zębami ( na szczęście moje są przymocowane na stałe) i gdzie z łóżka na kółkach jest przenoszony, lub sam się gramoli, na kolejny mobilny materac. W ubranku zawiązanym na plecach trzeźwy jak nieszczęście wjeżdża na salę pełną przedziwnych lamp, ramion urządzeń, statywów i monitorów. Wchodzi na stół operacyjny, ale wciąż nie widzi lekarza i lekarza nie zobaczy. Ten wkracza do akcji jako ostatni dopiero po zadziałaniu narkozy, więc zobaczyć go można tylko po wewnętrznej stronie czoła.
Przyznać trzeba, że jakby w odczuciu wyjątkowości ultranowoczesnego obiektu, którego przeznaczeniem nie jest uzdrawianie, lecz raczej kompleksowa naprawa i wymiana części organizmów żywych (transplantacje to też tam) – obsługa jest naprawdę na najwyższym poziomie. Zespół towarzyszący operacji przedstawia się z imienia i nazwiska, mówią co mi będą zakładać i gdzie – tu wkłucie tam oponówka, (tę ostatnią dostałam na własne życzenie i niestety okazała zgubna), informują o każdym działaniu, szukają żyły tętniczej za pomocą mikro usg, na koniec każą liczyć do dziesięciu i na tym się moje spostrzeżenia urywają. Do ostatniej chwili wszyscy zapewniają, że naczelnym moim prawem jest nieodczuwanie bólu i mogę się tego domagać o każdej porze dnia i nocy. Mija się to prawdą dlatego, że od zgłoszenia bólu do osiągnięcia przez owo zgłoszenie statusu – wykonać – długa droga… To raz, a dwa, zachęcona przez siostrę oddziałową (duża kultura osobista i piękny uśmiech) do słynnej oponówki (znieczulenie oponowe jako dodatkowe przy narkozie), największe katusze, jakie wycierpiałam po operacji brzucha nie miały nic wspólnego z brzuchem. Chciało mi urwać plecy, ból odbierał mi przytomność, a nie bardzo byłam w stanie wydobyć głosu. Sprawcą okazała się nieszczęsna żyłka, czy cokolwiek to było – w kręgosłupie, z dziwnym kółkiem dyndającym mi przy szyi, pełnym żółtego płynu wnikającego w nerwy, a skutkiem ubocznym uśmierzenia bólu bebechów był straszliwy ból pleców. Przy absolutnej niemożności położenia się na boku, w ogóle jakiejkolwiek zmiany pozycji ciała – to znieczulenie okazało się torturą. Odcięto mi żółty płyn dopiero po trzech dniach, więc sprawdziła się najbardziej oczywista metoda na ból – większy ból odwraca uwagę od mniejszego.
Tak zwana intensywna terapia to miejsce jak z futurystycznych filmów. Przypomina odcinek hibernacyjny na statku kosmicznym, gdzie można przespać 100 lat oczekując aż się doleci w nienaruszonym stanie na drugi koniec układu słonecznego. Pośrodku wielkiej, okrągłej hali z mnóstwem migających ekranów i pikających czujników za sterami siedzą piloci i operatorzy urządzeń, a z ośmiu nieprzerwanie pracujących sal zwożeni są pacjenci po zabiegach (bo teraz nie ma operacji, nawet jak ci wytną połowę organów to to jest zabieg). Leżą bez ruchu na swoich, godnych fakira, bo najeżonych twardymi kołkami przeciwodleżynowych materacach przez ładnych parę godzin i po czasie takiej przepisowej kwarantanny lądują z powrotem na oddziale. Mnie zabrali jako ostatnią, ale w końcu i mnie zabrali. Wszystkie monitorujące urządzenia monitorowały moje funkcje życiowe jeszcze przez dwa dni, ustawione wokół łóżka jak w punkcie naprawy telewizorów. Ale to nadal nie znaczy, że lek przeciwbólowy możesz dostać od razu, jak zaboli…
Miałam szczęście, bo pod moim numerem pesel zostało wpisane opium na życzenie. Są tacy, nie tylko na terenie szpitala, których podobna możliwość mogłaby nieźle uradować. Nigdy nie brałam twardych narkotyków aż tu nagle po sześćdziesiątce… Już w połowie opróżniania strzykawki świat odlatuje na karuzeli i kontrola nad umysłem znika. Nie wiem w sumie czy to było takie fajne, bo nad niczym tak nie pracuję w ramach „duchowego rozwoju” jak nad kontrolą umysłu a tu bach – stan nieważkości i pomieszanie zmysłów. Ból nie ma żadnych szans przy takich harcach szarych komórek, nie dlatego, że jest uśmierzony, tylko dlatego, że jest nieważny. Są ludzie potrafiący zniwelować fizyczne cierpienie właśnie kontrolując umysł, ale ja jeszcze nie jestem taka mądra. Reasumując – aby zmniejszyć dolegliwości pooperacyjne dostałam znieczulenie oponowe, które powodowało ból konkurencyjny i aby go zmniejszyć dostawałam opium. Na tym poprzestałam i trudno się dziwić. Kiedy odłączyli oponówkę plecy się uspokoiły i odmówiłam dalszego ćpania.
Ten wyczerpujący opis mojego trzeciego i nieostatniego etapu tak zwanej walki z chorobą zupełnie nie oddaje przeobrażenia, jakie choroba może zapoczątkować w ludzkiej duszy, bo tu wkraczamy w niewypowiadalne. Ale zapewniam wszystkich, że przy odrobinie dobrej woli choroba jest po to, żeby uzdrawiać. Siebie, innych, całą rzeczywistość dookoła. Nie dzieje się to bez wewnętrznej determinacji i wymaga czasowego odcięcia się od zewnętrznych wydarzeń, przynajmniej u mnie było to nieodzowne. Ale potem róże w doniczkach zakwitają czując, co się wyprawia. Uzdrowienie ciała schodzi na dalszy plan zupełnie jak w tej nieszczęsnej procedurze uśmierzania jednego bólu drugim. Tylko w przeciwną stronę. Naprawdę istnieje taki etap, na którym dziękujesz chorobie, że ci oświetliła drogę i pomaga ominąć wyboje. To, co najtrudniejsze, to zobaczyć przed sobą prawdziwe życie i zrozumieć, co miał na myśli niezastąpiony David Hawkins (rocznik 1927) – pisząc – Fakt, że panuje zgoda odnośnie pewnych form myślowych nie nadaje im realności.
Słynne „Poznaj samego siebie” (Pytia – rocznik minus siedemset) to nic innego, jak pozbycie się owych form myślowych, które są w nas tak silne, że uznajemy je za swoje. To najgłębiej zakorzenione oszustwo umysłu. Systemy wierzeń, które nami sterują, zamiast, żeby było odwrotnie. Nieustannie karmimy fatum, czekając, aż nas dopadnie, lub tylko obawiając się gdzieś, na dnie duszy, że i nas może dopaść. Wiek, statystyki, informacje w mediach – przyjmujemy jak truciznę codziennie przez wiele lat. Nie mamy pojęcia, że rośnie w nas nieuświadomiony, silny lęk i towarzyszące mu poczucie winy, lęk, który może się okazać zgubny, bo podsyca nasz i tak już doprowadzony do obsesji perfekcjonizm, umacnia nasze stanowisko w wielu sprawach i ugruntowuje nasze święte zasady. Ale to wszystko, tak naprawdę nie jest nasze. Kiedy wydarza się coś takiego jak choroba trzeba sobie zadać pytanie, czy to możliwe, że nie daliśmy sobie szans na inny scenariusz. Od tego się zaczyna uzdrawianie.
Poznaje się je także po tym, że po jakimś czasie choroba schodzi na dalszy plan. Przypominam sobie o niej, kiedy się zbliża termin jakiegoś badania, kontroli albo kontynuacji zabiegów. Czasem myślę – Jezu, czemu zapominam o tym, jak poważnie jestem chora! Powinnam się może bardziej przejąć, coś z tym robić. Zupełnie jak po śmierci kogoś bliskiego zdarza się nam cieszyć życiem, a przecież to czas żałoby! Poczucie winy związane z wewnętrzną radością pomimo czyhających na nas zagrożeń to doskonały przykład absurdu, który przyjmujemy z pokorą …Zesmutnijmy!
Nie ma mocnych na życie, a ono jest piękne i wieczne. Prawdę mówiąc dawno się nie czułam tak żywa. Mówiąc o kimś „ruina człowieka” raczej nie mamy na myśli osoby bez nóg, z wyciętym kawałkiem organu albo jednookiej… Tylko nieszczęśliwą i pozbawioną nadziei. Żeby nie wiem jak patrzeć, szczęście, o które tak naprawdę chodzi – niewiele ma wspólnego z fizycznym ciałem, jeśli nie pozwolimy się oszukać własnym myślom. I o to się toczy walka.
Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli w ostatnim czasie, zarówno w kwestiach logistycznych, jak i medycznych – nie wiem jakbym sobie bez nich poradziła w zupełnie dla mnie nowej i nieznanej rzeczywistości skierowań, recept, szpitali i codziennego funkcjonowania pomiędzy jednym a drugim etapem leczenia. Dziękuję mojej rodzinie, przyjaciołom i lekarzom.
Jakąż ulgę przyniósł nowy obrazek – acz umiarkowanie radosny.To się pewnie nazywa the front picture -wszystko się teraz nazywa z angielska.Nowy obrazek=nowy tekst.Czyli Pani wróciła do życia,czymkolwiek ono się wydaje.Myślę,że wiele osób się cieszy, Pani teksty są świetne.
Czekamy