Jeden Pies

„Cóż to za szaleństwo spodziewać się śmierci z upadku sił spowodowanego ostateczną starością i zakładać go jako kres naszego trwania? (…) Umrzeć ze starości to śmierć rzadka, osobliwa i niezwyczajna a tym samym o wiele mniej naturalna od innych. (…)”  Michał Montaigne – Próby.

W czasach, kiedy Montaigne pisał Próby przeciętna długość życia to było zapewne niewiele ponad czterdzieści lat. On sam czuł się pięćdziesięcioletnim starcem. Dzisiaj niektórzy są zdania, że życie zaczyna się po czterdziestce, czyli dokładnie wtedy, kiedy w szesnastowiecznej Europie nieubłaganie się kończyło. Rozwój medycyny nie sprawił, że umieramy zdrowi, bo pierwsze pytanie zawsze jest – na co umarł?  Umieramy tylko dużo później niż tamci sprinterzy, ale kompletnie nam to nie daje do myślenia.  Zamiast przedłużyć błogosławioną starość przedłużamy tak zwany zapierdol i wychodzi na to samo – śmierć nas zaskakuje. Nagle, ni stąd ni zowąd zapierdol przechodzi w stan terminalny – wynoszą nas ze sceny prosto na ojom, lądujemy pod kroplówką i mamy parę godzin na podsumowanie działalności.  

Całe życie czekałam na starość usprawiedliwiając tym samym fakt, że tak mało mam czasu dla siebie, mało albo wcale. Czasem dla siebie nazywałam pisanie, czytanie tak zwanej literatury refleksyjnej, rozmyślanie przy muzyce i tego rodzaju czynności nieprzynoszące wymiernego pożytku. Co nie przynosi wymiernego pożytku (dla mnie lub dla ludzkości) – przynosi straty, bo zawsze przecież można więcej posiąść i więcej osiągnąć, cokolwiek to oznacza. Jak to teraz czytam to widzę obłęd, ale wtedy widziałam sens życia. Wydawało mi się, że dobrze kombinuję dzieląc czas pomiędzy zarabianiem pieniędzy na portretach i ratowaniem porzuconych psów. Z daleka widok był piękny i zaiste w jakiś sposób jedno równoważyło drugie, tyle, że była to równowaga najwyższych obrotów – czyli taka, która wciska w fotel. Nie przerażał mnie fakt, że na tym fotelu z zawrotną prędkością pędzę do mety, bo meta była daleko. Teraz ją widać. Zbliża się nieuchronnie. Wizja śmierci jako rozpaczliwego hamowania – jest czymś nie do przyjęcia. Chcielibyśmy umierać w miarę spokojnie, leżąc lub siedząc, a nie z rozpędem uderzając w barierkę. Należałoby więc w porę zwolnić i zacząć dostojnie kroczyć ku przeznaczeniu. To jest ta chwila, kiedy decydujemy się na bycie starym. Ale nikt przy zdrowych zmysłach sobie tego sam nie zada od jednego dnia, na przykład od przyszłej niedzieli albo najbliższego piątku. Coś się musi wydarzyć, żeby ten piątek się okazał graniczny.  

Po obejrzeniu serialu „Znajomi i sąsiedzi” –o bardzo bogatych ludziach w zamkniętej społeczności amerykańskiego osiedla pełnego wypasionych samochodów, gigantycznych posiadłości i związanych z tym statusem obowiązkowych imprez, gdzie uczestnictwo jest konieczne, jeśli nie chcesz wypaść z gry – dochodzę do wniosku, że wbrew porzekadłu starość się panu Bogu wyjątkowo udała, tylko my z niej nie potrafimy skorzystać, jak z urlopu, który odsuwamy i przekładamy, bo tylko teoretycznie chcielibyśmy odpocząć. Wybrańcy fortuny w swoich przepastnych rezydencjach mają w zasadzie wszystko, ale definicja „wszystkiego” jest płynna. Pojawia się nowy model auta, kolekcjonerski przedmiot wart miliony albo inteligentny hiperkibel z cyfrowym systemem sterowania i spłukiwania, absolutnie niezbędny jeśli chcesz się wypróżniać według najwyższych standardów. Pojawiają się nowe stanowiska i zaszczyty, nowe kluby i elity, do których wypada należeć. Ciągle jest o co walczyć, dlatego każdy bez wyjątku funkcjonuje wyłącznie w trybie „uciekaj lub walcz” – jak to określają sprytni psychologowie, czyli dokładnie w tym samym trybie co bohaterowie książki „Dzieci Sancheza”, której akcja dzieje się w meksykańskich dzielnicach nędzy. Nie ma żadnej różnicy w umysłach jednych i drugich. Tu osobnicy w Rolls Roysach zmierzający na bal charytatywny, tam biedota w domach bez bieżącej wody a często i bez mebli. Tu i tam konflikt z prawem, kradzieże, nuda, przygodny seks oraz wszechobecne narkotyki i alkohol stanowią główne antidotum na ciśnienie w głowie. Tu i tam podobnie udręczone i zdominowane dzieci nie mają szans się wydostać poza schemat, w którym dorastają. Tu i tam przewodnią myślą są pieniądze i stopnie drabiny społecznej, ich zdobywanie i osiąganie kosztem samego siebie wołającego o chwilę oddechu gdzieś z dna duszy uwięzionej pod podłogą. Tymczasem wszystko okazuje się niewystarczające do osiągnięcia obranego celu, bo poprzeczka stale się podwyższa. Nieważne czy chodzi o wyżej wymieniony inteligentny kibel, piwniczkę z kolekcją win po sto tysięcy dolarów, czy też, jak w przypadku meksykańskich slumsów – celem jest czarno biały telewizor. Każdy ciśnie gaz do dechy.

Ja z moim życiem plasuję się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami, ale tylko w sensie standardów, bo reszta się zgadza. Też miałam swoją listę gadżetów, na które warto było zarobić kosztem odpoczynku a każdy uratowany pies otwierał mi oczy na bezmiar kolejnych nieszczęść i uruchamiałam myślenie pod tytułem – jeśli ja tego nie zrobię – nikt tego nie zrobi. Myśl owa dawała się znieść tylko dzięki wieczornej dawce czerwonego wina. Czterdzieści lat nie miałam wakacji. Kłania się maksyma Hildegardy z Bingen, że „każda przesada pochodzi od demonów”.  Ale w tamtym czasie nic, prócz zagrożonego życia nie zmusiłoby mnie do zaprzestania działań. W sensie psychicznym naprawdę nie ma znaczenia co nas wyniszcza, jeśli z podobną determinacją sami siebie okładamy batem, żeby zasuwać jeszcze szybciej.

Więc może lepiej dla nas, zdiagnozowanych i ostrzeżonych zawczasu, że przygnieceni miażdżącą przewagą zewnętrznych okoliczności chcąc nie chcąc godzimy się na starość? Możemy się nią delektować, otoczeni szacunkiem za swoje dokonania, albo popadłszy w zapomnienie wskutek braku dokonań – jeden pies. Oto prosta definicja szczęścia.

Jednak okazuje się, że być szczęśliwym jest strasznie trudno. Tak siedząc na słońcu i myśląc czy to dzisiaj niedziela czy wtorek zdarza się niejednemu popaść w zadumę i zapytać samego siebie – na chuj tak siedzę???  I co mi teraz z tego siedzenia? O czym mogę pomarzyć, co mnie nie przeżyje?  Cokolwiek ma trwałość ponad dziesięć lat może się okazać trwalsze ode mnie. Jak żyć z taką krechą przez środek czoła???  Z czego się cieszyć w sensie odzyskanej wolności i utraconego czasu, kiedy niczego już nie warto zaczynać od początku, w nic inwestować, niczego rozkręcać. Od dzisiaj każda rzecz, którą sobie sprawię – zostanie po mnie jako dar, albo śmieć. Z dwojga złego lepszy ten dar, ale w takim razie wszystko co kupuję – kupuję na prezent. Też do dupy perspektywa, prezenty są zazwyczaj nietrafione.

A może łatwiej mają ci ze slumsów? Nie mówię, że moja matka była ze slumsów, ale jej majątek stanowiła masa bezużytecznych pierduł a do szczęścia potrzebowała tylko towarzystwa przyjaciół i jednej paczki papierosów dziennie. Kawę piła najtańszą, jadła byle jakie jedzenie i pochłaniała masę niezdrowych ciasteczek. Ubierała się w second handach albo sama sobie szyła proste sukienki w kształcie namiotu, bo od tych ciasteczek była coraz grubsza. Ale nie miała z tym problemu. Nigdy nie mieszkała w mieszkaniu, które było na papierze jej własnością i nie spędzało jej to snu z powiek. Żyła dziewięćdziesiąt cztery lata i do końca paliła jak smok. Nie przejmowała się większością rzeczy, którymi ja się nieustannie przejmuję. Zostawiła po sobie góry przedmiotów bez żadnej wartości i nienadających się do użytku. Można powiedzieć, że miała na wszystko wyjebane niemal od zawsze, dzięki czemu dla każdego zawsze miała czas, a najwięcej go miała dla siebie.  Nigdy się nie zestarzała, ponieważ nie musiała. Tempo życia miała dostosowane do małych przyjemności. Stanowiła chodzący przepis na szczęśliwego człowieka. Nie ma znaczenia, czy ja byłam z nią szczęśliwa, bo nie byłam, ważne, że ona była szczęśliwa sama ze sobą.  

Poza moją matką niewielu znam ludzi, którzy „nie chcą więcej”. Ludzi całkowicie usatysfakcjonowanych „małym życiem”, czy nawet, jak to określał Mrożek –„gołym życiem”. Nie na starość, tylko w ogóle. Dlatego ta starość tak nagle od jednego dnia – jest trudna do przeprowadzenia. Siedź teraz człowieku na swojej ukwieconej werandzie, spłaconym balkonie, wypasionym leżaku, pij kawę z potwornie drogiego ekspresu i nie daj boże jeszcze czytaj książkę. Siedź tak i czekaj na śmierć. Niby to jest ten obraz, który miałeś w głowie tyrając pod nocach na wszystko co tutaj widzisz, ale owo siedzenie jest upiorne, jak cisza po wygaszeniu silników. Statek dryfuje siłą bezwładności, przygotowania trwały połowę życia i taki był plan, ale jest dziwnie, jest, kurwa, dziwnie na maksa. Więc póki sił starcza przedłużamy etap przygotowań, bo jeszcze większy balkon, jeszcze droższy ekspres, a zamiast książki różne cyfrowe wynalazki. I nas wynoszą ze sceny prosto na ojom, co było do udowodnienia.

Jaki z tego wniosek? Czy żyjemy czterdzieści lat i jest średniowiecze czy osiemdziesiąt osiem i jest złoty wiek tic- toka -jeden pies. Nigdy się nie starzejemy, bo jesteśmy aktywni, zajebiści i na starzenie nie ma czasu, jest akcja. W świetle tego, co napisałam – nie brzmi to dobrze. Nie ma się czym chwalić. Szlaban się nie przesunie, nawet nie drgnie podczas zderzenia. Dlatego siedzę w altanie i czytam. Siedzę i czekam na śmierć a nie biegnę w jej kierunku jak popierdolona. Na dobrą sprawę każde życie jest czekaniem na śmierć, więc należałoby docenić i uszanować ów czas oczekiwania. W tym kontekście starość – ta, która się udała panu Bogu – jest spełnieniem życia. Ha! Tak by było, gdyby spełnienie rozumieć jako trwanie w obfitości , a nie jako brak pragnień. Nie potrafimy niczego nie pragnąć, wystarczy jedna reklama butów i już po spełnieniu. Siedzę i czytam Próby Montaigne. Tysiąc stron przepięknej, szesnastowiecznej literatury genialnie przetłumaczonej przez Boya. Czuję przyjemność czytania i czuję smaki tej prozy jak niektórzy czują smaki wyszukanych potraw. Jestem za połową.  A może by chociaż zerknąć na Zalando? – myślę nagle i ta myśl jest jak fizjologiczna potrzeba. Ale po co mam tam zerkać? Butów mi wystarczy do śmierci – to kolejna myśl. Czytam dalej. Próbuję się skupić na lekturze, ale w głowie mi siedzi suczka porzucona pod Skarżyskiem. Wracam do Prób. Czytam kolejny rozdział – O niestałości naszych postępków.. żaden wiatr nie jest pomyślny temu, kto nie wie, do jakiego portu płynie… Koło mnie trzy psy. Było dwadzieścia a są trzy. Nie wyglądają na nieszczęśliwe z braku towarzystwa. A ja? Czy wyglądam na nieszczęśliwą? Jeśli, to raczej nie z braku towarzystwa. Do tego jeszcze nie dojrzałam, wszystko przede mną. A więc z braku przytłoczenia,  z braku zapierdolu, z braku tempa, celu, obowiązku zapłaty – jeden pies. Jeden pies??? Boże mój, ludzie miewają jednego psa. Nie pojmuję, jak im to wystarcza.

Na zdjęciu Olga Boznańska z jednym psem.