Człowiek ten posiadał tyle rozumu, że nie nadawał się już prawie do niczego – Lichtenberg.
Pszczoła ma pięć oczu, zdolności nawigacyjne o jakich możemy tylko pomarzyć, mucha widzi wszystko dookoła siebie – z tyłu i z przodu, a nasz „błyskawiczny” zamach ręką ogląda sobie w zwolnionym tempie. Spokojnie pociera łapki bo wie, że ma kupę czasu, żeby odlecieć zanim dłoń dosięgnie szyby. Żyje na Ziemi szesnaście milionów lat. Niepozorny jeż ma taki system amortyzacyjny, że może spadać bez szwanku z dużych wysokości, pies wyczuwa zapachy, o których nie mamy pojęcia, trzmiel potrafi sobie wyznaczać trasy w oparciu o jakieś cholerne drgania światła, nawet nie bardzo rozumiem na czym to polega, a tymczasem my bez mapy googla nie jesteśmy w stanie trafić do najbliższego Lidla. Trując chemią owady, które od początku świata zapylają rośliny i jak dotąd wydawały się niezniszczalne – szykujemy sobie zagładę bez konieczności zderzenia z asteroidą. Jeśli asteroida pomyli się po raz drugi takie na przykład grzyby od dawna mają opracowany plan B. My nie mamy. Nasze pojawienie się to mały epizodzik w porównaniu z epopeją pozostałych organizmów, które postrzegamy jako prostsze i prymitywniejsze. Co sprawiło, że rządzimy planetą, która sobie bez nas świetnie radziła i czemu tak nie mogło zostać? Ta cała sprawa z ludźmi przypomina wizytę nieproszonych gości, którzy najpierw nie dają się spławić a potem przejmują lokal powołując się na prawo zasiedzenia. Bo, umówmy się, gdyby nie umysł podsuwający rozwiązania zastępcze, czyli narzędzia do absolutnie wszystkiego poczynając od obróbki jedzenia tak, żebyśmy go mogli strawić (trzeba wytwarzać mąkę, bo nie zeżremy kłosa) a kończąc na sztucznej inteligencji, która nam pomaga nadążyć za własnym cywilizacyjnym postępem- bylibyśmy już dawno gatunkiem wymarłym i nie wzbudzającym niczyjego zainteresowania, albowiem jako jedyni zwolennicy wykopalisk sami byśmy trafili na listę kopalnych. Żyjemy i przetrwaliśmy tylko dzięki umysłowi, wygląda to tak, jakby natura nas nie do końca zaakceptowała i w związku z tym nie wyposażyła w wysokiej klasy czujki i inne super moce. Mało widzimy, niewiele słyszymy, niczego, oprócz pisma – nie wyczuwamy nosem, instynkt mamy na poziomie operatora dźwigu a nasz wewnętrzny radar spóźnia się o dwa pokolenia. Jesteśmy kosmitami i nie wychodzimy bez skafandra. Staliśmy się tacy za sprawą dziwacznego skoku intelektu, który nas owszem, ocalił ale też ostatecznie pozbawił szans na naturalną adaptację. W przeciwieństwie do reszty stworzeń radzących sobie bez sztucznego wspomagania człowiek to kaleka, a cywilizacja służy mu jako skomplikowany wózek inwalidzki, bez którego przetrwanie byłoby absolutnie niemożliwe. Niezwykłe umiejętności zwierząt wydają się nam się wręcz nadprzyrodzone, ale nie są, bo umacniają ich związek ze środowiskiem, nasze natomiast dziwaczne, oderwane od rzeczywistości teorie wybiegają poza granice codziennego bytowania, są wytworem wyobraźni, dryfującej w sfery przynajmniej z pozoru niepraktyczne.
Daniken miał rację, ktoś przy nas majstrował. Wylądował, namieszał i odleciał a teraz boi się wrócić, tak jest przerażony konsekwencjami eksperymentu. Rozwijamy coraz bardziej abstrakcyjne myślenie lekce sobie ważąc odwieczny porządek natury. Co nam zapewnia nieustanny konflikt, bo się wyłamujemy z eko- systemu, bo go dewastujemy, tracimy wszelki kontakt ze środowiskiem, z którego się wywodzimy a jedynym sygnałem, jaki do nas dociera jest sygnał z komórki. Jesteśmy coraz bardziej nieprzystosowani do życia, nasz wózek inwalidzki wymaga kolejnych modyfikacji. Nie radzimy sobie z rozpalaniem ognia, z orientacją w terenie, z ciemnością czyli zatracamy nawet te osiągnięcia, które kiedyś były naszym udziałem. Inwalidztwo zaczyna obejmować mowę i pismo, tego rodzaju przeżytki ogarnia teraz AI. Bez kolejnej wizyty kosmitów niewiele ugramy, bo przecież Sztuczna wyżej własnej dupy nie podskoczy, wie tylko to, czego się dowiedziała od nas. Gromadzi i namnaża bezużyteczne pliki, sortuje, otwiera w tysiącach programów, zestawia, kojarzy, porównuje, narzuca mordercze tempo i sprawia, że teraz już nie idziemy, teraz biegniemy, jak ta Czerwona Królowa z Alicji – tylko po to, żeby pozostać w tym samym miejscu.
Patrząc na ludzkość zafascynowaną wynalazkami, składającymi się na Projekt Pasożyt- widzę istoty z czwartego wymiaru mocą wcielenia sprowadzone i uwięzione w trójwymiarowej bańce. Uwięzione, albowiem umysł nam poszybował do wyższych wymiarów a ciało zostało w trzech. To jakby komuś kazać nagle wrócić do formy embriona i nigdy się nie narodzić. Biedny embrion wierci się, nudzi, chce się rozwijać według własnego pomysłu, kombinuje, rośnie na sztucznych drożdżach, eksperymentuje, pustoszy organizm matki i w końcu razem z nią umiera. My nie jesteśmy stąd, w każdym razie na pewno nie wszyscy. A im bardziej się staramy myśleć o powrocie do natury, tym bardziej wiemy, że „to się nie da proszę pani”. Bo jedyne, co sprawia, że możemy przetrwać to umysł, a on nam nie podpowiada nic mądrego w kwestii dogadania się z resztą stworzenia, nie zna miary, bojkotuje symbiozę, nie przyjmuje jakiejś pokornej roli elementu w ekosystemie. Twierdzi, że jesteśmy bardzo ważni, co tam ważni, najważniejsi! Ale jaka jest, przepraszam, ta nasza wyjątkowa rola ? Co wytwarzamy, bez czego nie może istnieć przyroda? Dla jakich roślin jesteśmy niezbędni? Dla jakich zwierząt, robaków, drzew? W czasie pandemii, kiedy ludzie się pochowali – wszystko co żyje świętowało wyzwolenie. Gdyby wirus wytłukł homo sapiens – cywilizacyjny syf zniknąłby w pięć minut, odrosłyby lasy, oczyściły się rzeki, odbudowały zagrożone gatunki. Nikomu nie jesteśmy potrzebni, prócz garstki oswojonych zwierząt, które jednakże po jakimś czasie połączyłyby się w stada i przetrwały bez nas, jak psy na Ukrainie. Koty i konie, owce, kozy i chomiki świetnie sobie radzą bez internetu i motoryzacji. My sobie już nie radzimy. Nie radzimy sobie tutaj bez jedzenia, chociaż jedzenie bez nas radzi sobie doskonale. W samym tym stwierdzeniu zawiera się dramat. Jesteśmy banitami, wygnańcami ze świata potencjalnej energii, świadomości kwantowej i czystego intelektu. Widziana stamtąd dżungla amazońska wygląda jak główka od szpilki i to nas gubi. Gubi nas i orangutany. One tracą podstawy egzystencji a my kontakt z resztą stworzenia. Z naszym własnym ciałem też już nie potrafimy rozmawiać. Im dalej w las, tym mniej drzew. Nie podłączymy się już, bo jesteśmy na to za mądrzy, czy też za głupi – na jedno wychodzi. Odpuściwszy rozwój umysłu na rzecz odbudowania więzi z naturą, co dla wielu jest jednoznaczne z ratowaniem duszy – pogrzebiemy zdobycze intelektu, powrót na drzewa byłby klęską rozumu. Ale dominując Ziemię bez żadnego genetycznego uzasadnienia ryzykujemy nieodwracalnym rozmontowaniem świata, który nas karmi.
Człowiek jest więc rozdarty pomiędzy intelektem i materią, pomiędzy Newtonem a Einsteinem. Pomiędzy Panią Sztuczną a Rilkem. Czytam teraz niezwykle osobliwą książkę – Dusza romantyczna i marzenie senne Alfreda Beguin. Historia ludzkości to nieustanna fascynacja na przemian odkryciami nauki i duchową przynależnością do reszty stworzenia. Romantycy byli zwolennikami tej drugiej opcji, książka jest o literaturze niemieckiej tego okresu. Bardzo bogatej i zadziwiająco pasującej do dzisiejszego szaleństwa w dziele nauczania rozwoju osobistego i zgłębiania ludzkiej podświadomości. Po tamtym, imponującym wylęgu badaczy snów i poezji wszyscy nagle posłuchali Hitlera i wymordowali pół Europy. Dlatego lepiej sobie nie wyobrażać ewentualnych następstw obecnego przebudzenia. Ale tak to właśnie działa. Czujemy nadprzyrodzoną moc i z tą mocą lecimy panować nad światem w sposób całkowicie nieduchowy. Ale zostańmy przy niemieckich romantykach. Marzy im się człowiek, który „Postrzega Boga w swoim sercu a wszechświat w swej zmysłowości”. Nikt by tego lepiej nie ujął. Jak mam dobry dzień to wierzę, że ludzkość zdąża do takiej właśnie kombinacji. Ale dzisiaj mam zły i wydaje mi się, że kombinacja w samym tego słowa znaczeniu ma wydźwięk pejoratywny i każda jej forma nas gubi. Po prostu za dużo kombinujemy i przez to jesteśmy w czarnej dupie.
Na koniec cytat z powyższej lektury, jeden z tych, które na długo porządkują burdel, jaki mam w głowie po zaczerpnięciu łyka z Rzeki Mądrości.
Poznanie czysto intelektualne ujmuje tylko to, w czym nie ma życia.


Powyżej okładka książki Lichtenberg – Pochwała Wątpienia. jedyna w swoim rodzaju okładka bez tytułu i autora, ale wewnątrz kopalnia cudnych sentencji. Niektóre jak z Kafki.