Jest jakiś zakręt w historii ludzkości, czujemy to wszyscy. A upał wzmaga poczucie zagubienia. Idealny moment na rozkminę o czasie, świadomości i uzdrawianiu.
Czyli wracam do moich ulubionych pojęć. Feynmann i jemu podobni, zakręceni fizycy teoretyczni odkryli w sumie to samo co ja, tylko oni badali zjawiska empirycznie a ja się tego dowiedziałam „na lewo”, gdzieś z góry to przyszło w postaci olśnienia. Chodzi o przekonanie, że jestem zawsze jeden krok przed rzeczywistością. Tak zwanym „trzecim okiem”, nieskorygowanym przez dioptrie widzę swoją przyszłość, jej mały wycinek oświetlony niczym gotowy obraz. Wszystko razem, pomimo, że dopiero nastąpi – sprawia wrażenie faktów dokonanych. Czasem musi minąć kilka godzin, czasem dzień, a bywa, że jakiś kadr czeka na realizację ładnych parę lat. Żyjemy w przeszłości, może nie wszyscy, ale ja na pewno. I pojawia się masa problemów, bo co z wolną wolą w obliczu takiego brutalnego determinizmu? Badania ludzkiego mózgu udowadniają, że świadomość jest obserwatorem rzeczywistości, albowiem na to, żeby owa rzeczywistość do nas dotarła potrzebujemy czasu. Nie jest to czas mierzony zegarkiem, nawet szwajcarskim, ale jakby nie patrzeć – milisekundy też muszą upłynąć, zanim mózg przekaże to, co właśnie zobaczę za oknem, a zobaczę opadnięte surfinie. Bidulki nie były przygotowane na taki piekarnik. Opadły, a ja oglądam zapis czegoś, co już się stało. Nigdy ich nie przyłapię na opadaniu, bo tak to działa, że nie działa – zawsze zobaczę, że są opadnięte. W tym sensie przebywamy w przeszłości – teraźniejszość to rejestracja dokonanego. Czy to sprawia, że w ogóle nie decydujemy o naszym życiu? Wręcz przeciwnie – zawsze jest kilka nanosekund na zmianę decyzji o tym, co chcemy zobaczyć. Z punktu widzenia współczesnej fizyki MAMY WYBÓR! Dokonujemy go klikając „zaakceptuj” albo „odrzuć”. W praktyce niewiele pozostaje czasu na owo magiczne kliknięcie, ale nawet, jeśli nie zdążymy się ogarnąć z zanegowaniem jakiejś ponurej wizji nie zmienia to faktu, że, co prawda, umysł jedynie odtwarza program, ale ten program ustanawia nasza świadomość. Świadomość nadaje kierunek, wyznacza trasę, buduje przekonania, zgodnie z którymi mamy potem wyświetlane obrazy rzeczywistości. Pytanie co było pierwsze – jajo czy kura – pozostawmy na razie na boku. Może na początku był chaos a może świadomość była przed chaosem.
Tak zwane „życie na autopilocie” to massa tabulette pozwalająca codziennie rano budzić się w tym samym miejscu obok tej samej osoby albo tego samego psa, wiedzieć kim się jest w sensie tego, co nazywamy tożsamością, mieć wokół siebie znajome przedmioty i nie zabić się w nocy po drodze do kibla. Ale to już nie są świeże informacje, to jest pamięć. Umysł ich nie skleja każdorazowo, żeby nam pokazać, gdzie żyjemy, on ma to już wgrane, w jakiś sposób oszukuje – mamy wokół siebie to, co uznajemy za znajome i sprawdzone, zgodne z naszą codzienną, rutynową rzeczywistością i percepcją, która nie rejestruje milisekund, podczas których jedna z drugą surfinia robiła „bam”. Wiemy, jak wyglądają oklapnięte, ale żeby cały proces zobaczyć klatka po klatce potrzebny jest film w zwolnionym tempie, umiemy taki nakręcić, ale nasze oko samo z siebie tego nie dokona.
Dlaczego nie wychwytujemy stanów pośrednich? Dlaczego to, co nazywamy „spostrzegawczością” to kpina z ludzi?
Dlaczego trzeba wytoczyć kolubryny, żeby coś zmienić w kołowrotku powtarzalności? Żeby się obudzić całkiem gdzie indziej? Zmienić męża, psa, kraj, język, zawód wyuczony na ulubiony, chory organizm na zdrowy?
Dwadzieścia lat temu, po dziesięciu latach spędzonych pod Szczecinem znalazłam się z powrotem w Krakowie. Był to wyskok z dobrze naoliwionej, rozpędzonej karuzeli w całkowitą pustkę. Mój mózg musiał się wtedy mocno napocić, żeby nie popełnić błędu i pokazać mi za oknem srające na parapet krakowskie gołębie a nie, jak przez ostatnie 10 lat ciężko stąpające krowy zapędzane na pastwisko środkiem drogi. Biedak, wyobrażam sobie co przeżywał.
Nie czekając aż okrzepnie wykonałam kolejny zwrot i wyjechałam z Krakowa do Gąsaw z nowym mężem. I znowu zmusiłam swoje synapsy do całkowitej zmiany obrazu rzeczywistości.
Kolejny raz wyskoczyłam z obrazka niedawno – oddając dom Zośce. Dom, w którym miałam doskonale zorganizowany kierat. Wybrałam pomieszczenie o wiele mniejsze, gdzie należało przenieść gromadzone przez 17 lat rzeczy potrzebne i niepotrzebne. Dokonałam więc brutalnej selekcji przedmiotów, mebli, pamiątek, zdjęć, naczyń, a nawet książek. Czyli zrobiłam to, co dzieci musiałyby zrobić po mojej śmierci. Posprzątałam sama po sobie i wiem, że niejeden trup żałuje, że się na to nie zdobył. A mój mózg, zamiast odpocząć w grobie – znowu musiał poprzestawiać połączenia neuronowe, żeby ten widok z okna na czas zmodyfikować. Manewr miał na celu mobilizację do wytworzenia nowych połączeń neuronowych, nowych białek i nowych atomów a co za tym idzie nowych wyników badań i kasacji dotychczasowych diagnoz.
Albowiem ciało – mam na myśli ciało jako organizm – wykonuje swoją pracę niezależnie od naszego postrzegania i też jesteśmy za nim spóźnieni, nie rejestrujemy całej masy czynności i reakcji, które się tam odbywają bez konieczności świadomego udziału. Ciało jest materią, która musi godzić własny system pracy z programem narzuconym przez umysł. Umysł kocha powtarzalność, bo jest śmierdzącym leniem. I naprawdę musi mieć wyraźny sygnał, że coś nie styka, żeby zauważyć, że program jest wadliwy, czyli do dupy.
Jesteśmy mistrzami badania skutków i analfabetami na etapie przyczyn. Ale to dalej nas nie czyni niezdolnymi do wyjścia z ram. Skoro już surfinie zrobiły „bam” można je następnym razem podlać zawczasu. Kiedy należy włączyć kierunkowskaz w samochodzie? Zawczasu. Co oznacza „zawczasu”? Oznacza czas teraźniejszy niedokonany. Ciało wysyła sygnały zawczasu. Trzecie oko je rejestruje i przekazuje snom, mięśnie się napinają, żołądek woła o zmianę jadłospisu. Emocje sięgają zenitu – te niekontrolowane, niszczące. Wszystko nam wtedy opada, nie tylko surfinie, ale samego opadania nie rejestrujemy, dopiero skutek…
Jak wejrzeć w siebie i dostrzec zagrożenie ZAWCZASU? To się nie da proszę pani. Zaiste, z własnego doświadczenia wiem, że nie ma przebudzenia bez budzika. Zderzenie ze ścianą jest nieuniknione, jeśli chcemy przez nią przejść. Zderzenie jest szansą, jest nowym początkiem, jest darem. Pociąg się zatrzymał, bo czas się zatrzymał. Czas teraźniejszy niedokonany czeka na nasz ruch. Mamy koszącą diagnozę, bankructwo, wypadek, zdradę, tsunami, pożar w burdelu – yes! yes! yes!
Kto w tym nie zobaczy szansy na życie -zobaczy śmierć. Kto nie usłyszy budzika – usłyszy dzwon z wieży kościelnej. Kto nie zrozumie, że teraz albo nigdy – zrobi bam.