Pies to charakter a człowiek nie zawsze, czyli Dziennik 2017 cd.

10.02.2017

„[…] nie jest niczym złym ani dobrym, co dotknąć może jednako człowieka złego i dobrego– Marek Aureliusz

Czytam o stoicyzmie. (Sztuka życia wg stoików – Piotr Stankiewicz (nie mylić ze słoikami – taka pomyłka mogłaby kogoś kosztować życie )) Stoicyzm wymyślili stoicy milion lat przed naszą erą. No, prawie. Na przykład taki Aureliusz. Marek. Z zawodu cesarz. Rzymski. Kiedyś myślałam, że będę jeszcze studiować historię i to głównie romańską. Że po tym, jak skończę przymusową akademię, żeby zdobyć jakiś zawód, na przykład portrecisty, zajmę się czymś zupełnie bezużytecznym, na przykład kulturą śródziemnomorską. Czytałam wszystko co się dało na temat dynastii klaudyjsko – julijskiej i następujących po niej różnych Flawiuszach i Antoninach, przeszłam gładko do historii Jerozolimy, przeleciałam trochę po łebkach sporą część Biblii i w miarę uważnie Nowy Testament, traktując natchnione teksty jedynie jako źródło historyczne i co? I nic. Zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko, potem jeszcze raz zaszłam w ciążę, jeszcze raz urodziłam dziecko, potem wyjechałam za mężem na dziką wieś i uciekłam z niej tylko po to, żeby za drugim mężem wyjechać na taką samą dziką wieś, z której już nie bardzo mam jak uciec. Zaiste biblijny scenariusz, a tak się starałam zdystansować! Wracając do Aureliusza, pamiętam go jako postać pozytywną, chlubny wyjątek pośród pozostałej bandy krwiopijców. Nie mordował po cichu i nie miał dziwnych skłonności, za które dzisiaj grozi ciężkie więzienie. To wystarczyło, żeby go ogłosić świętym. Został więc świętym, ale nie naszym, więc się do niego nie modlimy. Może szkoda. Pogoniłby nas od ołtarzy do książek.

12 luty 2017.

Mój ojciec, kiedy robił się senny za kierownicą recytował na głos po łacinie Spisek Katyliny. Czułam się przy nim zawsze niedouczona. Niektórych śmierć przeraża tylko w tym kontekście, że zmarnowali życie na zdobywaniu mądrości, która pewnego dnia znika razem z ciałem, a bywa, że wcześniej.

Wiedza wyparowała z mojego ojca już podczas choroby. Żył nieświadom tej straty. Zupełnie go to nie stresowało, bo w przeciwieństwie do Sokratesa na tym etapie już nie wiedział, że nic nie wie.

Nie da się mądrości uratować i odłożyć na najwyższą półkę a potem jeszcze pamiętać, gdzie leży. Jest albo w głowie, albo nigdzie. Czy na pewno? A może ulatuje do jakiejś internetowej chmury i czeka aż doszlusujemy bez balastu, jakim jest ciało? Klik i mamy to z powrotem.

„Duszyczką jesteś, dźwigającą trupa – powiedział Epiktet” – źródło: Marek Aureliusz, Rozmyślania, IV.41

14 luty 2017

Kim jesteśmy bez społeczeństwa, bez tożsamości, bez rodziny, co w nas wynika z samych tylko genów? Bardzo dużo. Kluczem zrozumienia człowieka i nas samych przez nas samych nie jest obwinianie całego świata, bo świat ma w dupie, co o nim myślimy i niczego nie organizuje ani na czyjąś zgubę, ani na chwałę. Kluczem jest poznanie własnego charakteru, oto właściwe narzędzie przetwarzania rzeczywistości. Nie ma obiektywnych nieszczęść ani obiektywnych sukcesów. Każda okoliczność zderza się z konkretnym charakterem, który ją przerabia na swój użytek. Charakter to system operacyjny organizmu zmontowany za sprawą kombinacji genów. Służy do indywidualnej konfrontacji z losem i zazwyczaj próbuje coś ugrać. Taki jeden z drugim terapeuta powinien pacjenta rozpracować przez filtr charakteru, a nie opisu piekła, jakim bywają inni. (słuszna uwaga Sartre a) Nie oskarżajmy lawiny, że przygniotła narciarza, ani tym bardziej nie oskarżajmy narciarza.

Pierwsza i zasadnicza różnica pomiędzy filozofem a prostakiem polega na tym, że prostak powiada-  Ojojojoj! – to przez mego syna. Ojojojoj! – to przez ojca. Ojojojoj – to przez mego brata. Filozof przeciwnie. Jeżeli w ogóle może zostać zmuszony, żeby powiedzieć – ojojoj – zastanowiwszy się zaraz dodaje – to z mojej własnej winy i to też powiedział Epiktet.

Jeśli teraz winę zamienimy na przyczynę, można spokojnie dokonać sensownej analizy własnych zachowań nikogo nie wplątując w te rozważania, bo i tak jest już po herbacie. Co się stało, to się nie odstanie a sensowna analiza zawsze bezcenna.

Nikt nie jest zły z założenia, każdy reprezentuje jakieś racje. Hitler był przekonany, że zbawia świat, niebywałe, jak wielu ludzi potrafił tą myślą zarazić. Nie wszystkim ona wydawała się straszna, przynajmniej na początku. Żniwem jego poglądów jest skala nieszczęść, dotąd nie mieszcząca się w głowie. Imponujące się okazało, jak wiele człowiek jest w stanie przeżyć i ocalić duszę. (Człowiek nawet nie wie, ile jest w stanie wycierpieć, jak mówiła pani Gorczyczewska w Białym Zdroju). Pokolenie powojenne było niezniszczalne, gdzie to porównywać z dzisiejszymi nastolatkami, których potrafi zmieść poczucie izolacji albo brak smartfona. Słowo rozpuszczony oznacza charakter po niewłaściwej obróbce.  Dobre czasy nie są dobre dla charakteru. Mocny to taki, który się hartuje w ogniu. Ale nawet „kiedy cię nic nie swędzi i nie zanadto boli” (Witkacy) jest jakaś możliwość manipulacji pokrętłem, dlatego noszę te cholerne wiadra i czytam o sobie straszne rzeczy na facebooku.

Jestem przeciwna rozkładaniu na czynniki pierwsze tego, czego się nie da zmienić, czyli przeszłości. To babranie się w dramatach, wspomnieniach, wydarzeniach z dzieciństwa , wpisach w komentarzach i podeptanych uczuciach tylko po to, żeby się wypłakać, albo rozczulić to jest dla charakteru co najwyżej jałowy bieg, o ile nie wsteczny po prostu. I nie martwmy się o utratę wrażliwości. Wrażliwość daje się zachować właśnie dzięki temu, że mamy mocny charakter. Słabi ludzie użalają się nad sobą, a silni idą walczyć o lepszy świat z nożem w sercu. W społeczeństwie konsumpcyjnym dramat się dewaluuje, a charakter mętnieje bez dramatu. Więc rozpaczamy nad tym, że komuś telefon wpadł do zupy. Chwytamy się tego telefonu w zupie jak tonący brzytwy. Dzisiaj brzytwy się nie chwycisz, chyba że w muzeum fryzjerstwa, a telefon każdy ma pod ręką. Każdy chwyta za telefon, to taki odruch, bardzo szkodliwy i ostatecznie odbierający szansę na ćwiczenie charakteru.

Słabości nasze poznajemy dzięki najróżniejszym, zazwyczaj niesprzyjającym  okolicznościom, które tworzą bezcenny zbiór życiowych doświadczeń, czasem wspólny dla całego pokolenia. Wojna, komunizm, głód, wirusy, alergie, kleszcze, wzrost gospodarczy, susza, powódź, moda na yorki, hejt w sieci, klęska urodzaju, inflacja, zaostrzone prawo aborcyjne, rządy Pis- u –dziękujmy za nie. Wysiłek terapeutów, jeśli już muszą się wysilać – winien być skierowany na kształtowanie charakteru pacjenta tak, żeby wyroki losu stały się zrządzeniem losu. Splotu okoliczności nie zmienimy. Nie zmienimy ani rodziców, ani teściów, ani dziesięciu przykazań, ani cen w Biedronce. Nie zmienimy przeszłości, a ona jest zazwyczaj pierwszą podejrzaną. Ale to dzięki temu, co już się stało, co przetrwaliśmy – poznajemy swoją siłę. Wszystko wokół się zmienia, wali się albo właśnie tworzy w bólach, a charakter się umacnia – oto święty Graal, jakby go malował. Pozwala na pilotowanie każdej maszyny przy każdej pogodzie. Ja tam wierzę w zmiany. Przewidywalność sprowadza otępienie. Dopóki nie wiadomo co będzie, wszystko jest możliwe. Cały scenariusz będziemy znali umierając. Czasem się cieszę na starość, jak na rozwiązanie zagadki kryminalnej. A śmierć – to napisy końcowe. Okaże się nareszcie kto to wszystko wymyślił i zmontował.  Życie trzeba przeżyć do końca, bo na końcu wiele się wyjaśnia. Jak to Iwaszkiewicz pięknie ujął w ostatnim swoim Dzienniku – rdzeń świata otworzy się po śmierci. 

16 luty 2017

Tym, co najbardziej czyha na naszą wolność jest tłum. Wcale nie pojedynczy autorytet, tylko odmóżdżona masa ludzka. Osławiona moc wspólnej modlitwy jest w rzeczywistości niszczącą siłą zbiorowego obłędu. Im więcej ludzi tym myśl płytsza, albowiem wspólna myśl musi się upraszczać, żeby objąć wielu. Człowieka stać na indywidualne myślenie, ale łatwiej jest się przyłączyć do zdania większości. Rozgrzeszająca większość kasuje jednostkową odpowiedzialność. W tłumie można kogoś zadeptać całkowicie bezrefleksyjnie.

Pani Bunia z Ameryki zobaczyła na face booku zdjęcie pieska bez sierści, pod zdjęciem jakaś pomysłowa hejterka napisała – tak fundacja traktuje zwierzęta – i w pani Buni krew zawrzała. Pani Bunia niewiele ma z życia, prócz tych komentarzy.  Mieszka w obcym kraju, nie ma tu nikogo do pogadania, a na facebooku zawsze coś się dzieje, nie tak jak u niej w życiu. Bardzo kocha zwierzęta, wszystko by dla nich zrobiła, ale nie robi, bo już nie to zdrowie. Ma dwa koty, domek z ogródkiem, skórzany wypoczynek i męża, który na to wszystko zarabia, ale kotów nie cierpi. Dlatego pierwsza rzuca kamieniem w fundację. Po niej rzuca pani Jadzia, bo miała dzisiaj zły dzień i też ma męża, co wiele tłumaczy. Czujny pan Kowal zza oceanu zwęszył krew i już ją podgrzewa.  Pod wieczór jest już kilkaset komentarzy, jak to fundacja psa oskalpowała.

Pies tymczasem okazuje się wyleczony i pokryty sierścią. Od roku w bardzo dobrym domu. Zanim ktoś się połapie, że zdjęcie było stare i ktoś je wykorzystał, żeby nam zaszkodzić, że to nie fundacja, lecz zły właściciel spowodował tak straszliwą alergię skóry – już leżę pod kupą kamieni.

Jakieś sprostowanie? A juści, próbuję prostować. Zamieszczam aktualne zdjęcie. Co? Ten zdrowy, pokryty sierścią przytulas to ma być ten sam pies? Dowody okazują się mocne. Awantura traci rozmach, trzeba działać! Z pewnych źródeł wycieka informacja, że pies nie żyje. Może i został wyleczony, ale był tak poschizowany, że go uśpiłam. Zabiłam. Zabiła go! Jeśli to nieprawda, obecni właściciele muszą dostarczyć zdjęcie z gazetą. Tylko zdjęcie z gazetą może mnie uratować przed rozwścieczonym tłumem. Właściciel nie chce się zgodzić na ten cyrk. Na pewno coś kręcą! Pies nie żyje! W każdym razie wszyscy bardzo chcą, żeby nie żył.

Nareszcie dostaję zdjęcie. Pies patrzy nieco zdziwiony, pies jest bez wątpienia żywy i gazeta bez wątpienia dzisiejsza.

Afera przygasa.

Tłumy się rozchodzą.

18 luty 2017

Jest czwarta rano, piszę, cierpną mi ręce, pocę się, czuję się stara i brzydka, nigdy wcześniej się tak nie czułam. Poszedł się jebać mój charakter, chociaż nie płaczę. Płaczę wyłącznie wtedy, kiedy umiera pies.

Jutro jadę do Warszawy, potem przyjeżdża Misia od menela. Misia ma dużo lat i nic ją nie rusza. Wytrzymała pół życia przywiązana do kaloryfera, kaloryfer ją parzył a menel leżał pijany. Potem szli pod blok i tam godzinami pilnowała jego zwłok leżących w bramie, czy to upał, czy lodownia. Pod brzuszkiem miała ogromnego guza. Chciałam ją zabrać już rok temu. Menel wymachiwał rękami, wołał policję a Misia na mnie warczała…

W końcu w sprawę wmieszała się Jolka. Nie chciałabym, aby się kiedykolwiek wmieszała w moją. Człowiek piorun. Byłego męża policjanta mało nie zatłukła wałkiem. Uciekał w popłochu. Teraz ma tylko koleżanki, trzęsie ogromną firmą, rzuca kurwami, mówi chrypiącym basem i nosi białe kozaczki. W skórzanych spodniach i naszyjnikach wygląda jak Elvis Presley. Ma hopla na punkcie psów. Wozi ze sobą wszędzie dwa pierdolnięte ratlerki, które non stop ujadają. Duża, prawie metr osiemdziesiąt. Wbiła menelowi w gardło czerwone pazury, rzuciła nim o ścianę i zabrała Misię do Kielc na operację listwy mlecznej. Jutro ją odbiera i przywozi do mnie.

21 luty 2017.

 Mam kaca, nie jeżdżę, jest zima, nie mam zamówień, portret rektora jest w lesie, no właśnie, jestem w lesie ze swoim życiem. Byłam wczoraj w Warszawie. Z jednej strony czułam jakiś bezsens tych ludzi, ciuchów, sklepów, czułam to wyraźnie, a z drugiej dojmujący smutek, że kiedyś to było moje miasto, chociaż… chyba nigdy tam nie byłam u siebie. Może jakoś zaraz po śmierci Maćka wydawało mi się, że przynależę. Na zdjęciach z tamtych czasów nie rozpoznaję sama siebie. Spotkałam w sklepie Boczarę, powiedziała, że wyglądam jak narciarka z dziewiętnastego wieku.

22 luty 2017.

Jest Misia. Mam nadzieję, że przeżyje skok z samochodu, bo ta durna Jolka otworzyła drzwi i pacjentka po operacji dała susa z wysokości półtora metra. Cóż to za hiperpancerne auto z oponami jak traktor, którym ta baba jeździ. Przeraziłyśmy się, ale Misia dała radę, szwy nie puściły, w kuchni obwarczała wszystkich i ułożyła się pod oknem na legowisku, bo kaloryfera nie było. Ten pies ma charakter ze stali. A przecież jego życie to nieprzerwana trauma. I co? I nic, cieszy się, rządzi, pilnuje żarcia. Druga Rachela. Patrzcie i uczcie się od Miśki.

23 luty 2017.

Jolka dzwoniła z osiemnaście razy, widać, że przeżywa ten skok Misi z samochodu.  Wyrwała ją przecież menelowi walcząc z nim na kije i bluzgi, chce, żeby był happy end, ale nie nadaje się na pielęgniarkę. Męczy mnie, szwargocze basem, idzie zabić czarownicę, chociaż dobry z niej człowiek.  Idę spać, dam Misi zastrzyk przeciwbólowy a sobie dam już na wstrzymanie, bo mi ręce cierpną a rozum przystaje. Wiosna się przekrada nocą przez szczeliny w oknach i w podłodze.

Ósma dwadzieścia, 24 lutego a ja już przy stole. Śniła mi się przed chwilą BeataT , która życzy mi śmierci w straszliwych męczarniach. Siedziała nago na koniu jako Szał Podkowińskiego. Chryste! Kto wie, jak ona wygląda, temu wyobraźnia rozsadza czaszkę. Podjechała pod moje okna, rumak gniady, a ona po swojemu ruda z rozwianym włosem i tak gruba i rozlana, jak jest w rzeczywistości. Za nią biegł upasiony seter o bardzo matowej sierści i z uciętym ogonem. Nagle zaczęło strasznie lać. Zrobiła w tył zwrot i zniknęła w leśnej gęstwinie, ale w ostatniej chwili zauważyłam boczne kółka doczepione po dwóch stronach konia. Koń nie był prawdziwy! To, na czym siedziała, to był tylko podrasowany wózek inwalidzki! Za nią, na starym rowerze podążała pielęgniarka w białym fartuchu. Pomachałam jej i popukałam się w czoło. Zaiste, jedyny komentarz, jaki przychodzi do głowy.

Potem na Rynku krakowskim widziałam ją jeszcze raz, wystrojoną, otoczoną jakimiś ważnymi ludźmi i z całości historii wynikało, że kupiła kamienicę. Zapewne dla swoich siedemnastu cziłek i świnki wietnamskiej. A teraz jak to czytam, myślę, że to było ostrzeżenie. Czeka mnie ten sam los, do tego się doprowadziłam z moją fundacją, zaniedbaniem, marzeniem o finansowym oddechu. Zamiast Szału Podkowińskiego wózek inwalidzki. Mój świat starzeje się razem ze mną, to prawidłowość, która dotyka każdego, ale problem polega na tym, że to nie jest tak zupełnie mój świat.

Kiedy to poluzuje? Czasem myślę o śmierci jak o zasłużonym odpoczynku, rozumiem ludzi, którzy tak myśleli, a kiedyś nie rozumiałam. I ona, ta śmierć posłusznie do drzwi stuka a ja na to, że zajęte. Otworzyłabym ci, ale nie mam ręki.

„Nie godzi się, aby twoja dusza czuła się zmęczona tym życiem, zanim nie zmęczy się nim ciało” – Mareczek A. No to żeś mnie pocieszył.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.