DELIRIUM TŁUMU czyli błąd Chrystusa – Dziennik 2011

28 września 2011

Dzienniki Iwaszkiewicza czyta się, jak wodę i nie wiem, czy to komplement. Całe życie czytam Dzienniki i piszę dzienniki. Szkoda czasu na ludzi, którzy nie istnieją. Wiem, wiem, są sensy głębsze w historiach zmyślonych a postacie fikcyjne bywają złożone. Czytelnik się z nimi utożsamia, leczy lub zapada głębiej na swoje ulubione choroby, ale w moim pojęciu śledzenie skomplikowanych wątków, które się komuś ulęgły w głowie to dodatkowe, niepotrzebne obciążenie i puste bajty w mózgu, jak puste kalorie w piwie.  Dziennik jest prawdą czyjegoś konkretnego życia, nawet jeśli tylko dotyka owej prawdy, nawet, jeśli cały został napisany wyłącznie po to, żeby ją ukryć. Wtedy prawdą jest to, co zasłania. Dzienniki są zazwyczaj pełne rozczarowań, ułomności, pretensji do świata, poczucia, że jest się niekochanym albo niezdolnym kochać, osaczonym i jednocześnie niezauważonym, niedocenionym i równocześnie genialnym. Cała ja! Od razu mi lepiej. Z tym się utożsamiam, to mnie leczy lub sprawia, że zapadam głębiej na swoje ulubione choroby. W rankingu zwycięża Gombrowicz, a najgorszy dziennik jaki czytałam, napisał Lechoń. Napisał i skoczył z dwunastego piętra. Lektura dziennika to elegancka forma żerowania na prywatności, elegancka, ponieważ owa prywatność została jednak poddana gruntownej autoryzacji. Każdy ma taką Vivę i Życie na Gorąco na jakie zasługuje. Czytam więc i zaprzyjaźniam się z autorem czując braterstwo dusz w pełnym tego słowa znaczeniu, bo większość z nich, kiedy to czytam, posiada już tylko duszę. 

I oto nagle ten sam autor, przyjaciel, o którym tyle wiem, którego przejrzałam do trzewii i zdążyłam zrozumieć – ten sam autor pisze powieść, wprowadza wymyślonego bohatera, nie daj Boże jeszcze imieniem Marek albo Andrzej i od pierwszej strony usiłuje mi wcisnąć kit w rodzaju „Andrzej poprawił krawat i wbiegł na schody.” What a fuck???

Szczególnie polskie powieści budzą moje podejrzenia. Pewnie ich za mało czytam, ale mam tak niewiele czasu na czytanie, że pomyłka nie wchodzi w grę. Czytam tylko genialne dzieła, a Dzienniki znakomitych pisarzy w większości to gwarantują.

Wracając do Iwaszkiewicza, życiorys miał nieczysty politycznie, grał na wiele frontów i jego proste szczęście miało swoją niechlubną cenę. Nie mógł się także zdecydować w kwestiach seksu, co akurat go uczłowiecza i o czym teraz wszyscy się rozpisują jakby nie wiedzieli, że interseksualność jest tak stara jak rodzaj ludzki. A więc na pewno nie Iwaszkiewicz był pierwszy. Pełną publikację jego zwierzeń zawarto nareszcie w zakupionym przeze mnie Dzienniku bez cenzury, a dziennik jak to dziennik sprawił, że polubiłam gościa. Żali się ciągle na wszystko i rozterki ma jak każdy pisarz, głównie nie może się zdecydować, czy inni ludzie są mu potrzebni do szczęścia, czy nie . To mu nadaje rys denerwującej cioty bardziej, niż homoseksualne skłonności. Większość pisarzy nie ma podobnych dylematów, nie pragną towarzystwa, przynajmniej nie we własnym domu.  Pisarze są bardzo tolerancyjni w stosunku do innych, zgadzają się na ekstremalną inność innych, byle nie pod wspólnym dachem. Pisanie jest czynnością intymną wykonywaną bez przerwy. Wtedy, kiedy nie piszą, pisarze myślą całymi zdaniami. Dlatego wizyty gości, katastrofy, wojny i inne kataklizmy postrzegają w kategoriach zakłóceń, które im przerywają pisanie.

Niestety mam szansę na gościa w sobotę. Przyjeżdża na grzyby. Zdejmuje mnie trwoga na myśl o tym, że ktoś siedzi ze mną w kuchni i nigdzie się nie wybiera. Powiem, że nie ma grzybów, tak powiem. I te dziesiątki pięknych jak świeże bułki prawdziwków zjedzą brzydkie robale. Trudno, życie to nie tylko zupa grzybowa. Jak mam zapraszać ludzi do domu, który jest tak mały, że nie ma gdzie się schować? No jak??

Pustelnik to charakter, ale także rodzaj męski. Tatuś pustelnik zostawia mamusię i pisze „Wyznania”, a mamusia pustelnik odchodzi z dziećmi, psami, babcią, kuzynką biedką i tak dalej. Taka to pustelnia.

Przy okazji rozważań o gościach, wielopokoleniowej rodzinie, wielotysięcznych manifestacjach, zlotach, piknikach i zbiorowych modłach przeczytałam w książeczce o pięknym tytule „Bóg wewnętrzny” Aldousa Huxleya takie oto krzepiące sformułowanie, mianowicie – „Delirium tłumu”. Nic dodać nic ująć, a jednak dodam, bo temat jest mi wyjątkowo bliski. Błąd Chrystusa (chociaż założę się, że to sprawka kościoła, nie pierwsza i nie ostatnia w kwestii ewangelii, nikt tego przecież nie nagrywał ) polegał na afirmacji gromadzenia się  jako czegoś, co zwielokrotnia energię sprawczą – jak się to dzisiaj nazywa. Gdzie dwóch lub trzech zbiera się w moim imieniu – pośród nich jest Bóg – tak to jakoś brzmiało.

Huxley pisze –„gdy liczba osiąga dwa lub trzy tysiące, albo dziesiątki tysięcy(…) – a każdy tłum automatycznie się ekscytuje – nie będzie nie tylko boskości, ale nawet zwykłego człowieczeństwa. Fakt należenia do masy pozbawia człowieka świadomości bycia oddzielną jaźnią i ciągnie go w dół w obszar mniej niż osobowy (…) ” I dalej – „tę dehumanizację można wykorzystać do konsolidacji sił religijnych i politycznych. ”

No właśnie, o to chodzi, o konsolidację siły. A co ma siła do sprawczej energii?  Tyle co grawitacja do kontemplacji.  Rozemocjonowany tłum to jednak pełnia chrześcijaństwa według kościoła. Jak nie tłum, to chociaż grupa – zastęp – oaza – zakon. Byle nie sam na sam z panem Bogiem. Albo co gorsza ze sobą. Nie, nie i jeszcze raz nie!  Jak miłość – to do bliźnich, jak modlitwa, to wspólna, i te majówki rozśpiewane, ci księża z gitarami, pielgrzymki, procesje, komunie. Chrześcijanie to działacze, ludzie czynu! Wszystkich muszą zaraz nawracać, za wszystkich cierpieć. Bez tłumu nie ma chrześcijanina, poznajesz go po rzędach dusz. A taki mnich buddyjski żyje sobie w cieniu dobrego drzewa i ma w dupie działalność. Kocha bezosobowo. Nic go nie rusza do końca, nic do końca nie cieszy. Nie walczy o niczyje dusze, ma na to wyjebane. Całymi dniami nie robi nic, nie rozmawia z nikim, nikogo do niczego nie potrzebuje. Trudno by go było odróżnić od drzewa, gdyby nie obłok kwantowy nad głową. 

Największa w ostatnich czasach zbiorowa histeria połączona z agitacją odbywała się w naszym kraju przy okazji wizyt papieża Polaka. Ulegając, a jakżeby nie – powszechnej ekscytacji jego osobą porwałam składany stołeczek i ruszyłam na Błonia. Daleko nie było, jakieś 15 minut spokojnego marszu.  Z tym, że nie był ci on spokojny. Już za pierwszym rogiem poczułam, jak mnie porwała rzeka. Próby wyrwania się z jej nurtu były równoznaczne ze śmiercią przez stratowanie. Pielgrzymi dysząc, furgotając chorągiewkami w kolorze cytrynowym, taszcząc krzesła, parasole, koce i poduszki, butelki z wodą i plecaki z prowiantem, wlokąc sponiewierane dzieci parli do przodu, a im bliżej celu, tym natarcie stawało się brutalniejsze. Starych i słabych spychano na obrzeża, rozłożyste baby i silne chłopy roztrącały szpaler i zajmowały dostawiane ławki walcząc o zachowanie odstępu, o ten odstęp toczyły się rynsztokowe kłótnie, leciały wyzwiska, dzieci zawodziły coraz donośniej a zdezorientowany helikopter krążył nad nami jakby pomylił misje. Powinien był zrzucić worek z napalmem zamiast opuszczać na ziemię kruchego starca z pastorałem.

Ostentacyjne wyjście z imprezy było jednym z najbardziej heroicznych powrotów w moim życiu, bardziej nawet niż szeroko komentowane opuszczenie przeze mnie pewnych urodzin o drugiej w nocy w stanie wojennym. (Wtedy postanowiłam wrócić z Czarnowiejskiej na Warmijską. Nocowanie w obcym miejscu, bez szczoteczki do zębów i czystej pidżamki na podłodze z bandą upalonych świrów było dla mnie nie do zaakceptowania, a trochę straciłam poczucie czasu. Rzecz jasna pierwszym samochodem, który się zatrzymał na moje skinienie był radiowóz. Wpakowałam się do tego radiowozu razem z moim ogromnym, zabłoconym psem i chłopaki mnie zawieźli do domu. Pomyśleli, że nie jestem przy zdrowych zmysłach, albo mam ojca prominenta, bo kto w czasie godziny policyjnej w wyludnionym, sterroryzowanym mieście prosi milicję o podwózkę z imprezy? Zwłaszcza, że imprezy były zakazane i mogłam wylądować w kazamatach UB, jak Janda w „Przesłuchaniu)

Ale nadal utrzymuję, że to był pikuś w porównaniu z przedzieraniem się przez zbity szpaler żądnych papieża Polaka Polaków w kierunku przeciwnym do wskazówek historii.

Kiedy nareszcie dotarłam do domu miałam podartą kurtkę i wyglądałam jakbym skakała z pociągu. Cała w kurzu, poobijana tymi krzesełkami, z twarzą pełną zadrapań od cudzych zamków i guzików. W domu nalałam sobie wody do wanny i leżałam długo próbując zmyć z siebie pył bitewny a skóra piekła mnie jak po chłoście.

Pamiętam też pewien upiorny koncert, na który mnie zaprowadził narzeczony undergroundowiec. Było tak samo, jak na Błoniach z papieżem, tylko pora nocna i zamiast papieża ryczące techno na scenie. Ludzie jak robaki włazili na tę scenę a ochrona spychała ich w przepaść. Weszliśmy na górę po metalowych schodach, stromych, krętych i ażurowych. Muzyka rozsadzała bębenki, odróżniałam tylko rytm basów. Z wysokości drugiego piętra patrzyłam na zbity tłum wprowadzony w trans za sprawą owych basów i oświetlony prosektoryjnym błękitem migającej stroboskopowej lampy.  Ciasno stłoczone ciała podrygiwały w nieokreślonych konwulsjach, otchłań piekielna to przy tym imieniny panny Niny. Wartość takiej pozornie stężonej, ludzkiej energii w kategoriach tego, od czego zaczęłam – tak zwanej sprawczości – sprowadzała się wyłącznie do zabójstwa. Na przykład stratowania kogoś, kto nagle zasłabł i osunął się na ziemię. Dokładnie to samo groziło mi podczas ucieczki z krakowskich Błoń. 

Delirium tłumu zawsze budziło we mnie wstręt i obrzydzenie niezależnie od okoliczności.

„Intelektualiści z całego świata – jednoczcie się! Nie macie nic do stracenia prócz mózgów” – pisze na zakończenie swojego wykładu Aldous Huxley.

Zawsze miałam wrażenie, że papież mógł ten ogłupiony naród poprowadzić, gdzie chciał. Na śmierć, na wolność, na rzeź, na wojnę i zatracenie, gdzie chciał. I myślę, że dobrze to wiedział.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.