
Był taki rzeźbiarz, już nie żyje jak większość znanych mi niegdyś rzeźbiarzy – nazywał się Tadeusz Ostaszewski. Dziadek TEJ aktorki, ( jest zresztą bardzo do niego podobna) i ojciec TEGO muzyka, nie wiem, czy „ten muzyk” żyje, ale jest już pewnie stary, jak my wszyscy. (Sprawdziłam – Jacek ma 77 lat. Nie potrafię tego czasem pojąć). Otóż Tadeusz, czyli dziadek, był uznanym rzeźbiarzem, taki trochę polski Miro. Niewielu ludzi o nim słyszało, bo nie było wtedy internetu i nie miał facebooka. Nie miał także porządnego studio, ani szans na jego otrzymanie od państwa, w przeciwieństwie do innych, znanych mi, nieżyjących już rzeźbiarzy. Stanowili mocną grupę określaną mianem „czerwona rzeźba polska”. Łupali kasę na Leninach i pomnikach żołnierzy radzieckich, mieli państwowe dotacje, stypendia i przeszklone, przestronne pracownie z partyjnej puli. Ostaszewski wysupłał jakieś rodzinne zasoby i kupił działkę w Dolinie Prądnika. Przez dobrych parę lat budował własnymi rękami pracownię rzeźbiarską, mieszkając w niej od dnia, kiedy dawała ochronę przed deszczem. Budował, budował aż zbudował. Piękną, wygodną, cudnie położoną w malowniczej Dolinie Prądnika rzeźbiarską pracownię i nic już w niej nie wyrzeźbił.
Kiedy umrze ostatni pies i koń, kiedy wysprzątam nareszcie boks po Espanii, zburzę stodołę, zanim się w niej zalęgną nowe stosy gratów, oczyszczę narzędziownię z narzędzi, których nikt nigdy do niczego nie potrzebował, kiedy nareszcie zapanuje porządek i cisza, czy wtedy będę w stanie pisać? Nie wspominając już o rysowaniu? Czy to zagwarantuje, że będę artystą po całości? Od rana do wieczora ? Codziennie? Nie podejrzewam.
Dzień przeleciał jak meteor a miała być leniwa sobota. W porównaniu z galopującym piątkiem można ją do takich zaliczyć, ale nie w porównaniu ze jakimkolwiek standardem podeszłego wieku. A gdzie szukać takich standardów? W emeryckich organizacjach pozarządowych? W klubach nordic walking? Ludzie w moim wieku nie wiedzą co zrobić z czasem, a ja nie wiem, jak go okraść z dwóch godzin… Problem w tym, że dwie godziny to mało i nie mogą to być byle jakie dwie godziny, dwie godziny pozszywane z okrawków, lub – co gorsza – dwie nocne godziny.
Teraz jest dziewiąta wieczorem i oglądam głupie filmiki o tym, jak się starzał gitarzysta Pink Floyd, albo jak Jim Carrey udaje Clinta Eastwooda. Jak myśmy żyli bez internetu??? Czytając Tokarczuk „Księgi Jakubowe” – widzę, ile rzeczy internet zmiótł ze świata. Ile tajemnic, słodkich i gorzkich kłamstw, wyśnionych światów, wierzeń i baśni. Ile fantazji udaremnił, ile domysłów, przypuszczeń, podejrzeń, szalonych wypraw! Podróży w nieznane, niebezpieczeństw, odkryć. Zniknęło trzy czwarte ludzkiej wyobraźni a z nią świat wyobrażony. Mózg stał się magazynem faktów dostępnych każdemu w każdym miejscu naszej planety. Ziemia się skurczyła do rozmiarów laptopa. Można wiedzieć, jaka jest pogoda nie odsłaniając okna. Rozmawiać z obcymi nie wstając z fotela, zobaczyć, jak wyglądają, co jedzą, jak są ubrani. W domu oglądamy wiadomości i filmy, słuchamy muzyki, uczymy się, medytujemy, uprawiamy sporty przed ekranem. Big Brother to przy tym uczniowski wybryk. Zabawa w inwigilację.
Internet nas powoli zagarnia, bo już nic nie trzeba robić, żeby wiedzieć wszystko o wszystkim. Dla nielicznych, którzy doznali Oświecenia tego rodzaju wiedza to jeszcze gorszy śmietnik niż w czasach przed cyfrowych. To żadna wiedza, tylko potężna imitacja wiedzy. Zakładając, że materia nie istnieje, jest tylko naczyniem, zasłoną, symbolem Boga i znakiem ducha – można się przerazić ilością chłamu i tym, w jak straszliwym tempie narasta. Giną w nim znaki i symbole, nie słychać szeptów, mgła tego nie ogarnia. Z drugiej strony wiadomo, że nikt nie szuka prawdy, jeśli nie dojdzie do ściany. Nie musi wcale dochodzić. Ściana rośnie i zbliża się do nas, nawet kiedy stoimy w miejscu, albo siedzimy w bezruchu. Nie ruszamy się z domu, nie uciekamy, bo się zagapiliśmy. Na to liczy cierpliwa dusza, na zderzenie i nowy, wielki wybuch. Ależ pierdolnie.
Noc. Sok z czerwonych pomarańczy. Słyszał kto kiedy w moich czasach o czerwonej pomarańczy? Chyba że poeci, wiecznie szukający porównań dla zachodzącego słońca. Sok kupiłam w Lidlu. Byłam w Lidlu po zakupy, przedtem odbierałam paczkę, przedtem sprowadzałam konia z łąki, przedtem karmiłam psy, przedtem odprowadzałam konia na łąkę, przedtem zrobiłam jeden spacer z psami i drugi spacer z psami, przedtem wstawiłam mięso, myłam gary, odkurzałam chatę, wstawałam z łóżka, to było na początku, o 7 rano. Wszystko to robiłam ze słuchawką w uchu i wiecznie wypadającym z kieszeni fartucha rozgrzanym telefonem. Gdyby ktoś nakręcił o tym film w przyśpieszonym tempie nie zauważyłabym, że jest w przyśpieszonym tempie. Dla mnie to normalne tempo.
Tyle że wieczorem jestem bardzo zmęczona i nawet sok z czerwonych pomarańczy nie jest w stanie mnie utrzymać przy życiu po 22. A jest już po 22. Dobranoc kochanie- jak mówi Beata Pawlikowska sama do siebie. To podobno pomaga zwalczyć poczucie winy i zarazem podnieść poczucie własnej wartości. A więc – dobranoc kochanie.
Niedziela rano, moje magiczne pół godziny po śniadaniu. Pogoda literacka, uwielbiam. Zimno, jesiennie, ciemno za oknem, ogromne liście jak ptaki opadają na trawnik. Nie są jeszcze suche, tylko zbyt słabe i ciężkie, by się utrzymać na drzewie. Ludzka starość, jeśli zdoła ominąć choroby – objawia się właśnie słabością kończyn, człowiek w końcu upada, jest zbyt ciężki by go uniosły własne nogi. Jesienią sporo ludzi umiera. Potem w zimie trochę mniej, bo zima nie sprzyja zmianom, zamarza zasłona w teatrze wieczności. Wiosną każdy chciałby ruszyć z miejsca, ale wtedy liście, suche, przywarte do gałęzi mocą mrozu – wiotczeją i dołączają do reszty zeszłorocznych śmieci, zanim pilny ogrodnik nie zgrabi ich na stos i nie wywiezie na taczkach.
