Ławeczka Zen.

Gdybym miała wszystko to, co przeżyłam – przeżyć jeszcze raz, ale porządnie – od początku do końca, to potrzebowałabym trzy życia, a nie jedno. Kiedyś tego nie dostrzegałam, teraz widzę wyraźnie chaos i natłok wydarzeń, terminów, obowiązków. Podołać, nie znaczy przeżyć, w zasadzie to się wyklucza. Przeżyć znaczy mniej więcej to samo, co strawić w odniesieniu do posiłku. Dać sobie czas na radość albo czas na smutek. Posiedzieć wtedy na ławce przed domem, jak pani Krysia z panem Felkiem dawno temu, kiedy jeszcze oboje żyli, mieli krowę, a krowa miała mleko. Jak krowę zapędzili do obory szli na ławeczkę i trwali tam nieruchomo, bez słowa aż nastał zmierzch. Byli bardziej zen niż niejeden zabiegany Hindus z korporacji. Odeszli jedno po drugim na swoją niebieską ławeczkę i tam zapewne siedzą po wieczne czasy. Koleś imieniem Hiob umarł „syty dni”. Ja też tak chcę, wyłączając makabryczną pierwszą połowę przygód Hioba. Tymczasem mam wrażenie, że świat nieustannie przyśpiesza a moje pokolenie zostaje w tyle. Nie jestem syta dni, jestem zawalona dniami a równocześnie ich spragniona. Jak ktoś, kto zje dużo słodkiego i próbuje to przełamać śledziem, albo odwrotnie. A kelnerzy przynoszą coraz to wymyślniejsze dania.

Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek o sobie pomyślę w kategoriach pokolenia, a jednak. Pokolenie się wyodrębnia z reszty ludzkości, kiedy przestaje nadążać za zmianami w tym znaczeniu, że ich nie potrafi ani porządnie ogarnąć, ani zignorować. Chciałoby, ale nie przejada oferty, bo nie nadąża z trawieniem. Nie rozdrabnia pokarmu, nie odwirowuje płynów, zatyka mu się odpływ. Zatrzymuje się na średnich obrotach, których już się zwiększyć nie da, a tego by wymagała sytuacja. Ludzie rodzący się z kciukiem przygotowanym do operowania dotykowym ekranem mają wbudowane wyższe parametry, jak moja nowa pralka ma wyższe parametry wirowania. Jednak pralka za mnie nie wypierze faktów, wydarzeń z życia, spotkań, rozmów, załamań i uniesień. Widoków, podróży, przykrości, zwycięstw, relacji, okoliczności, randek, zdrad, niesprawiedliwych ocen, utraconych przyjaciół, psów, które odeszły, traum, które za sobą zostawiły.  To muszę zrobić ja – rok produkcji 58. A sterta urosła naprawdę duża.

Moje pokolenie to jest ta ławka, na której już przysiadają anioły. Patrzę w dół, na kolorową przepaść, gdzie wiruje miliard ofert, niektóre nawet niczego sobie – niezwykłe książki, filmy, koncerty. Podróże, możliwości, nie mówiąc o meblach, sprzęcie, wygodach, atrakcjach. Kolejne bodźce, kolejne wrażenia, kolejne wielkie tematy do przełknięcia, ale człowiek chce się wznosić, a nie opadać. Cokolwiek sobie teraz dołożę, ściągnie mnie w dół.

Dlatego wyrzucam rzeczy za burtę jak balast, a to, co zalega w pamięci przeżywam jeszcze raz, powoli, do końca, aż się zamieni w pojedyncze westchnienie i uleci razem z nim w eter. Wyciągam z tyłu głowy upchane rozmowy, spotkania, imprezy, niech sobie jeszcze chwilę pożyją. Niech się wypalą do końca stare żarówki i lampy naftowe z Kościeliska. Nie chodzi o to, żeby żyć przeszłością, nigdy tego nie chciałam, jest dokładnie odwrotnie. Przeszłość niestrawiona nas dopadnie i przyćmi każdy nowy dzień. Żaden już nie będzie nowy, będzie zmieszany ze starym. Pojawi się uczucie zniechęcenia, straty, zmarnowanej, nieodrobionej lekcji.

Z pewnością są także rzeczy, których nie doceniłam. Czas najwyższy to zrobić. To tarcza, która mnie broni przed idiotyzmami nowych czasów. Nie daję się omotać, nie poświęcam im uwagi, nie pobieram na telefon, nie kradną mi dobrego humoru. Pomniejszam obszar dowodzenia, zakres obowiązków, skalę oczekiwań. Pomniejszam swój dom, przestrzeń, sprzedaję meble, pamiątki, palę papiery. Olać ambicję, olać sukces, olać wielkie projekty.

Widzę nas, śledzących komentarze na face booku, przejętych, oburzonych, wkurzonych, zaangażowanych politycznie, społecznie, duchowo, całościowo. I tak już zostanie? Skoro mamy przed sobą ostatnie dziesięć lat aktywności – niechże się pozabijają! My i tak umrzemy, zanim ktoś ten burdel na górze posprząta. Wszyscy umrą po wielekroć!

Nie na darmo jesteśmy mniej sprawni i mniej kumaci. Nikt nas nie chce do kieratu, jak dobrze! Nikt od nas nie wymaga żebyśmy teraz lecieli i zmieniali świat. Jakaż ulga. Nie ma już szans na światowy sukces – nareszcie! Nie musimy się tłumaczyć z nieobecności tam, gdzie wszyscy pędzą podpisywać listę, skreślają nas z niej jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Siedzimy, nic się nie dzieje, jak mówił Trela. Wydarzać się ma w nas, a nie nam – jak mówię ja, od lat to mówię, ale nie działało. Teraz zaczęło działać. Siedzę przed domem na ławeczce i patrzę, jak trawa rośnie po deszczu a w mojej głowie tymczasem przelatują pociski…