Jeśli cała natura jest symbolem Boga, jak powiedział Claudel i ja się z nim zgadzam, to słońce jest symbolem świadomości. I tu piękny cytat z malarza i filozofa – Carusa (nie mylić z Caruso).
Cytat brzmi :
Życie można porównać do nieprzerwanie płynącej, wielkiej rzeki, która tylko w jednym miejscu oświetlona jest światłem słonecznym, to znaczy przez świadomość.
I dalej –
Nieświadomość jest subiektywną ekspresją wskazującą na to co obiektywnie znamy pod nazwą natury.
Niezła jazda, jak na początek dziewiętnastego wieku..
Więc w opozycji do tego, co wyglądało na totalny brak akceptacji dla tak zwanej ludzkości w poprzednim moim wywodzie – (że tu nie pasujemy, że jesteśmy kosmitami i pasożytami) – można ostrożnie założyć, jakoby w pierwotnym swoim zamiarze Stwórca obdarzył nas świadomością po to, abyśmy promieniejąc na resztę żywych istnień byli dla ich rozwoju i szczęśliwości tym, czym światło słoneczne dla życia i wzrostu. Światłem naszej świadomości, zgodnie z Jego wolą mamy za zadanie przekształcić planetę Ziemię w drugi Eden. Może rzeczywiście to jest ostatecznym celem, pomimo zniszczeń, które siejemy na drodze? Świadomość jest czymś, co nas wynosi ponad trzeci wymiar a stamtąd, podobnie jak ze słońca odległego tysiące kilometrów – płynie przez nas i do nas strumień kwantowego objawienia. Ale czy słońce wypala ziemię? Zdarza mu się. Tyle, że my, w przeciwieństwie do słońca, chociaż zgodnie z wytycznymi – działamy świadomie. Jak widać nie wszyscy i nie do końca, bo ją wypalamy dosłownie i w przenośni. Nie jest łatwo pogrywać ze światłem, z żadną mocą. Pytanie, czy nadal zmierzamy ku pełnej szczęśliwości czy przeciwnie – idziemy prosto na samozniszczenie.
Romantycy (wciąż mam na tapecie „Duszę romantyczną i marzenie senne” Alberta Beguin) drążą temat świadomości i podświadomości w sposób, który dzisiaj wydaje się szokująco nowoczesny. Jung miał poprzedników i to mocnych. Wiele rzeczy uznanych za najnowsze odkrycia psychologii było dla nich tematem nieustannych rozważań. Wróćmy do biednego Carusa. Ów Carus poza tym, że malował widoczki dzisiaj uznane za ckliwe i sentymentalne oraz napisał siedem tomów rozpaczliwie ponoć nudnej i niestrawnej autobiografii, w kwestii wniosków dotyczących ludzkiego wnętrza wyprzedził epokę o trzy pokolenia. Zgodnie z jego teorią mamy w sobie wspólny nośnik informacji, mocny, identyfikujący nas gen, boski pierwiastek. Nie mamy do niego dostępu, ale on do nas owszem. Jest mianowicie głównym motorem życia i decyduje o jego kierunku. Ten przez Boga człowiekowi wszczepiony rdzeń pozostaje nienaruszony i odporny na spekulacje umysłu. Tak według filozofa Carusa wygląda nieświadomość w stanie czystym.

Jung się nie wahał zajrzeć tam, gdzie Carus widział świętość. Za pomocą hipnozy i analizy marzeń sennych odkrył drugą, ciemną stronę naszej duszy. Słońce też ma rejony, do których nie dociera, albo dociera z przerwami. Mity, archetypy, symbole, traumy, lęki – tworzą osobliwą, wybuchową mieszankę zbiorowej świadomości. Wydobyte z dna duszy straciły immunitet nietykalności, zostały opisane, sklasyfikowane i poddane stosownej terapii. Koniec kropka.
Świat utajony jest królestwem konieczności podczas gdy wolność rodzi się wraz z pierwszym przebłyskiem świadomości. – to Carus. Wolność, ta, do której zdąża rodzaj ludzki – polega na ostatecznym rozpuszczeniu świadomego umysłu w owej „błogiej nieświadomości” ( swoją drogą określenie „błoga” w stosunku do nieświadomości mogło się ulęgnąć tylko w tamtych czasach). Tak pojęta, czysta, błoga do potęgi nieświadomość nosi nazwę „świadomości absolutnej”. Coś jak w tym dowcipie o małpie w kosmosie. Astronauci dostają pierwszy meldunek z bazy – niczego nie ruszać, nakarmić małpę. Bo jeśli do tego wewnętrznego ludzkiego Edenu, kosmicznego statku o nazwie Ziemia, gdzie wszystko jest idealnie pomyślane i połączone – wmiesza się ego – nieświadomość zaczyna być groźna a konieczność ponura.
Nasz gatunek jako jedyny dobrał się do swoich psychicznych trzewii i uczynił je źródłem wiedzy praktycznej. Duchowy rozwój zmierza do oddzielenia boskiego ziarna od plew po to, żeby nie pomylić siły z mocą. (Ta właśnie pomyłka sprawiła, że biedny Nietzsche został okrzyknięty piewcą faszyzmu). Na etapie, na którym teraz jesteśmy – wolność postrzegana jako odpowiedzialność jest cenniejsza niż żywioł kierujący naszymi nieświadomymi decyzjami i odruchami, bo te, skalane egoizmem, żądzą władzy, zazdrością i tego rodzaju nieoczekiwanymi następstwami cywilizacyjnego postępu – mogą być na dłuższą metę zabójcze dla wszystkiego co żyje. W sumie chodzi o to, żeby przenicować do spodu całą rządzącą naszymi umysłami dziejową konieczność pozbieraną od dziadków i pradziadków czyli dotrzeć do źródeł negatywnych emocji, które nam przeszkadzają żyć po bożemu. Praca z cieniem – tak to nazywał Jung i widać, jak się rozwiewa romantyczny obrazek nieskalanych grzechem odmętów naszych twórczych energii.
Wszystko co się wynurza z nieświadomej nocy ku światłu życia świadomego, tę pieśń, te cudowne zwierzenia czynione świadomości przez nieświadomość, wszystko to nazywamy uczuciem – to optymistyczna definicja uczucia według pana Carusa.
Uczucia jednak nie zawsze bywają pozytywne. Kiedy mam ochotę kogoś zadźgać i nie wiem, skąd u mnie taka wrogość, to też jest uczucie i też płynące z nieświadomości. Romantycy są fanami nieświadomości, Jung na nią patrzy jak na zatrutą studnię. Bo Carus nie dożył holocaustu ani hodowli przemysłowej. Ale też nie miał pojęcia o wielu koszmarach swojej epoki, my chyba jesteśmy bardziej zorientowani, w co ludzkość wdepnęła i jak sobie pogrywa. Informacja nadąża za dewastacją, co pozwala żywić nadzieję na otrzeźwienie zanim sobie zafundujemy własny koniec świata. Doprowadzona do apogeum konsumpcja i niszczycielska siła pieniądza okaże się tylko niezbędnym elementem na drodze do opamiętania. Ścianą, do której w końcu dojdziemy. A skoro kasy będzie coraz więcej – będzie z czego zapłacić cenę. Nic tak nie skłania do refleksji jak nieoczekiwane bankructwo, dzięki czemu nasza podświadomość oczyści się ze złudnego poczucia mocy, jakie skłoniło Ikara do lotu. Uznał, że każda zdolność zapożyczona od natury może zostać zastąpiona urządzeniem, bo ludzki geniusz na tym właśnie polega. Jak na razie to się sprawdza, samoloty latają. Sprawdza się po całości w niezwykłych wynalazkach, w podboju kosmosu, w królestwie sztucznej inteligencji, w każdym supermarkecie, który oferuje to, za czym dawniej trzeba było biegać z dzidą albo samemu zasiać.
Jednego tylko nie zmienimy – naszego ciała, które będzie się domagało harmonii z naturą. Już się domaga. Nie odpuszcza. Zastępujemy medycyną każdą skargę, każdy sygnał, jaki ono nam wysyła. Nie mam pojęcia, czy uda się ludziom wynaleźć lek na wszystkie choroby, wiem tylko, że ludzkość coraz bardziej choruje. Na razie jestem zdania, że ciało wygra. Nie przeskoczymy wcielenia jako drogi do uzdrowienia, jako jedynej misji, jaka nam przypadła a jest nią, jeśli wierzyć romantykom – dotarcie do Edenu, tym razem świadome i z jabłkiem w brzuchu. Tym razem jako bogowie. Taki Eden na całą planetę… Teoretycznie jest to nadal możliwe, tylko koni żal, podobnie jak zatrutych mórz i stopionych lodowców. Dzieci umierających na raka, gołych kur z przerośniętą klatą, wyciętych dżungli, ginących gatunków. Teoretycznie jest to nadal możliwe, ale czas nagli.

Zdjęcie profilowe obraz Jacka Malczewskiego – Zatruta Studnia
Poniżej obraz Carla Gustava Carusa – Pomnik Goethego