Upadek w ciszę.

Śniły mi się tony suchej karmy. Pochrupałam kilka kulek i poczułam ich uwodzicielski smak. Jadłam karmę dla psów. Ktoś to skomentował i powiedział – nie przejmuj się, wszyscy lubią jeść psią karmę, tylko się do tego nie przyznają. Jak okiem sięgnąć wszędzie dookoła widziałam rzędy kontenerów z karmą. Było tego zdecydowanie za dużo. Świata jest za dużo, niezależnie od tego, co Olga Tokarczuk chciała przez to powiedzieć.

Nasz imponująco umięśniony prezydent wykrzyczał w obecności tłumów, że Dziady Adama Mickiewicza mógł napisać tylko Adam Mickiewicz – kolejny dowód na to, że zgłupieliśmy do reszty. Słuchaj dzieweczko, ty czwarta od prawej z trzeciego rzędu! Ona nie słucha. Jednym okiem scrolluje tic toka, a drugim patrzy na muskuły prezydenta wypełniające bardzo drogi garnitur. Bajka o Kopciuszku w wersji stadionowej. Tym razem Kopciuszek to facet. Kareta z dyni i najdroższe szaty na kibolu spod ciemnej gwiazdy. Więc nie ma znaczenia o czym mówi i jak.

Tego samego dnia, kiedy Karol wypowiadał się w kwestii autorstwa Dziadów odpaliłam filmik z jakiejś biblioteki, w której zaciszu pracownicy czytali Wielką Improwizację. Poczułam ukłucie, jakby mnie kto dźgnął słowem pod żebra.

Geniusz był z naszego Adasia, a tak straszliwie zohydzony i zmaltretowany w szkole. Teraz jeszcze ośmieszony w narodowych uroczystościach. Przemielony w teatrze, pakowany łopatą do głów przez zobojętniałe na wszystko nauczycielki zobojętniałym na wszystko uczniom, rozkładany na czynniki pierwsze za pomocą gramatyki i retoryki, wykorzystany oralnie, werbalnie i gremialnie, a jednak się oparł. Dalej brzmi kosmicznie, dalej potrafi wcisnąć w fotel. Pamiętam słynny spektakl w Starym Teatrze w Krakowie, zachwycający, chociaż byłam za młoda na to, żeby w nim zobaczyć coś więcej niż piękny obraz w doskonałej oprawie. Czas duchowych przemian był daleko przede mną, miałam głowę gdzie indziej, a narodowe akcenty wtedy jeszcze tak do mnie nie docierały, bo socjalizm to był stan normalny. Dopiero później, kiedy sytuacja się zaogniła – Dziady stały się symbolem utraconej wolności i narzędziem politycznej walki. Co je wyniosło na ołtarze i równocześnie, jak to tylko ołtarze potrafią – odarło z mistycznego wymiaru. Dlatego wiele bym dała, żeby to zobaczyć TERAZ. Większość aktorów już nie żyje, wielkich aktorów teatralnych, którzy nie byli celebrytami, tylko aktorami. Nikt ich nie zaczepiał, kiedy po spektaklu gnali przez Rynek do Rio albo innej zadymionej, stratowanej dziupli. Cały ówczesny skład ze Starego to byli „swoi ludzie”. Widywało się ich na mieście albo w Spatifie, nikomu by do głowy nie przyszło prosić któregoś nagle o autograf. Może i z tej przyczyny podczas spektaklu nie miałam poczucia, że patrzę na coś, co może się okazać skarbem mojej pamięci. Przez środek widowni biegł długi podest, na który Trela w sztruksowych, czarnych spodniach i białej koszuli upadał po Wielkiej Improwizacji. Pamiętam rodziców mojej kumpeli z klasy – Izę Olszewską i Tadeusza Jurasza. Ona grała panią Rolisson, on Diabła. Było dziwne, że ich nagle widzę w takich rolach, w domu Marty byli zupełnie normalnymi rodzicami. Pamiętam Sadeckiego jako Nowosilcowa, był wyraźnie skacowany, ale to mu tylko dodawało wiarygodności. I młodziutką Dymną w białej sukience. Nastrój był jakiś niesamowity,  panowało całkowite skupienie, nikt nawet nie kaszlnął, ludzie chyba zapomnieli, że chcą kaszlnąć. Cała ta dziwna aura przebiła słowo, które ostatecznie zostało wchłonięte przez emocje, tak bardzo ten spektakl był żyjącym obrazem. Miałam wrażenie, że wszyscy w tym siedzimy, bo nie pamiętam słów ani fragmentów tekstu, pamiętam tylko postacie, twarze, światło, głosy, gesty. Pamiętam odgłos kroków na podeście. W moim wspomnieniu równie dobrze mogła to być pantomima, we wspomnieniu nastolatki, którą wtedy byłam. Nie miałam pojęcia o wyższych stanach świadomości i dlatego ten tekst do mnie nie trafił inaczej, jak tylko przez zmysły. Potem już do niego nigdy nie wróciłam aż do dnia, kiedy pani bibliotekarka zaczęła czytać Improwizację. I znieruchomiałam nad talerzem spaghetti.

Szybko kliknęłam na Allegro Dziady – wydanie ilustrowane starymi rycinami, zdobione roślinną ornamentyką, oprawa twarda (musi być twarda) i już następnego dnia odebrałam je z paczkomatu. Zaczęłam od Improwizacji i nie pożałowałam.

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę. Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże!

Buchnęło ogniem z tych ślicznych, ukwieconych karteczek. Chryste, co za eksplozja! Chciałoby się zapytać – co on zapalił, czy też zażył? („cóżeś zażył, żeś na taki gest się odważył „- jak to Maleńczuk o Tośku śpiewał pięknie).

A więc o tym było przemówienie Konrada na pomoście w teatrze Starym ! … O tym, o czym są wszystkie ludzkie stany chwilowej mocy, stany czasem zgubne i sztucznie podkręcone psychodelikiem a czasem przerażająco trzeźwe. Potrafią zmienić całą resztę życia, ale są z reguły niewypowiadalne. I jest precedensem na światową skalę fakt, że ktoś je opisał, ale ich nie uśmiercił słowem. Litera zabija – święty Augustyn wiedział co mówi. Mickiewicza nie zabiła. Litera jest śmiercionośna, fakt, ale to dowodzi także jej niezwykłej mocy. Słowo to kwantowy fenomen obserwatora –  my widzimy cząstkę zrodzoną z fali, a poeta wchodzi w środek procesu i rozkłada go na całe rzędy wersów sam będąc podmiotem przeobrażenia.

Kiedy spojrzę w kometę z całą mocą duszy, dopóki na nią patrzę z miejsca się nie ruszy…

No właśnie. Prawie jak kot Schroedingera. Romantyzm był niebezpiecznie blisko dzisiejszych odkryć, w których rola emocji i ich udowodniony wpływ na energię, z której de facto się składamy – została uznana za kluczową.  A tak pogardzałam romantyzmem… Trudno się dziwić. Pani Pawłowska, nasza nauczycielka polskiego potrafiła zasnąć na własnej lekcji! W rankingu na szczyt nudy – byłaby zwyciężczynią.

A przecież w tym nieszczęsnym, wytyranym romantyzmie można znaleźć odwieczne tezy o mocy umysłu napędzanego sercem, o potędze podświadomości i znaczeniu snów, które to tezy stanowią od lat przedmiot mojego zainteresowania a od jakiegoś czasu kumulują się także w lepszych lub gorszych, ale niezwykle popularnych przekazach różnych youtuberów. Zaroiło się nagle od poradników i różnego rodzaju instrukcji odczytywania wewnętrznego głosu, całkiem na poważnie i w świetle nowych, naukowych odkryć. Czytając ostatnio „Duszę romantyczną i marzenie senne” o niemieckich i także francuskich romantykach mam nieodparte wrażenie, że nic odkrywczego się nie wydarza. Propagowana obecnie indywidualna droga duchowego rozwoju w opozycji do chrześcijańskiego, karzącego Boga, którego Konrad na scenie Teatru Starego mieszał z błotem i wyzywał od carów ( ustami diabła, ale to był manewr zabezpieczający) – to pierwszy stopień wtajemniczenia w autoterapii. Wystarczy poczytać Junga i jego teorię świadomości zbiorowej skażonej koszmarami wszystkich wieków cywilizacji, na czele, jak się potem okazało – z dwudziestym wiekiem, żeby pojąć co autor chciał przez to powiedzieć. Ten autor, który jako jedyny mógł napisać Dziady Mickiewicza zgodnie z tym, co mówił nasz prezydent.

Wracając do nieszczęsnego narodowego czytania, które ma szansę do reszty pogrążyć dzieło – staję w jego obronie z argumentami dość szalonymi, ale te bogoojczyźniane wydają mi się zabójcze.  Zaiste był nasz Mickiewicz wieszczem, ale nie takim z serii  -” tu leży wieszcz – przechodniu nie szcz” – jak to pisał Sztaudynger, tylko takim od ukrytych znaczeń, gdzie wolność jest rozumiana jako absolut, a nie jako flaga zatknięta na maszcie.

W sumie mogę sobie pisać co mi ślina na język przyniesie, nawet w kwestii tak doniosłej, jak interpretacja Dziadów, bo moje odkrycia są całkowicie niezauważalne w powodzi ekranów. Ale…. ale jest światełko w tym piekielnym tunelu.

Pani sztuczna analizująca sprawnie Junga ( skąd prosta droga do rezygnacji z żywych, opłacanych nauczycieli szkolnych )  – a więc pani sztuczna wychwyciła ostatnio ciekawą rzecz. (Sama nie myśli, jednakowoż potrafi wyciągnąć myśl z tekstu, co rzecz jasna nie oznacza, że go rozumie, a tym bardziej, że go przeżywa. Jest nieczułym, sprawnym narzędziem do sortowania wątków i oddzielania mądrości od piękna, które to atrybuty w ludzkich dziełach bywają połączone, bo na tym mniej więcej polega sztuka.) Przesłanie Junga, które za pomocą swoich sztucznych receptorów wyłoniła z całości dzieła jest mianowicie takie, że w zbiorowej świadomości istnieje coś takiego jak zbiorowe wypalenie debilizmem. Nieunikniony kres, czyli blok. Całkiem prawdopodobne, że ludzkość wkroczyła w ten właśnie etap, co widać po statystykach dotyczących popularności rzeczy bezwartościowych w tak zwanej sieci. Może nie spadają im zasięgi, ale słabiej rosną. Prawdopodobnie jesteśmy już bliżej niż dalej osiągnięcia szczytu głupoty–granicy rozproszenia uwagi, pójścia na intelektualną łatwiznę, scrollowania, słuchania byle czego, oglądania byle czego, zapychania się byle czym. Smaki nam się stępiły, nic nas już nie jest w stanie zainteresować, natrafiamy na opór materii, czyli całkowite wypełnienie pustki pustką. Prawie jak z tą zawartością cukru w cukrze u Barei. Posiadamy wielki nabity bezwartościowym chłamem knebel pod czaszką. Dlatego coraz częściej uciekamy w ciszę, uciekamy z miast, uciekamy z galerii handlowych, wyłączamy telefony, jesteśmy zmęczeni, ogłuszeni, wypaleni, zdyszani, zajechani chłamem. Nasze głowy, podobnie jak żołądki zamieniły się w śmietnisko.  Doszliśmy do miejsca, w którym przestajemy trawić. Nie dotyczy to jakiejś szczególnej grupy, na przykład byłych inteligentów pamiętających inne standardy przekazów, a więc zdolnych do tworzenia porównań. Dotyczy wszystkich, także tej trzeciej z prawej w czwartym rzędzie przed Nawrockim. Ona też niedługo zescrolluje się na śmierć, mam na myśli śmierć intelektu. O upadek całego gatunku dotąd uznanego za myślący – obwiniają się wszyscy nawzajem. Ci z prawej uważają, że winę ponosi demokracja. Demokratom z kolei wystarczy sam widok prezydenta, żeby ocenić skalę zniszczeń. Zmęczenie materiału obejmuje więc wszystkich, niezależnie od politycznego zaangażowania, bo wszyscy weszliśmy do ekranu.

Na szczęście istnieje zapowiadany przez Junga szczyt głupoty. A jeśli zmierzamy tam coraz szybciej, to można tylko mieć nadzieję, że pewnego dnia z tego szczytu zaczniemy spadać w dół. A tam – cisza….

Na zdjęciu scena ze słynnej Improwizacji w spektaklu Dziady reż Konrada Swinarskiego w Teatrze Starym w Krakowie.