11.12.2022
Czytam Kafkę – Dzienniki, Mrożek też czytał. Kiedy w 2016 moje życie osiągnęło apogeum stresu czytałam Mrożka. Dobrze, że wtedy nie czytałam Kafki. Kupiłam go niedawno, dwa tomy i pasują idealnie do Dziennika z tamtego czasu. Co jest kolejnym dowodem na to, że czas to sztuczny twór. Wokół same afirmacje i medytacje szczęścia, a ja się zastanawiam cóż by ten Kafka napisał jako tryskający optymizmem neofita z pozytywnym myśleniem? Nic by nie napisał, ale może by se pożył. Wygląda na to, że albo se chcemy pożyć albo tworzyć.
8 grudnia 1919 Kafka.
Cierpienie i radość, wina i niewinność niczym dwie nierozłącznie splecione ze sobą dłonie, trzeba by je przeciąć przez ciało do krwi i kości.
2 stycznia 2016 – Ja
Nowy rok zaczynam tonąc w długach za uratowane psy, którym jednakowoż statusu uratowanych nikt nie odbierze, stało się. Nie to chciałam napisać, nie szkodzi. Jest noc, mróz minus dwanaście stopni, ponoć najcieplejsza zima dekady, że jak? Zamarzły poidła, pękł wężyk od prysznica a jutro niedziela. Powiedziałam 7 tysięcy za obraz i zobaczymy co z tego wyniknie. Wyniknie połowa, jak dobrze pójdzie, albo nic, jak pójdzie źle. Nie wiem, czy źle. Takie połowiczne zwycięstwo to też klęska. Lepiej nie musieć malować wcale niż się męczyć za pół ceny. Przede mną jeszcze 10 lat aktywnego życia, potem aktywność zacznie się przenosić do mózgu. Reszta członków zamrze, nie mylić z „zamarznie”. Dzisiaj można pomylić. Idę dołożyć.
19 lutego 1920 – Kafka.
Prąd, pod który się płynie jest tak szalony, że nieraz człowiek w swoistym roztargnieniu jest zrozpaczony przez monotonny spokój, pośród którego się pluska, gdyż tak nieskończenie daleko poniosło go w chwili niepowodzenia.
3 stycznia 2016
Czytam Bobkowskiego – Szkice Piórkiem i widzę, jak mało jest na świecie inteligentów. Inteligent, jak mówił chyba Tyrmand albo Kisiel, głowy nie dam, to „człowiek z przedwojenną maturą znający łacinę”. Takich już chyba nie ma, wymarli po prostu. Kiedyś podział był oczywisty, inteligent trzymał się osobno, jak księgarnia była osobnym sklepem. (Mam na myśli to, że nie sprzedawano tam naczyń i poduszek, żeby ktoś przy okazji kupił książkę). Salony się nie mieszały z remizami i nie gardziły sobą wzajemnie, bo z jakiej przyczyny??? Teraz nie ma żadnych podziałów, bo każdy jest tylko nabywcą. W sytuacji, kiedy o wszystkim decyduje popyt próbowano budować pomost pomiędzy tym co popularne a tym co wartościowe. Pomost rzecz jasna się zawalił grzebiąc wartość pod ciężarem popularności. Jak wywrotka z piachem wysypana na pojedyncze perełki. Nie da się równać do góry, równać można tylko do dołu. Ogólny poziom werbalizacji stopniowo i konsekwentnie się obniża, chociaż wydaje się masę książek, a do sieci trafia codziennie milion wywrotek wypełnionych po brzegi słowami, bo przecież możliwość publikacji ma każdy. Popularność przekłada się na zysk, duża ilość lajków otwiera drogę do bycia reklamą reklam, a dobra reklama to niebagatelne pieniądze. Pieniądze oznaczają sukces, warunkują go i definiują. Kultura niewiele ma wspólnego z zyskiem, tak się kiedyś wydawało, ale już się nie wydaje, bo teraz dobre jest to, co się dobrze sprzedaje, a co się niedobrze sprzedaje jest niedobre. Elitarność zaczyna być tym samym co anonimowość, dlatego nowe pokolenie inteligentów nie osiąga sukcesu w takim znaczeniu, w jakim się go obecnie rozumie. Można powiedzieć, że już za życia trafiają do piachu, czyli tam, gdzie przedwojenni inteligenci trafili po śmierci.
24 stycznia 1922 Kafka.
Jeśli istnieje wędrówka dusz to ja nie jestem jeszcze nawet na jej najniższym szczeblu, moje życie jest tylko odwlekaniem czasu narodzin.
6 stycznia 2016 Ja.
Śniło mi się, że głośno deklaruję: nie będę więcej rysować, skończyłam z rysowaniem. Gdzieś głęboko tkwi myśl wypowiedziana głośno przez Małgosię Kożuchowską – ikonę polskich szmatławców, mody, stylu, seriali, blondynek i Bóg wie czego jeszcze, ale przecież nie aktorstwa. Powiedziała – w ogólnym rozrachunku zawiodłam się na byciu aktorką. Ten zawód mnie rozczarował, nie tak to miało wyglądać, jestem zmęczona, zniechęcona itd. To mniej więcej powiedziała, a komentarze były – ile jeszcze chcesz zarabiać, żeby było, jak sobie wyobrażałaś? A to przecież W OGÓLE nie chodzi o pieniądze. Chodzi o status artysty, takiego, którego nikt nie kwestionuje, na którego ludzi stać, albo nie stać, ale nie jest popychadłem, nie ma poczucia, że musi grać co oferują, rysować, co zamawiają, wyglądać, jak oczekują, żeby istnieć. Kiedyś aktor był po prostu aktorem – jak Jerzy Trela. Trela chodził po Krakowie nie zwracając niczyjej uwagi, pił kawę w Rio na Jana, odwiedzał speluny, nosił wojskową kurtkę i grał takie role, że sam Pan Bóg stawał w kolejce po bilety. Dzisiaj artysta bardziej jest towarem niż wirtuozem, marką niż indywidualnością. Wykształcony, zdolny aktor potrafi bardzo dużo zagrać, jak dobry malarz namalować, ale najczęściej gra albo maluje ciągle to samo, żeby się utrzymać na rynku. Rynek rządzi, nie ten z Sukiennicami, tylko ten z remizą. Największy zawód w życiu? – zawód aktora – Kozi zawsze tak mówił.
Zniechęcenie. Kto wie, może to nawet i depresja? Słodka depresja, z premedytacją pastwię się nad swoją porażką, starością, separacją na własne życzenie i za zgodą mojej samotniczej duszy. Jest przejmująco, jest tęsknie, słychać wycie.
20 grudnia 1921 – Kafka
Wiele wycierpiałem w myślach.
7 stycznia 2016 – Ja.
O jakże bym chciała niczego już nie musieć robić. Niczego już nie rozpoczynać, niczego nie zmieniać. Nie wychodzić z domu. Zakisić się tutaj, zastać, zastygnąć, w sumie umrzeć. I dalej już żyć po swojemu, w ukryciu, w cichym grobie. `
Nie ma Maćka i nic, prócz śmierci mi go już nie wróci, to też mnie skłania ku temu, żeby umrzeć bez sztucznego przedłużania całej tej szamotaniny. Jest taka chwila, i ja to dobrze rozumiem, kiedy, aby żyć dalej, trzeba się pożegnać z ciałem. W ten sposób dłużej się już nie da, nic się już z tego ciała nie wyciśnie. Nadchodzi czas, aby usiąść na przyzbie i patrzeć przed siebie, ręce spleść na podołku i nic. I trumna chłopska.
Oczom dobrze jest w ciemności, ciału, kiedy leży, drzewom rozłożystym, kiedy rozłożone. Ach, uciekłabym w jakiś niebyt.
25 stycznia 1922 Kafka.
Jeślibym powiedział, że mnie opuściłaś to byłoby to bardzo niesprawiedliwe, jednakże to, że byłem opuszczony a czasem niemiłosiernie opuszczony jest prawdą.
15 stycznia 2016 – Ja.
Dalej nic nie zapłacone, dalej 59 psów pomimo dziesiątek adopcji. Głupota, z którą mam do czynienia na co dzień przerażająca. Ten narodek ciemny, zakiszony, podły, marny, kiczowaty, niepiśmienny. Komu ja mam oddawać te psy? Psy doskonałe, którym oni do pięt nie dorastają, jak mam oddawać?
Jutro Kraków, we środę jakieś gminy i zeznania na policji, we czwartek Warszawka. Obraz idzie całkiem nieźle i za niezłą cenę.
2 sierpnia 1914 – Kafka.
Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. – Po południu nauka pływania.
16 stycznia 2016 – Ja.
Menopauza- upierdliwe to, ale nie łykam tych wszystkich lekarstw i suplementów, które zamieniają bóle w plecach na nudności a depresję na obstrukcję, na którą jest osobna tabletka. Niczego nie zażywam, a huśtawki nastroju mam w zależności od stanu konta. Hormony tego nie przebiją. Jestem silna, dźwigam 15 litrowe kanistry, 20 kilogramowe psy, targam widłami hałdy siana i gówien codziennie, potem się dziwić, że mnie plecy bolą. To nie menopauza to brak pauzy.
30 sierpnia 1912 Kafka
Gdy dzisiaj po południu leżałem w łóżku i ktoś szybko przekręcił klucz w zamku, przez chwilę miałem zamki na całym ciele niczym na balu kostiumowym, i co chwilę to tu, to tam jakiś zamek otwierał się lub zamykał.
17 stycznia 2011
Jeden dzień w Krakowie. Objechałam 320 km w śniegu i mgle. Czytam Bobkowskiego i on faktycznie genialny jest. Jedna książka, ale więcej nie musiał napisać. Ja też napiszę jedną. Już napisałam. Mogę siedzieć i pierdzieć w stołek. Książka zaliczona. Tymczasem biegam jak szalona od psa do psa, maluję, piszę i dziergam życie jak pustą skarpetę. Coraz dłuższą coraz bardziej w związku z tym – pustą. Mam kaca. Przyjechałam o 10 wieczorem półżywa ze zmęczenia i zjadłam coś, co kupiłam przed wyjazdem. Najpierw ohydną pizzę za 30 zł. Żeby rozpuścić to świństwo wypiłam 2 kieliszki wina duszkiem. Następnie poprawiłam makaronem z półsurowym tuńczykiem, całość polana olejem ze śniętej ryby. Jak można się żywić gotowym żarciem? Na trasie zatrzymała mnie policja i dmuchałam w balonik, to nie było ważne, bo przecież nie piłam, tylko to, że zatrzymali mnie obok tego przepięknego drewnianego kościoła w Mnichowie. Był jak z bajki wigilijnej, w czapach śniegu, niezmącony zaparkowanymi autami ani nawet śladem stóp przed wejściem. Zachwycający. Kościoły są najpiękniejsze, kiedy są puste. I takie powinny pozostać już na zawsze.
18 stycznia 2016 – Ja.
Mama wygląda trochę przedśmiertnie, ale pięknie. Schudła. Ma poskręcane, stare dłonie, nareszcie mi się podoba, nareszcie od niej bije ta głębia człowieczeństwa a nie odpust, jarmark i kolorowe szkiełka. Na starość chcę być biała, a nie czarna. Ale ona w tej czerni, w 86 roku życia wyszlachetniała. Twarz ma upiornie ziemistą i bladą ( pety całe życie), oczy podkreślone szarymi obwódkami, zapadnięte, skórę w plamach ale wszystko jak z obrazu mistrza . Ostatni raz była taka piękna jak miała 35 lat a ja siedem. Potem już była tylko okropna.
12.listopada 1914 Kafka.
Rodzice oczekujący wdzięczności od swoich dzieci (niektórzy nawet jej się domagają) są jak lichwiarze, chętnie zaryzykują cały kapitał, jeśli tylko mogą zyskać na procentach.
19 stycznia 2016 – Ja.
Słucham Garbarka, idealna muzyka na taki kosmos za oknem. Każde miasto z tej perspektywy to wrzód na dupie naszej planety.
Zima ma swoje plusy, bardzo ją za te plusy lubię. Zima, taka śnieżna i mroźna jest zimą mojego dzieciństwa, jest czysta jak wtedy była moja dusza nieskalana zwątpieniem. Dzisiaj taką wiarę w życie widzę tylko u psów. W zimie nie muszę tyle sprzątać, nie ma kurzu przed domem, łapy się nie brudzą. Zima jest czasem domowym, a ja kocham czas domowy, dla mnie jest najważniejszy. Zimowe powietrze jest trzeźwe, kosmiczne i czyste. Zima jest próżnią, w której tkwią zamrożone wszystkie zarodki życia. Także te, z których się potem rozwiną strzygi i wilkołaki.
10 grudnia 1911 – Kafka.
Gdy przedwczoraj moja matka wróciła o godzinie pierwszej w nocy od mojej siostry z wiadomością o narodzinach jej syna, mój ojciec zaczął chodzić w nocnej koszuli po mieszkaniu, otworzył wszystkie drzwi, obudził mnie, służącą oraz moje siostry i obwieścił narodziny w taki sposób, jakby dziecko nie tylko się narodziło, lecz miało już za sobą chwalebne życie i swój pogrzeb.
21 stycznia 2011.
Moje 57 imieniny, na imieniny psy się zesrały najpierw na twardo – w kuchni i potem znowu w kuchni, na rzadko, ale taka jest cena spania do dziesiątej.
Obawiam się, że tym razem zrobiła to Truśka, ale ja na Truśkę nie jestem w stanie podnieść głosu no i wszyscy winowajcy dzięki niej zostali ułaskawieni. Moje zasrane laczki oraz dywanik wrzuciłam w zaspę. Wczoraj spędziłam dzień na policji umierając powoli z głodu, bo jadłam tylko kaszkę z mlekiem o 8 rano. Policjant był chyba wyższy rangą, miał jakąś taką nie policyjną osobowość, nie wąsy w rosole dzielnicowy, tylko chłopak w dżinsach z podkrążonymi oczami, wysłuchał co miałam do powiedzenia, przynajmniej tak mi się wydawało. Źle mi się wydawało, wziął sprawę, bo człowiek, który dręczył psa – z zawodu ochroniarz, z wyglądu bandyta, był jego kumplem. Żaden Maciek Kozłowski nie jest wart przyjaźni policjanta z ochroniarzem. Potem pojechałam do gminy w sprawie tego biednego psa, oddanego decyzją wójta z powrotem do ochroniarza bandyty. Sekretarz gminy zachowywał się jakby był najmłodszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, protekcjonalny i bezpośredni zarazem, ale nic nie załatwiłam, bo też się znał z policjantem i ochroniarzem, co rzecz jasna nie wyszło w rozmowie, jakże pokrzepiającej i miałkiej. Był z siebie bardzo zadowolony. W gminach pracuje wielu urzędników mających się za inteligentów z tego powodu, że pracują w gminie. Pomyśleć, że były czasy, kiedy czytałam Joyce’a, a nie wiedziałam co to gmina. Teraz wiem. Gmina pojawiła się w miejsce łaciny i przedwojennej matury.
30 lipca 1914 Kafka.
Dyrektor towarzystwa ubezpieczeniowego „Postęp” zawsze był nad wyraz niezadowolony ze swoich urzędników. Otóż każdy dyrektor jest niezadowolony ze swych urzędników, różnica między urzędnikami a dyrektorami jest zbyt wielka, aby mogła zostać zniwelowana samymi rozkazami ze strony dyrektora i jedynie samym posłuszeństwem ze strony urzędników. Dopiero obustronna nienawiść przyczynia się do takiego zniwelowania i sprawia, że całe to przedsięwzięcie staje się kompletne.
27 stycznia 2016 -Ja.
Czytam Suzuki o Zen, czy też zazen, chuj go tam znajet, prawda jest symfoniczna. Tym samym jest nauka pana Suzuki, co myśli Marka Aureliusza, co mądrości mędrców chrześcijańskich, Merton, Chardin, Augustyn, każdy kto powąchał Opatrzności wie, o czym mówię. Prawda nie jest wiedzą nabytą ani nie da się jej osiągnąć za pomocą ćwiczeń, jest wolnością przebudzonego człowieka otrzymaną w prezencie za pokorę. To się dzieje samo i obywa bez słów. Każde słowo jest o jednym za dużo.
28 marca 1912 Kafka
Nie powinienem przeceniać tego co napisałem, gdyż przez to czynię dla siebie nieosiągalnym to co dopiero mam napisać.
29.stycznia 2016 – Ja
Mam prawie sześćdziesiąt lat, walczę z całym światem a raty dalej niepospłacane… W powietrzu już wiosna, trzeci koń puka do bram, psy pchają się w kolejce po pomoc a auta nie ma za co naprawić i opał się kończy…
Życie to jest to, co nam każe wstawać rano i brać się do roboty, chociaż ciało najbardziej lubi leżeć pod telewizorem. Nigdy nie widziałam sensu ani przyjemności w leżeniu pod telewizorem a teraz leżę codziennie, pomimo tego, że telewizor najczęściej mam wyłączony.
6 listopada 1917 Kafka.
Oczywista niemoc.
4 luty 2016 -Ja.
Dziwaczny przełom.
6 luty 2016 – Ja.
Śniło mi się, że mam nowiuteńkie, piękne auto, z odkrytym dachem, w moim wmarzonym dla auta kolorze ciemnej śliwki, ze skórzanymi, jasnymi obiciami, takie ładne, że aż obciachowe. Poruszałam się nim bardzo pewnie, nawet cofałam i nawracałam z zaskakującą precyzją . Pierwszy raz w życiu śniło mi się, że prowadzę auto i panuję nad nim. Zawsze mi się dotąd to auto wymykało spod kontroli w moich snach. Cofałam na czuja, zahamować nie mogłam, skręcić też. Tym razem prowadziłam to piękne, „dresiarskie” auto z pełnym profesjonalizmem. Aż się rano nie chciało wysiadać.
Równocześnie wczoraj wieczorem w łazience (tam mnie zawsze dopada czwarty wymiar, wszystkie przeczucia i objawienia nad umywalką), poczułam, że nie jestem tym, co robię. Cokolwiek robię, nie jestem do końca tym. Jestem zawsze gdzieś obok tego. Może jednak lektura stoików coś tu poruszyła, chociaż stoik jest od stania a nie od poruszania. Zawsze mogę to wszystko zwinąć, sprzedać dom, wrócić do Krakowa, mogę zabrać ze sobą psy. Mogę zostawić fundację, buractwo w gminach, które najbardziej ze wszystkiego mnie mierzi, nic mnie tak nie zniewala jak niewola innych. Jest zaraźliwa, osacza mnie. Te potyczki z hyclem i powiatowym lekarzem, z tymi głąbami do kwadratu. Gdzie ja jestem, co ja tu robię?
19. luty 1920 Kafka
Człowiek na swój sposób rozwija się dopiero po śmierci, dopiero wtedy, gdy jest sam. Bycie martwym jest dla jednostki niczym sobotni wieczór dla kominiarza, zmywa z ciała sadzę. Dopiero wtedy widać, czy współcześni zaszkodzili jej bardziej niż ona im, w tym ostatnim przypadku okazuje się, że był to wielki człowiek.
22 luty. 2016- Ja
Koniec ze mną. Już nie piszę, nie rysuję, nie tworzę, mam tylko 70 zadłużonych psów. Wdepnęłam w gówno wielkie jak druga wojna światowa. Jednak zostałam matką Teresą, chociaż mi się zdawało, że po mnie objawienie spłynie jak po kaczce, żadnych klasztorów, tych spraw. Ta karczma Rzym się nazywa, nie ma że boli.
Jest już koniec zimy, kolejnej zimy, widziałam go dzisiaj w telewizji. Dziwne, taki żywy, jak prawdziwy. A to teraz kupka popiołu w cembrowanym dołku. Też mnie tam dosypią do niego. Śnił mi się dzisiaj, ubawiony moją powagą, jak zawsze.
Chciałabym znowu pisać, ale nie mogę pisać o ludziach, bo ludzie generalnie są źli, tępi i sami winni swoich nieszczęść. Nieszczęścia ludzi mnie nie ruszają, a pisarz, którego nie ruszają nieszczęścia ludzi jest bezrobotny.
7 listopada 1921 Kafka.
Każdemu, kto się ze mną poróżni albo dla kogo stanę się obojętny, bądź też irytujący można pozazdrościć ze względu na łatwość, z jaką jest w stanie się ode mnie uwolnić.
22.02 2016 – Ja.
A telefon jak nakręcony od rana, a to pies a to bies. Sam Lucyfer do mnie wydzwania, naczelny hycel rzeczypospolitej. Nie wiedziałam, że aż tak hyclowskim krajem jesteśmy, że z takimi najgorszymi gnidami przyszło mi walczyć, nie wiedziałam, że nasz kraj jest pod okupacją, pod okupacją psiego biznesu. Cała ta walka, poniżenia, ból spowodowany świadomością wszechogarniającego holokaustu zwierząt – jest klasycznym przypadkiem żywotów różnych świętych i bojowników. Którzy postanowili się przytulić do Pana Boga, bo myśleli, że tam będą szczęśliwi. A tymczasem to jest miejsce, z którego dopiero widać całe nieszczęście świata. I siedź tu teraz i patrz…I popijaj drinki z palemką.. nierealne. A tak blisko szczęścia już byłam, tak blisko nirwany, śmierci za życia, błogostanu. Tak odporna na wszystkie pokusy świata i tak zdystansowana. Idealne narzędzie opatrzności do wysyłania na front, w sam środek gówna. Siedzę w nim aktualnie po uszy, a ono mnie zalewa jakby coraz bardziej. Czy samo moje siedzenie w nim ma zbawczą moc? Wałęsę opluli. Wczoraj widziałam film o homoseksualiście, który ocalił świat łamiąc niemieckie szyfry za pomocą prototypu kompa – jego też zajebali. Nie jestem Chrystusem, ale porównanie się ciśnie. Więc według tego scenariusza i mnie zajebią. Po latach się okaże, że jednak miałam rację i działałam zgodnie z sumieniem. Po latach już nie będę żyła. A póki tutaj jestem żywa i łatwa do ustrzelenia pożrą mnie długi w hotelach, zaszczują hycle, zacisną wokół mojej szyi pętle różne urzędy i kontrole. Zostanę zmieciona i okrzyknięta bankrutem. Już zostałam. Bankrutem i oszustem. Pomoc boża zawsze przychodzi za późno.
30 stycznia 1915 – Kafka.
Trzeba istotnie zanurzyć się i pójść na dno szybciej niż to, co tonie przed człowiekiem.
