Chcecie wiedzieć jak należy walczyć z rakiem, to wam powiem.
Z rakiem należy walczyć w przestrzeni publicznej – w mediach, filmach, serialach, podkastach, na facebooku i Instagramie, w książkach i poradnikach, w gabinetach lekarskich i w korporacjach produkujących hektolitry chemii. Trzeba walczyć ze wszystkim, co o nim mówią i piszą, z całym tym rakowym medialnym szumem, biznesem, hałasem, zasięgiem, teatrzykiem i oszustwem, dzięki czemu wszyscy mamy raka w mózgu. Siedzi tam w postaci największego zagrożenia ludzkości w każdej chwili gotowy do urzeczywistnienia.
Dlaczego tylu ludzi umiera na raka? Dlatego, że na raka się umiera – to jest pierwsze, co przeczytasz w internecie i co potwierdzają wszystkie media. A więc na początek – rak w filmie i serialu. W filmie i serialu rak to doskonały zabójca, wystarczy, że o nim wspomnisz w drugim odcinku a już w trzecim wszystkich zabił.. Ta ciocia już nie wnosi nic nowego do fabuły, zrobiło się nudno w scenariuszu więc buch – rakiem w ciocię i wątek cioci się zamyka. W filmie nawet szybciej. Przychodzi baba do lekarza a lekarz na to – zostało pani 3 miesiące życia. A jeżeli trzeba pędzić z akcją – to tydzień. Kobieta wygląda normalnie, gada normalnie, coś tam ją głowa pobolewa, ale nie ma przeproś. Na zdjęciu widać tego raka, jaki wielki. Dziwne, że ona w ogóle jeszcze chodzi. W następnej scenie już nie chodzi, leży łysa pod kroplówką i wszyscy wiedzą, że to koniec. Znika z ekranu.
Ale filmowy rak może się także wykazać jako postać wiodąca. Przez dwie bite godziny patrzymy, jak się umiera na raka. Żeby każdy wiedział, co go ominęło albo co go czeka. A więc na początek ta diagnoza straszna, potem po kolei każdy w rodzinie odwala łzawe odwiedziny, najlepsza przyjaciółka przynosi perukę i gada od rzeczy, że wszystko będzie dobrze, ale przecież wiadomo, że nie będzie. Lekarz kręci głową, ksiądz odczynia modlitwy, prawnicy biegają z testamentem, w zasadzie nie różni się to wszystko od morderstwa w zwolnionym tempie. Ja sobie nie przypominam filmu o raku, w którym ktoś wyzdrowiał, film o raku to jest film o tym, jak ktoś umarł i nie było dla niego nadziei. Gdyby nie umarł, film byłby klapą. W zasadzie rak i śmierć w historii kina to jedno i to samo.
Ale uwaga! Niespodzianka! W serialu „Lekomania” traktującym o firmie farmaceutycznej, która złamała wszelkie etyczne zakazy i wprowadziła na rynek ciężki narkotyk pod hasłem „rewolucyjnej receptury leczenia bólu” – bohaterem pozytywnym jest prokurator, który w trzecim odcinku ma zdiagnozowanego raka prostaty. Przechodzi operację i ku mojemu zdumieniu wraca do pracy jako zdrowy człowiek!!! Nie dość tego – opiera się zalecanemu przez lekarza rzeczonemu panaceum unikając w ten sposób śmiertelnego uzależnienia od leku. Nie uwierzyłam, że nie ma nawrotu dopóki nie obejrzałam do końca!
Odkąd wynaleziono media społecznościowe – rak wszedł w nie jak w masło. Dziwne, że akurat on zrobił taką karierę, bo przecież jest masa chorób równie groźnych, równie okropnych, są parkinsony, stwardnienia rozsiane, wirusy, tętniaki, zawały, mój boże naprawdę do wyboru do koloru! Ale rak jest na prowadzeniu. Rak to gwarantowana sensacja, a nic się tak dobrze nie sprzedaje jak sensacja i cudze nieszczęście. Dawniej ludzie chodzili oglądać egzekucje, dzisiaj oglądają chorych na raka. Taki sławny, a zachorował. Śmierć nie wybiera i tak dalej. I to wsparcie płynące od fanów, to współczucie powszechne dla ofiary bladej, zmienionej, przemawiającej słabym głosem spod kroplówek, te wielkie akcje pomocy, wielka wspólna modlitwa, koncert charytatywny, wszystko na nic, bo i tak umrze. Patrzcie, jak wygląda. Jaka różnica po tygodniu, jak schudł, jak wyłysiał, jaki biedny, jaki nieszczęśliwy, jakie to straszne. Człowiek odchodzi, zostaje rak! Rak Patricka Swayze na przykład. Znany i po wielekroć odgrzewany, wieczny i niezwyciężony. Oburzajcie się na mnie, ale mam was gdzieś – to wszystko tylko umacnia zbiorową świadomość, w której rak jest czymś potwornym, nieuleczalnym, nieodwołalnym, ale przecież trzeba walczyć do końca. I z tym też się nie zgadzam, z tą walką.
Dlaczego? Dlatego, że walczyć z nim należy wszędzie, tylko nie we własnym organizmie. Tam trzeba z nim rozmawiać tak samo, jak z własną chorą nogą albo gardłem. Czy jesteśmy przeciwko swojej nodze? Komórki rakowe są tak samo nasze jak komórki skóry albo krwi. Rak to dysonans w komórkach, a nie wirus. Rak chciał dobrze – mówią o tym wszystkie książki, których czytanie nie jest w interesie ogólnie przyjętego wyobrażenia o raku. Dlatego właśnie z ogólnie przyjętym wyobrażeniem raka trzeba walczyć a nie z rakiem w sobie. Bo rak jest częścią nas – jak płuca, nerki albo uszy. Jesteśmy nim i robiąc z niego wroga – pogłębiamy tylko wewnętrzną sprzeczność i niszczymy samych siebie. Ale kto by się tym przejmował, skoro walka jest emocjonująca a publiczność ją kocha.
Rak to słowo horror. Słowo – wyrok. Słowo egzekucja. Do tego jeszcze dodajmy – złośliwy i można umrzeć od samego słowa. Spada na nas, jak topór katowski. Teraz już tylko czekamy na śmierć. Oby nie była bolesna. Zamiast leczenia trzeba się zabezpieczyć przed bólem. Rurka do nosa i jazda na tamten świat. Prosto z ciepłego domu. Wiem, o czym piszę, bo wiem, jak bardzo mnie dopada myśl o tym, że statystyka jest bezlitosna i nie ma ucieczki od twardych danych. Pierwszy telefon, jaki wykonałam po diagnozie był do przyjaciół lekarzy. Powiedzieli mi – pamiętaj, nie musisz cierpieć, dzisiaj na raka umiera się bez bólu, są na to nowoczesne leki i plastry, pomożemy ci z hospicjum. Proste słowa pocieszenia… W googlach przeczytałam, że mieli rację – nie mam szans, ale faktycznie plastry są bardzo skuteczne. Chirurg, który równo dwa lata temu przyjmował mnie na operację z pięć razy powtórzył słowo „złośliwy” i dawał mi osiem miesięcy życia. Wychudzony Patrick z czarno białą Anią Przybylską dopełnili koszmaru. W pierwszym odruchu każdy postrzega prawdę, jako opinię większości.
Tymczasem prawda to nie jest głosowanie – jak mówią w koreańskim serialu. 95 procent naszego umysłu przejęły programy pochodzące z zewnątrz. Głos, który mamy w głowie w większości przypadków nie jest naszym głosem. Im bardziej wydaje się powszechny, tym bardziej jest podejrzany!!! Komuś zależy na tym, żebyśmy żyli w nieustannym lęku przed rakiem. A gdybym powiedziała, że ta gigantyczna spirala nakręcona przez biznes farmaceutyczny jest spowodowana obawami o spadek obrotów?? Odkrycia i badania z zakresu psychologii, epigenetyki i neurobiologii wykazują, że to, co niedawno było uznane za cud uzdrowienia jest w istocie procesem mającym naukowe podstawy. Takie rewelacje to realne zagrożenie dla zysków, dla autorytetów, dla przemysłu farmaceutycznego, dla programów studiów medycznych. Badania naukowe niemające na celu produkcji nowych specyfików nie są ani reklamowane ani sponsorowane przez koncerny. Patrząc przez pryzmat owych odkryć widzę, jak bardzo lekarze są zindoktrynowani przez schemat, jak desperacko pragną nam uświadomić skalę zagrożenia chorobą, nawrotami, przerzutami, jak każdą słabość wykorzystują, żeby udowodnić daremność wszelkich niemedycznych argumentów, jak nas spychają w ciemność. Nie robią tego na złość, w końcu to rak jest złośliwy, nie medycyna… I to jest jeszcze bardziej dołujące, to kiwanie głowami – no cóż – robimy co możemy, ale statystyki są nieubłagane. Tymczasem ilość wyjątków potwierdzających świętą regułę wymyka się spod kontroli! To już nie jest precedens, to są całe tomy książek, publikacji, świadectw, dowodów na to, że nie ma nieuleczalnych chorób, są tylko nieuleczalni pacjenci. Oprócz fizyki newtonowskiej podważającej istnienie wszystkiego na czele z materią podważane są teraz odwieczne „prawdy” dotyczące genów, neuronów w mózgu, łańcuchów DNA – wszystko nagle się zrobiło relatywne, żywe, zmienne. Żyjemy w czasach, kiedy nic już nie jest takie pewne, jak było. Podważalność praw jest znakiem firmowym 21 wieku. Takie pojęcia jak śmierć, materia, czas – straciły wszelką dotychczasową moc, mogą się okazać złudzeniem. Jedyną rzeczą niepodważalną jest siła ludzkiego umysłu, czyli inaczej energia informacji w naszej świadomości. Reszta jest tylko jej tworem. Ta energia jest potęgowana przez pozytywne emocje takie jak miłość, wdzięczność i radość. Tak naprawdę tylko one realnie mogą zmienić rzeczywistość. Podobnie jak lęk może ją zamienić w koszmar.
Dlatego jest rzeczą obrzydliwą trwająca legalnie ofensywa śmiertelności chorób, na które, zanim umrzemy – musimy brać lekarstwa zaprogramowane przez system. System zagnieżdża się w naszych umysłach bombardowanych przez media. Dostępność trujących przekazów jest powszechna, darmowa i permanentna. Dajemy się przekonać. Następuje idealna zgodność pomiędzy tym, co myślimy a tym, co mamy zaprogramowane – brawo! Rak przebiega dokładnie tak, jak to opisują oficjalne źródła. Atakuje wskutek złych genów, rozwija się, bo jest agresywny i złośliwy, zwalcza się go za pomocą leków a on wraca ze zdwojoną siłą i kolejne leki sprawiają, że śmierć nie jest bolesna. Za to, (w przeciwieństwie do całej masy cichych zgonów) – bardziej medialna. Oto doskonała symbioza umysłu ze statystyką. Kto się wyłamuje, ten ląduje na peryferiach galaktyki, pośród cudownie uzdrowionych wyjątków potwierdzających nieubłagane, newtonowskie reguły fizycznego świata.
Piszę to, bo wiem, jak łatwo popadam w zwątpienie. Jak każdy gorszy dzień strąca mnie w otchłań przerażenia, jak trzydniowa gorączka potrafiła zburzyć cały z trudem postawiony gmach wiary w pełne wyzdrowienie, jak przeżywam każde kontrolne badanie. A przecież nie ma żadnego znaczenia stopień zaawansowania choroby. Im bardziej medycyna jest bezradna, tym dobitniej wszystko wskazuje na konieczność wypróbowania własnych mocy. Uzdrowienie jest rezultatem diametralnej zmiany samego siebie, rewizji własnych przekonań, lęków, traum, uwarunkowań. I wtedy nie ma znaczenia stadium, rozległość, wielkość, nie mają znaczenia żadne rokowania. Paradoksalnie im gorzej tym lepiej, bo kiedy lekarzom kończą się pomysły – pozostaje już tylko wiara we własne możliwości, a te są OGROMNE! W obliczu zmasowanego ataku autorytetów, faktów, plotek, mediów, statystyk stajemy z naszą pięcioprocentową częścią umysłu, który pozostał niezainfekowany i szukamy potwierdzenia swojej boskości, mocy i wewnętrznej prawdy. Prawdy, która nie wynika z doświadczenia, lecz je dopiero stwarza. Nie jest pochodną wiedzy, istnieje w nas od zawsze i potrafi przebić każdy mur. Mur, podobnie jak łyżka – nie istnieje. Codziennie rano budzę się i widzę ten mur przed sobą i nie wstanę, dopóki sobie nie wyobrażę, jak znika.
Jeśli jednak ktoś z mojego tekstu wywnioskuje, że nie ma sensu się leczyć – to źle wywnioskuje. Należy się diagnozować, leczyć i cieszyć z postępów medycyny. Ale twierdzę, że żadne leczenie nie przyniesie rezultatu jeśli w nie nie uwierzymy. Siła umysłu, a więc przekonanie o tym, że można wyzdrowieć, że żadna choroba nie jest śmiertelna ani żadna diagnoza ostateczna, że problem leży w nas samych, że nie jesteśmy ofiarami lecz przyczyną tego, co się nam wydarza – to są podstawy, bez których wyzdrowienie nie ma szans. Lekarze tego nie mówią, bo z jakichś pokręconych powodów widzą w człowieku, który mocno wierzy – konkurencję dla medycyny. Obawę o to, że istnieje coś większego niż nauka, wiedza i doświadczenie. I o to, że spadnie na nich odpowiedzialność za słowa niepotwierdzone badaniami albo sprzeczne z aktualną diagnozą. Od tego są księża. Którzy widzą w chorobach głównie karę boską a w chorym – ofiarę za grzechy własne lub sąsiada. Zarówno księża jak lekarze – mają gigantyczną siłę przekonania i boją się jej używać, bo sami są zaprogramowani, ich głos jest także głosem systemu. Dwa największe autorytety usankcjonowane i mocno osadzone w świecie rzeczywistym boją się choćby wspomnieć o tym, co stanowi podstawę uzdrowienia.
Dwa razy podczas przebiegu choroby usłyszałam coś, co bardzo chciałam usłyszeć. Przyjaciel lekarz po przejrzeniu moich badań kończących chemioterapię ( przerwałam ją na własne życzenie) – napisał – jesteś zdrowa. Wcześniej lekarka, która mnie na tę chemię przyjmowała stwierdziła – dawać ją! Ma szansę! Być może nie są świadomi tego, jak bardzo te dwa zdania utkwiły mi w pamięci i pomogły przetrwać każdy kryzys i pogorszenie samopoczucia, jak bardzo się okazały kluczowe i ważne. Poza tym słyszałam już tylko o możliwości wznowy, o przerzutach i zagrożeniach. O tym, że jestem w grupie najwyższego ryzyka…
Żeby odtrącić boskie i naukowe argumenty na rzecz głosu zakrzyczanego przez 95 procent zbiorowej świadomości trzeba być mocno zdeterminowanym na życie. Ale te 5 procent nieskażonego doświadczeniem, autorskiego umysłu jest w przeciwieństwie do całej reszty nabytych plików – nieusuwalne. To nasz własny głos, głos sprzężony z energią serca – odwieczny, uparty, najważniejszy. Każdy go może usłyszeć i uciszyć. Albo usłyszeć i uciszyć całą resztę. Podporządkować 95 procent programów z zewnątrz 5 procentom naszych własnych szans na przeżycie i to w zasadzie wystarczy, by przeżyć.
Joe Dispenza – Efekt Placebo.
David Hawkins – Przywracanie Zdrowia
Andreas Moritz – Rak to nie choroba a mechanizm uzdrawiania
Anita Morjani – Umrzeć by stać się sobą.
Bruce Lipton – Biologia Przekonań
Joseph Murphy – Potęga podświadomości
Gabor Mate – Kiedy ciało mówi – nie.
Anke Everetz – Nieskończoność w tobie
Patrick Obissier – Zrozum swoje choroby
Karl Gustaw Jung – Odpowiedź Hiobowi