Gwasz pt „Infantka” był jednym z pierwszych, który trafił „na salony”. Kozi zakupił go ode mnie i podarował scenarzystce Ilonie Ł. opatrzywszy następującą dedykacją – „Z podziękowaniem za to, że z dobrego aktora zrobiłaś aktora popularnego”. I rzeczywiście – po roli Jaroszego stał się celebrytą. Z całym emocjonalnym bagażem jaki ten status w sobie kryje. Jest to bowiem iście diabelski wynalazek. Gorszy niż najgorszy narkotyk, podstępny, zdradliwy, okrutny, bezwzględny i śmiertelnie niebezpieczny dla artysty. Historia aktora Maćka K. to także krótka historia tego, ile warta jest popularność w sprawach istotnych, poważnych, ostatecznych. Wypisz wymaluj bajka o mesjaszu i Judaszu. Bo Judasz idealnie się nadaje na patrona celebrytów.
Dawno, dawno temu artyści nie byli gwiazdami schowbiznesu. Nawet Mozart ze swoją skłonnością do publicznych popisów – nie wyobrażał sobie rozmiarów przyszłej katastrofy. Artysta chciał, by podziwiano jego pracę. Miał wtedy poczucie, że go ktoś uznał. Ale uznał czy nie uznał – dalej robił swoje. Jak każdy człowiek. W owych czasach dziwnych i niepojętych sukces szedł za artystą, a nie artysta za sukcesem. Gdyby jednak stało się to drugie – oboje nadawali się już tylko do cyrku. Pojawiały się takie określenia jak szarlatan, oszust, błazen. Było to więc równoznaczne z klęską. Wyobraźcie sobie Michała Anioła rozdającego autografy na promocji jedwabnych szarawarów. Albo pozującego do selfie z nieślubną córką papieża. Jeśli trudno wam sobie wyobrazić podobne historie to dlatego, że model artysty z platońskiego zbioru idei jest osobnikiem nierozpoznawalnym. Artysta to ten, którego nie musimy znać – albowiem istnieje poprzez dzieło. Przy okazji – z nielicznych wykopalisk wiemy, że Michał Anioł nie był szczególnie urodziwy, dzisiaj miałby z tym poważny problem. I to dopiero odsłania cały absurd. A co, gdyby Pan Bóg okazał się otyłym rudzielcem? Czy nie na tym polegał zakaz przedstawiania jego wizerunku w starożytnych kulturach i religiach? Bóg posiadający jakiś wygląd, niekoniecznie powalający– mocno traci na wartości. Gdzie myśmy zaszli w dzisiejszym świecie wielbiąc twarze! Nie dość, że twarze, to jeszcze ubrania. Kolejność jak w szpitalu wariatów – ludzie najpierw czczą szaty, potem oblicze a na końcu pytają –przepraszam bardzo, a co to w ogóle za bóg?
Z młodości pamiętam bardzo nieelegancki zabieg zwany protekcją. Jak ktoś po protekcji sobie załatwił lokal, przydział na farby albo wyjazd na plener malarski – to cały porządny krakowski świat darł z niego łacha i wytykał palcami. Kiedy mój szacowny ojciec kierował Polską Akademią Umiejętności prędzej by się dał rozstrzelać niż zaproponować wielebnej kapitule, żeby jego własna córka namalowała mu portret do Sali Prezesów. Stało się to dopiero po mojej wystawie w Instytucie Polskim w Rzymie, co uznał za wystarczające dossier do podjęcia rozmów, albowiem zaproszenie do Rzymu otrzymałam od osób uznanych przez środowisko krakowskie za moralnie bez zarzutu.. Dbałość o to, by moja praca w żaden sposób nie podpierała się jakimkolwiek koneksjom wyssałam, rzec by można – z mlekiem ojca. I tak, bacząc na prawo i lewo oraz za siebie, byle nie przed siebie – doszłam do punktu, w którym mogłam się nazwać – artystą czynnym. Polegało to na morderczej, naprawdę morderczej, wieloletniej pracy nad kolejnymi zamówieniami, które płynęły do mnie od ludzi poruszonych tym, co zobaczyli w salonie u sąsiadów. Dość powiedzieć, że kiedy poznałam Maćka K – świeżo upieczonego celebrytę – moja pozycja w mieszczańskim Krakowie i okolicach ( czyli reszcie świata) mnie samej wydawała się całkiem mocna. W niektórych rodowych willach na Bronowicach albo Woli Justowskiej – wisiało po kilka, a nawet kilkanaście moich prac. Państwo profesorostwo G. mogliby powoli zapełnić swoimi zbiorami średniej wielkości galerię sztuki. Państwo P. musieli kupić większy dom, by je pomieścić. I zamawiać dalej.
Wyjazd do Kościeliska w towarzystwie znanego aktora i dwukrotne przemierzenie z nim Krupówek wystarczył, żeby całą moją misternie zbudowaną konstrukcję wywalić w kosmos. Po pierwsze – zobaczyłam co to znaczy być znanym. Te uśmiechy, umizgi, zdjęcia i objęcia.. „ten głos, ten szyk , ten strój – ja sobie wyobrażam – Boże ty mój”, jak w upiornej piosence. Poczułam, że moje pojęcie o artystycznym sukcesie jest na poziomie świetlicy w Kłaju. Byłam nikim na Krupówkach, nikim w Warszawie, i jeszcze to nazwisko! Na myśl o molo w Sopocie albo deptaku w Międzyzdrojach nogi mi się ugięły. Jedyny hit w szafie stanowiły buty za sto milionów od dziadka Szarfa (patrz blog „Buty na lata”) które wciąż czekały na powrót mody a i tak reszta moich rzeczy do nich nie pasowała. W kwestii ubrania byłam jeszcze bardziej nikim, potrójnie nikim. Nie miałam pojęcia o podstawowych, światowych markach, od matury nie zrobiłam manicure. ( Przez 5 lat studiów na wydziale grafiki wszyscy mieliśmy za paznokciami niezmywalną farbę drukarską) Ponadto od zawsze nie dawałam sobie dotknąć oka a co dopiero je umalować, miałam uczulenie na większość kosmetyków, używałam tylko kremu Nivea i nie potrafiłam chodzić na obcasach. Pewność, że nie mam żadnych szans na zrobienie kariery to była pierwsza myśl. A druga była znacznie gorsza – wszystkie moje dotychczasowe osiągnięcia są iluzją. Bo prawdziwy sukces – taki, który się przekłada na popularność, kasę i wielki świat – nie będzie nigdy moim udziałem z przyczyn, które opisałam powyżej. Mój kolega lekarz, znany zbereźnik wypisał kiedyś świadectwo zdrowia pewnej dziewczynie startującej w zawodach jeździeckich – „16 lat – nadaje się ”. A ja miałam 40 i się nie nadawałam. Nie tylko dlatego, że miałam 40. Ze wszystkich innych powodów też. Zakopane opuściliśmy ze spalonym sprzęgłem. A jakże by inaczej.
Ale potem żyli długo i szczęśliwie –chciałoby się napisać. Szczęśliwie -tak, czy długo? Można by dyskutować. Mimo to, przez siedem lat choroby Judasz nas nie opuszczał. Jakoś nie mieliśmy siły tak całkiem go wyprosić z domu. Ciągle się wydawało, że jednak nie jest taki zły, że się przydaje, że bez niego może być jeszcze gorzej. Załatwiał lekarstwa, pożyczał dla nas pieniądze, dawał zdjęcia do gazet, żeby ludzie nie zapomnieli co za autograf przywieźli z Krupówek. Moje obrazy kupili państwo O, państwo G i państwo W, aktorki B i M zamówiły portrety, byłam w telewizji, w kolorowym piśmie na okładce, miałam wystawę na Warszawskiej Starówce, używałam tuszu do rzęs i zaliczyłam parę premier na obcasie. Dość szybko przejrzałam smętne podchody pana Judasza i nie czułam, żeby mi zagrażał. Znalazłam złoty środek. Po śmierci Maćka zdawało mi się, że bez większych problemów wróciłam do życia sprzed Krupówek. Ale to już nie było to samo życie. Nie jest tak łatwo wyjść wejściem. W mojej psychice zaszły nieodwracalne zmiany podsycane pośmiertną falą zainteresowania aktorem Kozłowskim. Dałam się namówić na organizowanie festiwalu filmów jego imienia, gdzie wszyscy mi powtarzali, jaką jestem samotną wdową bez perspektyw i przekonywali, że bez nich zginę. Jedyną moją szansą było, według nich, owo krótkie małżeństwo z bohaterem wydarzenia oraz jego telefon z numerami wielu gwiazd teatru i filmu. Mówili to z dobrej woli nic w tym zdrożnego nie widząc, bo Judasz nie jest złym człowiekiem, on po prostu wierzy w inny rodzaj zbawienia niż duchowe. Trudno się z nim nie zgodzić. Bardzo trudno. Mnóstwo ludzi w dobrej wierze postanowiło mi pomóc, ponieważ sam Maciek chciał mi pomóc. Książkę mi nawet wydali, bo była o nim. Przy okazji, że go powspominali to i na mnie łaskawiej spojrzeli… Z czynnego krakowskiego artysty zostałam bidulką, której pomagali celebryci. Pomagali, ale w końcu temat się wyczerpał. Na mojej ostatniej wystawie nie było nikogo z wielkich przyjaciół Koziego, którzy u mnie zamówili portrety. Przyszli ci, którzy kupują obrazy Kowalskiej niezależnie od tego, z kim akurat przestaje. Obudziłam się na dobre ze snu o Warszawie. Nie wiem, czy to był koszmar, nie nazwałabym tego koszmarem. Koszmar to by był, gdybym się nie obudziła. Kozi zapewne obudził się ostatecznie 11 maja 2010, a może się mylę, może to było wcześniej. W każdym razie teraz oboje jesteśmy ludźmi przebudzonymi, jak to pisał niezastąpiony Anthony de Mello. Jak pojedziemy razem na Krupówki to mogę się założyć, że nas nikt nie zahaczy o autograf.