W obliczu postępującej awarii stacji kosmicznej stanowiącej ostatni bastion ludzkiej cywilizacji po globalnej katastrofie, wysłany zostaje na Ziemię statek pilot. Na pokładzie jest setka młodych ludzi odsiadujących dotąd wyroki za różnego rodzaju niesubordynację. Jest ryzyko, że wylądowawszy umrą na skutek promieniowania wytworzonego po kataklizmie spowodowanym przez naszą cywilizację. Ale jak nie spróbujesz to się nie dowiesz, więc wylatują, lądują i żyją. Promieniowania już co prawda nie ma, ale są inni ludzie, tubylcy cofnięci do etapu prehistorii, którzy sobie nie życzą gości z nieba. Zaczyna się bardzo brutalna wojna. I w niedługim czasie z początkowej setki pozostaje niewielka grupa doświadczonych wojowników nie wahających się zabijać, torturować i walczyć o siebie bez względu na metody, zasady etyczne, sentymenty.
Pierwszy, a na pewno najbardziej kultowy był Matrix. Potem się posypało – masa filmów i seriali pod tytułem – tak będzie wyglądał koniec świata. A zarazem posypała się nasza świetlana, technologiczna przyszłość. Po dobrym Silos, bardzo dobrym – Expance i wielu, wielu innych, które mi się połączyły w jedną, przygnębiającą wizję – włączyłam jeszcze Hundred. Dotrwałam do drugiego sezonu i uznałam, że wystarczy. Czego wystarczy? Przede wszystkim ponurego obrazu przyszłości, który się zalęga w naszych głowach do tego stopnia, że nikt już nie ma wątpliwości, że płyniemy na skałę a jedynym, marnym pocieszeniem jest stwierdzenie – „ na szczęście tego nie dożyję”.
Skończyły się sny o potędze, a sama potęga kojarzy się wszystkim z postępującą zagładą. Zmierzamy do samozniszczenia i dyskutowanie z tym zaczyna być niewdzięczną misją. Przyszłość, nawet taka za 10 lat – objawia się w produkcjach filmowych wyprana z kolorów, pozbawiona wszelkiej ornamentyki i światła słonecznego. Wszędzie bunkry, ciemność, kable na tle szarej pustki, kurz pokrywa niedawne zdobycze cywilizacji a jedynym dekoracyjnym elementem przemykających się pośród tej scenerii ludzkich jednostek w zgrzebnych, dziurawych swetrach są agresywne tatuaże. Niegdysiejsza utopia zamieniła się w dystopię. Bo pamiętam, że początek podboju kosmosu, narodziny internetu, pierwsze laptopy – tego rodzaju symptomy nowoczesności napawały nas dumą i optymizmem. Zapanowała kosmonautyczna moda. Białe kombinezony, minimalizm, geometryczne formy, proste fryzury. W porównaniu z łachami noszonymi obecnie przez Marsjan, Ostatnich Ziemian czy innych Ratowników Populacji, tamte stylówki wyglądają jak stroje dla grzecznych przedszkolaków. Teraz mamy w najlepszym razie powrót do jaskiń, tyle, że bez skór. Wszystkie skóry oprócz naszych są absolutnie syntetyczne, bo zwierzęta taktownie wyginęły. (Te, które się dawały przerabiać na kurteczki. Za to obrodziły smoki, gigantyczne owady, krwiożercze ryby i tego rodzaju stworzonka). Na dodatek pośród nas przechadzają się androidy, roboty i inne maszyny o ludzkich twarzach i zaprogramowanych odruchach. Błąd systemu może sprawić, że przestaną nas lubić i słuchać.
Przyszłość przed nami zszarzała, skarlała i całkiem się zrobiła odczłowieczona.
Tempo rozwoju technologii zaiste jest oszałamiające, ale nikogo to już nie uskrzydla, przeciwnie – pachnie apokalipsą. Tym, co zastąpiło niedawną fascynację rozwojem ludzkiej myśli nie jest już Ziemia – planeta przyszłości, tylko ewakuacja do wyższych wymiarów, podróże w czasie i głęboko ukryte w człowieku moce naprawcze.
Wydaje się, że ostatnią szansą powstrzymania nieuchronnego końca cywilizacji jest psychologia. Jej rozkwit i rozwój to dobry znak, bo w obliczu postępującego braku kontroli nad eksploatacją wszystkiego przez wszystkich ludzie desperacko próbują zrozumieć ludzkość. Przeanalizować i poznać samych siebie, zacząć zmiany od środka.
Wyższe wymiary stanowiące lądowisko dla dusz to według niektórych nasza jedyna szansa, dysponujemy bowiem energią wystarczającą do przywrócenia harmonii życia planety. Nazywanie jej miłością jest sporym uproszczeniem, ale można i tak powiedzieć. Miłość, świadomość, wolność, dobro, piękno i absolut pozostają w nas nietknięte, choć zakrzyczane i spychane na margines przez tak zwaną konsumpcję a dodatkowo wypaczone i wykorzystane dla celów politycznych, finansowych albo religijnych przez najróżniejsze doktryny, rządy i kościoły. Walka o dusze nigdy nie była bardziej zaciekła, bo już nie jest wygrana z góry – jak to miało miejsce przez wieki panowania chrześcijaństwa. Brak świętości dla wielu oznacza moralną klęskę. Ale nigdy się nie dowiemy, czy owo prawo moralne w nas jest przyrodzone i niezmienne, jeśli będzie ono obiektem zewnętrznych regulacji. Bestia budzi się w ciemności, dlatego psychologia bada ciemność. Nikt dotąd tak namiętnie nie badał ciemności, jak współczesna psychologia. Oczywiście jest z tym masa problemów, błędnych diagnoz, przesady, czy wręcz komedii, ale zainteresowanie rozwojem duchowym idzie łeb w łeb z fascynacją AI, kwantowymi komputerami i biologią molekularną.
Nie wierzymy już w to, że materią podziałamy na materię i słusznie. Siłą i technologią nie wszystko będzie można zastopować, uratować i przywrócić. Koncepcja zwycięstwa świadomości wymaga wyższych wymiarów. Tylko w taki sposób wspólnie zadecydujemy o życiu kota Schroedingera. Czekam na dzień, kiedy kot wyjdzie z pudełka, a wtedy krzykniemy jak w Seksmisji – patrzcie kot! Kot!! Jak on żyje, znaczy że my też możemy!!!