MALARSTWO ZMIERZA KU WIECZNOŚCI

(…) Prawdziwi światłodawcy ludzkości dzielą los gwiazd stałych, których światło potrzebuje bardzo wielu lat, zanim dotrze do widnokręgu ludzi. (..) Artur Schopenhauer – O wolności ludzkiej woli.

Jedząc sznycle warzywne z Rossmana smakujące jak sznycle a niezawierające cząsteczek bólu i strachu, (chyba, że czegoś nie wiem o psychice marchewki) obejrzałam wieczny jak sam Rzym – produkt ludzkiej kinematografii zatytułowany „Rzymskie wakacje” z przepięknym, zdecydowanie już prze – Gregory Peckiem. Obecny bohater nie może być już tak straszliwie przystojny i pozytywny. Ludzie przejrzyści wyszli z mody. Do Gregory Pecka dobrano niestarzejącą się nigdy Audrey Hepburn – taka jak jest zdobywałaby nadal tłumy fanów i kosiła w reklamach perfum, sama siebie nie podejrzewając o cechy wymieniane przez producentów. Nie ma ich już wszystkich wśród nas, nie ma takich jak Gregory Peck, bo nie powstają z martwych ani takich jak Audrey Hepburn, bo nie są prawdziwe. Świat już nie jest czarno biały, ale nie znaczy to wcale, że jest kolorowy. Rzymskie wakacje opowiadają o tym, że nie wszystko jest na sprzedaż, nawet strasznie gorące tematy i niesamowicie kompromitujące zdjęcia. Ogólnie film zakłada, że żyją pośród nas ludzie honoru, czego dzisiaj nie zakłada nawet życie. Ale ja nie o tym. W ostatniej scenie jest wielka sala konferencyjna w jakimś przykładowym rzymskim pałacu, jest ich tam przecież od groma. Tło wybrane przez zmęczonego scenarzystę jako pewnik na wielki finał nie wymagało zapewne długich poszukiwań ani skomplikowanej organizacji. Skręcili całą scenę o piątej rano, zanim wpadły wycieczki. Pomieszczenie gigantyczne, wysokie na trzy piętra a na ścianach przykładowe trzy piętra obrazów. Które zawsze tam wisiały. Obrazów milczących, cennych, zdobnych w bogato rzeźbione, złote ramy. Przedstawiają przykładowe sceny z kanonów wielkich scen – biblijnych, historycznych, patriotycznych, batalistycznych, marynistycznych, religijnych, ewangelicznych, mitologicznych, męczeńskich i tak dalej. W dalekim tle Gregory Pecka słyszę (tak mi się wydaje) pomruk nadchodzącej zagłady malarstwa sztalugowego. To skumulowana tutaj energia artystów, autorów kolekcji za jego plecami. Ich miliony godzin przed sztalugami, ręce omdlałe od mozolnego odtwarzania wybranych fragmentów ludzkiego istnienia, ludzkich mięśni, ciał, cierpienia, krwawienia i bólu tych ciał, napięcia, orgazmu i chuj wie czego jeszcze, bo człowiek zdolny jest do wszystkiego a malarz jest zdolny to wszystko namalować. Malujże więc malarzu, kawałek po kawałku, garuj i czeźnij, aby prawda o nas ożyła na płótnie. Wyraź dramat szesnastu madonn, stu Chrystusów, dwustu ściętych królów, setek setników, tysięcy padłych w bitwie koni, milionów żebraków, wielu cudzołożnic u szczytu powodzenia i megier u szczytu władzy. Tłucz tuziny martwych natur z trupem zająca powieszonego za nogi, snuj mroki tajnych schadzek wbrew przyszłości zakontraktowanej przez tatusia. Odtwórz jak żywy sekret nagiej i ubranej Mai, załamkę Marii Magdaleny i śmierć Marata a zagrasz w ostatniej scenie „Rzymskich wakacji”. Jako tło.

Wszystko odwrotnie – powiedział Chrystus, święty Franciszek, Budda, Jan od Krzyża i wielu, wielu innych. Ostatni będą pierwszymi. Co jasno świeci szybko się zjara, dawno to zrozumiałam, a przede mną zrozumiał Schopenhauer. Co się tli latami w ciemnym kącie będzie oświetlać całe niebo, ale dopiero po upływie odpowiedniej ilości czasu. Czyli po śmierci, plus jeszcze chwila na rozruch. Jedno życie dla obrazka to za mało, żeby nabrać wartości. Więc wisi i czeka. Nigdzie mu się nie spieszy. Wszystkich przeżyje. Reżyserów, aktorów, scenarzystów…

W akcie finansowej determinacji zawiozłam do domu aukcyjnego szkic Jana Skotnickiego z 1920 roku. Po odliczeniu podatków od obrazu, od sprzedaży, od kupna i od wszelkiego nieszczęścia wyszło tysiąc złotych na rękę. Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie.. Poczekajże jeszcze z 50 lat, a będziesz miała pokaźną sumkę. Poczekaj sto, a jeszcze lepiej dwieście i będziesz bogata. Milionerem zostaniesz w 25 wieku po Chrystusie. To się nazywa perspektywa. A nie łapu capu.

Popatrzmy więc na malarstwo okiem proroka czyli gołym okiem. Kiedyś trzeba było dwudziestu, trzydziestu lat żeby artysta został zauważony. Papież go najmował za ciężkie pieniądze a w piekarni mówili do niego mistrzu. Potem już musiał się malarz bardzo zestarzeć. Na koniec życia coś go tam dobiegało, jakieś słuchy z wielkich rynków sztuki. Jak u Renoira. Handlarze zbijali majątki na jego obrazach a on sam chodził po Paryżu powtarzając – parę z tych rysunków zostanie… Nikt nie sprawdził, czy facet żyje. Dalej już było tylko gorzej. Dziś obraz, który szczęśliwie ukończył sto lat trafia nareszcie do muzeum. Panie z magazynu umieszczają go na regale, gdzie przebywa pośród tysięcy identycznie zapakowanych płócien niczym arka przymierza z „Indiany Jonesa.”

Reasumując- malarstwo zmierza ku wieczności . Prognozowany czas, kiedy zostanie zauważone – ono i jego autorzy- jest tak odległy, że przekracza granice rozumnej kalkulacji. Jest nieprzewidywalnie wieczne. Nie da się wymyślić, jak długo po mnie będzie musiało przeleżeć w magazynie obok arki, bo nic a nic nie wskazuje na zainteresowanie społeczeństwa malarstwem. Wszyscy za bardzo się spieszą. Spokojnie, ludzie, zdążycie umrzeć i się NIE zainteresować. Wasze dzieci też będą miały na to wylane. Wnuki, prawnuki i ich wirtualne potomstwo z wmontowanym systemem monitoringu na migające ekrany też nie zauważą malarstwa w tle. Chociaż niewątpliwie ono tam jest. Widzimy Gregory Pecka i Audrey Hepburn, ale nie widzimy malarstwa na ścianie. Pana Boga też nie widzimy, chociaż jest. Wielki i wszechobecny poruszyciel, który sam się nie porusza. Rozwój cywilizacji polega na tym, że wszystko biegnie, biegnie coraz szybciej! Jak zanadto zwalnia to znika z radarów. Mnie też jakby już nie ma, a przecież wstaję, myję zęby i jem śniadanie. Idę rysować i rysuję. Ale to nie jest takie tempo, żeby mnie kamery wychwyciły. Za spokojnie sobie żyję. Tak spokojnie, że sama już nie wiem, czy to się dzieje naprawdę.