Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować.

Ponoć najważniejsza ze wszystkiego jest energia albowiem na dobrą sprawę energia to jedyne, co istnieje. Jej brak sprawia, że organizm się rozsypuje, siada nam odporność i zabieramy się za przewlekłe chorowanie. Każdy ma w swoje własne centrum dystrybucji, osobiste PGE. W stresie, w zagrożeniu – owo centrum notuje największe zużycie, jak kaloryfer w zimie. Kiedy zagrożenie mija, bo lew się rozmyślił i poszedł zamówić pizzę – organizm próbuje uzupełnić braki, ale my się zajmujemy rozpamiętywaniem całej sceny, co kosztuje kolejne pobranie, a potem jeszcze tym, że może nadejść inny lew, bo już jesteśmy przeczuleni. Antylopa tego nie robi, na widok lwa spierdala w panice, ale potem wraca do skubania trawy. Człowiek przeciwnie – nie przestaje analizować, żadnej trawy już w spokoju nie poskubie. Odtąd nasza rozdzielnia jest na okrągło przeciążona. Lew krąży po mieście. Antylopa nie dostaje raka, my dostajemy.

Mądrym znaczy być przewidującym – mówił mój teść i to jest właśnie pierwszy krok do rabunkowej gospodarki energią.  Bo co my możemy przewidzieć? Życie to nieustanna transformacja cząsteczek, funkcje falowe załamują się i bez nas, atomy wymieniamy na nowe częściej, niż ferrari opony.  W sumie fajnie, bo to znaczy, że nie jest nudno. Żaden problem, żadna choroba, żadne nieszczęście nie jest na zawsze. Jedna niespodzianka goni drugą. Niestety my, w ramach bycia przewidującym, z każdej niespodzianki robimy energetycznego wampira.

Przystawiamy go sobie do głowy jak lufę pistoletu i mówimy – tak trzymać. A kiedy tylko odłożę broń, żeby rozprostować kości, kiedy się przez chwilę niczym nie martwię, niczego nie przewiduję, to się czuję winna własnej beztrosce. Mam wrażenie, że lekceważenie problemu jest zgubne. Nie powinnam go spuszczać z oka. Więc łapię tę nieszczęsną spluwę i przystawiam z powrotem. Zesmutnijmy! – to słowo, którego nie ma w słowniku, ale w życiu owszem – ciągle powraca.

I wszystko by było nie takie znowu straszne, gdyby nie fakt, że ów smutek i stres spowodowany potencjalnym smutkiem i stresem lub przeżytym smutkiem i stresem permanentnie zżera nam prąd, a kiedy przychodzi prawdziwa zima – kaloryfer pada, limit się wyczerpuje i odłączają zasilanie.

Wiec jeśli jesteś bardzo chory to znaczy, że zaszalałeś z energią. Lecz się, rzecz jasna, ale się już nie martw, bo wyzdrowiejesz. Jeśli przestaniesz się martwić, że chorujesz, wyzdrowiejesz. Jeśli nie przestaniesz – będziesz już tylko chorował do usranej śmierci. Ciesz się z postępów medycyny, bo w sumie jest się z czego cieszyć, ale nie czytaj diagnoz, statystyk i wyroków spisanych przez googla. One są dla tych, którzy szastają zasilaniem. Przekieruj to, co ocalało po imprezie zwanej interwencją medyczną, chemią, operacją, czy tego typu ekstremalnym zużyciem – na system odpornościowy, żeby mógł się włączyć do naprawy organizmu. Odporność to murowane antidotum, lekarz ci go nie zapisze, przeciwnie – poinstruuje o szkodliwości leków, które poleca przyjmować. Lekarz nie bierze odpowiedzialności za twoje zdrowie, tylko za leczenie. Odpowiedzialność za zdrowie jest po stronie zdrowiejącego. Od dzisiaj nie biadolisz, nie wyobrażasz sobie najgorszego, nie przewidujesz co jeszcze złego może stać.  Żyjesz. Nic specjalnego nie robisz, nie poddajesz się ani nie walczysz, bo obie te opcje zżerają prąd. Istnieje stan pośredni pomiędzy rezygnacją a walką – nazywa się to normalne życie. Więc sobie żyjesz, ogarniasz bieżące sprawy, ale bez rzucania się w jakieś wiry – pracy, polityki, działalności społecznej itp. Zużywasz na własnych warunkach, ekonomicznie. Generujesz upragnione nadwyżki. Organizm je wita z ulgą. Teraz może włączyć odporność, sprzątnąć cały ten syf i przywrócić ustawienia fabryczne. Po jakimś czasie spacerujesz ulicą, zza rogu wyskakuje lew i myśli sobie – jasna cholera, jakiś człowiek lezie prosto na mnie, a ja przecież chciałem tylko zamówić pizzę!

Rzecz jasna to wszystko wydaje się łatwe, a jest trudne. Ale to nie zmienia faktu, że cały proces zdrowienia w telegraficznym skrócie sprowadza się do wzięcia odpowiedzialności za chorobę, co jest jednocześnie obciążające i wyzwalające, jak każdy boski paradoks.