Dom niespokojnej starości.

Jak długo możecie, żyjcie wolni i nie wiążcie się niczym. Niewielka to różnica, czy związała was farma, czy więzienie okręgowe. _ Henry David Thoreau

Mój dom jest tam, gdzie się ptaki zbierają na koncerty. Kiedy jestem daleko – słyszę je na kamerce w telefonie. Widzę cukrową różę i zarośniętą trawą ścieżkę do furtki a w tle nieprzerwanie gra orkiestra ptasich gardeł.  Tak powinni mieszkać ludzie – powiedział aktor Tomasz K. ze dwadzieścia lat temu, kiedy nas odwiedził w Gąsawach.

Zamieszkałem w takiej oddali, jak gdybym się przeniósł w regiony wypatrywane nocą przez astronautów – Thoreau.

Wyjazd do miasta na dwa dni to dla mnie cała wyprawa, prawie jak kiedyś z Kościeliska saniami na Krzeptówki po chleb. I żeby nie wiem jak życzliwy był to czas, pośród życzliwych mi ludzi – ich nieustanna obecność powoduje u mnie duchową klaustrofobię. Duch, pościskany i zakneblowany napiera na komórki, a one, zmuszone do nieustannego reagowania z otoczeniem – pobierają masę nowej, niezbadanej energii, z którą potem nie wiadomo co zrobić.

Kinder bal mojej wnuczki pokazał, jak bardzo dzieci są energetycznie napakowane i jak sobie radzą ze zrzuceniem balastu. Skakały, krzyczały i biegały zamknięte w specjalnie do tego przygotowanej klatce. Miały tam materace, piłki, trampoliny i zjeżdżalnie. Obecność dorosłych była marginalna, pili kawę w boksie wydzielonym dla solenizanta próbując przekrzyczeć jazgot, albo nawet nie próbując. Kiedy byłam mała zamiast urodzin były imieniny, a imprezy odbywały się w domu, trzeba było grzecznie siedzieć przy stole, odpowiadać na pytania cioć i wujków a potem wysłuchiwać rodzinnych opowieści. Pewnym pocieszeniem były prezenty – nie zawsze trafione. Mnie obydwie wersje – zarówno nowa z trampolinami jak i stara z siedzeniem przy stole – wydają się mało pociągające, ale mnie lepiej nie pytać o zdanie.

Lepiej by było, gdyby na jedną milę kwadratową przypadał tylko jeden człowiek – Thoreau.

Zaiste dziwnym byłam dzieckiem. Na miejscu mojej matki bym się zaniepokoiła, ale moja matka była artystką i widziała świat zupełnie inaczej, więc być może w tym jej świecie dziwne dziecko było akurat na miejscu. Różniły nas opcje odmienności, że się tak wyrażę. Ona kochała towarzystwo, ja przeciwnie. Ale zarówno w jej jak i moim wydaniu siła owych preferencji była spotęgowana. Ona w samotności wysychała, ja kwitłam.

Bóg jest jeden, diabłu atoli daleko do samotności, przebywa w licznym towarzystwie, postacie ma niezliczone. – Thoreau.

Obserwując moje wnuki widzę, jakim byłam odmieńcem. Przede wszystkim nie lubiłam dzieci. Zdarza się niektórym, że nie lubią dzieci, ale czy dzieci mogą nie lubić dzieci? Ja z pewnością za nimi nie tęskniłam. Jeśli byłam za coś wdzięczna rodzicom, to za fakt, że jestem jedynaczką. Kiedy ojciec wyprowadził się z domu i dostałam po nim pokój – byłam wdzięczna podwójnie, co tu dużo mówić- byłam nareszcie szczęśliwa pomimo mojej tęsknoty za nim. To dla mnie typowe – pławić się jednocześnie w tęsknocie i odosobnieniu. Uczucie niechęci wobec rówieśników dopadało mnie, odkąd pamiętam. Trzy razy uciekłam z przedszkola i biegłam ulicami Krakowa zwróciwszy uwagę milicji (bo to milicja wtedy była), która mnie przyprowadzała do domu. Nie chodziłam na podwórko, bo na szczęście dla siebie nie miałam podwórka, był tylko ogród. Nie jeździłam na kolonie, kolonie jawiły mi się jako koszmar z powodu nieustannej konieczności przebywania w gromadzie rówieśników. Dopiero zainteresowanie płcią przeciwną zmusiło mnie do uczestniczenia w tak zwanym życiu towarzyskim. Uleganie uczuciom mnie nie cieszyło, myśl o tym zatruła mi oba małżeństwa. Bolałam nad stratą czasu jaką było wszelkiego rodzaju podporządkowanie moich preferencji interesom grupy. (Klanu, dynastii, rodziny, plemienia, organizacji, mafii – nieistotne). W wieku czternastu lat zakochana w drużynowym zapisałam się do harcerstwa i pojechałam na obóz w okolice Suwałk. Miłość nie wytrzymała koszmaru zorganizowanej społeczności, obowiązkowego śpiewania przy ognisku, co wydawało mi się mało twórcze i śmiertelnie nudne, nie mówiąc już o przymusowych pobudkach, alertach i tej gotowości, której tak nienawidziłam od zawsze i to się nie zmieniło do dziś. Rytuał wczesnego wstawania i wykrzykiwania jakichś haseł o szóstej rano w pełnym rynsztunku psuł mi cały dzień, dźwięk gwizdka powodował u mnie psychiczne tąpnięcie, próbowałam się jakoś izolować, ale tam wszystko, z założenia udaremniało izolację. Po kilku dniach, bliska obłędu zgłosiłam się na ochotnika do akcji zwanej „sprawnością trzech piór”, która polegała na samotnym przebywaniu w lesie przez dwa dni i jedną noc. Co w żadnym razie nie było przyjemne, bo spałam w rowie pożarta przez komary, a nad ranem zaczęło lać. No niestety – albo refleksja nad światem albo walka o przetrwanie. Trudno nam się oderwać od rzeczywistości, kiedy rzeczywistość trzyma nas w potrzasku. Nie pamiętam czy koniec końców tę sprawność zdobyłam, bo ważne było tylko to, że realna stała się dla mnie koncepcja ewakuacji. Skoro nikt mnie nie napadł ani nie zgwałcił – mogę sama wracać do domu. Co uczyniłam następnego dnia udając się piechotą do najbliższej stacji kolejowej, a stamtąd – pociągami do Krakowa. Podróż była koszmarem, ale to był ostatni koszmar tego lata. Reszta należała do mnie, bo w mieszkaniu byłam sama, miałam bieżącą wodę i kasę wystarczającą na kluski w barze mlecznym. Miałam prąd, biurko, zeszyty do pisania i spokój. Nie mogłam sobie wymarzyć piękniejszych wakacji. O błogosławione czasy bez telefonów i GPS ów.  Teraz każdy każdego może znaleźć, zawrócić, pojmać i ukarać dzięki istnieniu czegoś tak obrzydliwego jak „lokalizacja”. Wtedy tylko wysłałam kłamliwy telegram, że rodzice mnie zabrali ze stacji i że już nie wrócę. Ani do harcerstwa, ani do narzeczonego. Sprawa zakończona.

Zawsze żałuję, że nie jestem taki mądry, jak w dzień narodzin – Thoreau.

Moim największym marzeniem było zostać pustelnikiem. Kim chcesz zostać dziewczynko? – pytali dorośli a ja odpowiadałam – pustelnikiem. Niestety okazałam się bardzo kochliwa jak na eremitę. Obecność tego, na którego kierowałam mój emocjonalny peryskop skłaniała mnie do uczestnictwa w różnych imprezach i wyjazdach.  Cel poruszał się w polu widzenia jak ulubiony aktor w scenach z niedobrego filmu. Jego udział usprawiedliwia fakt, że postanawiamy dotrwać do końca seansu. Dojmujące poczucie zniewolenia jest wprost proporcjonalne do fascynacji drugą osobą.

W domu miałem trzy krzesła – jedno dla samotności, drugie dla przyjaźni, trzecie dla towarzystwa – Thoreau.

Generalnie wszystkie relacje z ludźmi wydawały mi się ceną, jaką płacę, by nareszcie zostawiono mnie w spokoju. Chęć porzucenia świata była w moim pojęciu grzeszna. Miałam z tego powodu nieustanne wyrzuty sumienia. Nie mogłam niczego porzucić, bo wciąż spłacałam dług wobec społeczeństwa, rodziny, zwierząt, otoczenia, a nawet własnego ciała i jego zachcianek. Spłacałam go pokornie przez większość życia, mając nadzieję na samotną starość, bo przecież wielu ludzi to czeka. Taka forma społecznej izolacji nie wzbudza podejrzeń. Nikt by się nie czepiał, że wiodę żywot pustelnika. Ale starość z jej prawami i obyczajami pozostawała poza zasięgiem. Oddalała się zamiast widnieć na horyzoncie. Aż tu nagle jednego dnia się okazało, że moje życie może się niedługo skończyć i albo się zestarzeję natychmiast i bez względu na wszystko, albo tego, na co tak czekałam – po prostu nie dożyję. Rak zrobił robotę – mogę dzisiaj powiedzieć z pełnym przekonaniem. Nie zabił mnie, przeciwnie – przywrócił właściwe proporcje pomiędzy tym, co było sztucznie rozkręcone, a tym, co się marnowało na dalekim planie. Połączył przyjemne z pożytecznym. Uciszył burze, przywrócił trzeźwe postrzeganie newtonowskich zasad a jednocześnie odrealnił cały dotychczasowy obraz świata, jakby nagle zniknęła grawitacja. Waga rzeczy osłabła.  Nie liczę czasu, chociaż mogłoby się wydawać, że mam policzony. Nie wiem, czy to jest starość. Starość wymyślili ludzie w pierwszej połowie życia na określenie czegoś, co tak naprawdę nigdy nie nadchodzi. Chcąc się natychmiast zestarzeć– odkryłam życie, które mogę nazwać zupełnie nowym, chociaż, jak na ironię – w ogóle nie jest samotne.

Henry David Thoreau, ” w dzieciństwie był pogrążonym w marzeniach chłopcem, który nienawidził zabaw, parad ulicznych i zbyt licznych domowników”. Całe życie pisał dziennik. W wieku lat 28 porzucił cywilizację i przeniósł się do domu, który wybudował własnymi rękami nad stawem Walden. Owocem tego eksperymentu jest słynna dzisiaj a za jego czasów wielokrotnie odrzucana przez rozmaite wydawnictwa książka – Walden – czyli życie w lesie. Cytaty pochodzą właśnie z tej książki.