10 stycznia 2015 – Ja.
Lubicie takich ludzi, którzy przychodzą, żeby na was popatrzeć i liczą, że będziecie prowadzić rozmowę, ponieważ sami nie mają absolutnie nic do powiedzenia? Przekładałam te odwiedziny tak długo, jak to możliwe, ale darczyńcy mają prawo przywozić dary, chociaż w tym wypadku na pewno nie chodziło o psy, tylko o mnie. O to, żeby popatrzeć na nędzę byłej celebrytki, albo odwrotnie, popatrzeć na jedyną dostępną ich oczom celebrytkę, nieco już zszarzałą i wypłowiałą, ale jednak. W gazecie była, w googlach ma zdjęcia z Lindą, spała z aktorem, który grał w M jak Miłość. Zaczynamy rok 2015. Zaczynamy od wizyty „koleżanek”, bo jedna twierdzi, że jest moją koleżanką a druga koleżanką tej pierwszej. Obie nieme. Dwie godziny koncertu za darmo. Ja na scenie, one za stołem. Jak tylko próbowałam zmilczeć, aby wyrzekły choć słowo, nie wyrzekły ani jednego. Co gorsza, nie spieszyło im się. Jak już taki kawał przejechały, chciały się zabawić. Moim kosztem. Jedyne pytanie, jakie w końcu zadały to to, którego się spodziewałam. A ty to się nie boisz tak sama tutaj mieszkać? Wtedy naprawdę zaczynam się bać, głównie tego, jak wytrzymam kolejne 15 minut. Odpowiadam – nie, to mnie się tutaj boją, a po śmierci dopiero będę straszyć! Nareszcie się zbierają, szkoda, tak miło się gawędziło… Chryste! Kto gawędził? I czy było to warte dwóch godzin życia, które jest tylko jedno?
Gombrowicz – Dziennik 1953 – wtorek.
Zamiast wejść do salonu swobodnie, wszedłem nieśmiało. Być może przez jedną tylko chwilę pozwoliłem, aby mi zaimponowali. I to wystarczyło – od razu tamto moje ja, rodem z biednej mej kawiarni, skoligacony z drobiazgiem podrzędnych poetów, czy nawet zwykłych owocarzy, od razu cała ma nieelegancja smutna, szara wdarła się… Jak strasznie! Byłem zupełnie zmiękczony… Dłuższy czas siedziałem w milczeniu i nagle zacząłem się starać! Ach tak, zacząłem rozmawiać i starałem się…. starałem się być swobodny – i elegancki – przyjemny… Cały mój świat zawalił się. Wszystko zdobyte wysiłkiem wielu lat poszło w gruzy. Gdzież duma moja? Rozum? Dojrzałość? Wzgarda? Wszystko przepadło, ty zaś starasz się, o, starasz się, starasz, na kolanach przed bogiem, którego tysiąc razy obalałeś!
12 stycznia 2015 – Ja.
Myśląc o J.G – nie wyobrażam go sobie jak wpada w kobietę. Normalni mężczyźni często wpadają w kobietę. Pod tym względem J.G był dla mnie. Trzeba było z nim zostać, ciekawa jestem jakby wtedy wyglądało moje życie? Zapewne gdzieś się tam toczy we wszechświecie równoległym, fragmenty miewam wyświetlane w snach. Niestety to co nas najbardziej łączyło – sztuka, najbardziej nas dzieliło. Nie wytrzymywalibyśmy z kimś równie zdolnym i równie skazanym na niepowodzenie. Przynajmniej w tej rzeczywistości, którą znam z czasu pomiędzy jednym a drugim zaśnięciem.
Po wizycie koleżanek byłam tak wyczerpana, że odrzuciłam własne dziecko. Chcące tutaj przyjechać z narzeczonym, to normalne, że dziecko chciałoby przyjechać do matki na dwa dni przedstawić narzeczonego. Ale ze mną nic nie jest normalne. Oszustwo polega na tym, że ludzie czują się u mnie swobodnie, całkowicie swobodnie i nie domyślają się, że nie nawzajem. Bo ja się staram, staram się jak ten Gombrowicz, chociaż niezupełnie z tej przyczyny. Staram się, żeby ktoś nie pomyślał, że go lekceważę, że już do reszty zdziwaczałam, bo przecież odwiedzanie ludzi, którzy mieszkają sami, daleko od miasta to dobry uczynek, pięknie jest kogoś odwiedzić, posiedzieć, pogadać przy winku.. Pięknie, kurwa pięknie. Że też nie może być pięknie bez udziału osób trzecich. Narzeczony rzecz nabyta, za chwilę go nie będzie, a ja stracę kolejne dwa dni z mojego jedynego życia nad patelnią z naleśnikami.
Pogoda jak z horroru. Ulewne deszcze, wiadra wody z nieba i jeszcze wicher huśta lampami. Brakuje tylko widma z Wesela, ale u mnie chata mało roztańczona, reszta się zgadza. Jak to było? A, pamiętam klientkę, która zamówiła u mnie tryptyk pt „Wesele”. Co ja się namordowałam z tym tryptykiem, ale koniec końców, z perspektywy lat widzę, że całkiem przyzwoity był to obraz. Po prawej Stańczyk, po lewej grajek ze skrzypcami, pośrodku para młoda. Oddawałam go na stacji benzynowej w Warszawie, jeszcze mokry jak to u mnie, nie chciałam za Boga pić z nimi herbatki w Wilanowie, chciałam kasę do kieszeni. Tylko to było ważne i rata w banku. Wytaszczyłam wszystko na chodnik obok dystrybutorów. No i nie spodobał się. Czemu taki smutny? – rzekła pani od stóp do głów w różnych markach, przy których cena mojego tryptyku była taka, jak jej jeden guzik. No, powiedzmy, że trzy guziki, po jednym na każdą część dzieła. Smutny… – powtórzyła ta pani, a jakiś koleś tankując brykę rzekł – ale spoko jest. Mnie się podoba. Smutny – powtarzała pani jak mantrę – a miało być wesele! A wie pani co jest napisane na okładce tego utworu? – zapytałam w końcu czując, że porażka jest nieunikniona – „Wesele – dramat”.
Ostatecznie nie kupili, zamówili i nie kupili. Sprzedałam go na części. Jedna wisi w Szczecinie, druga w Krakowie a trzecia nie pamiętam. Rzeczywiście dramat.
Dziennik 1955 – poniedziałek -Gombrowicz.
Po tylu latach jednak wytężonych, jednak pracowitych kim jestem? Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia, zdławionym we wszystkich przedsięwzięciach pisarskich. Nie mogę nic pisać poza tym dziennikiem. Wszystko bierze w łeb dlatego że codziennie przez siedem godzin popełniam morderstwo na własnym czasie. Tyle wysiłku włożyłem w literaturę a ona dzisiaj niezdolna zapewnić mi minimum niezależności materialnej, minimum – nawet – godności osobistej.
10 stycznia 2015 – ja.
A może towarzystwo ludzi to kolejny narkotyk, żeby nie musieć patrzeć w lustro? Taki sam jak wódka, papierosy, alkohol i trawa. Sposoby na tracenie czasu, żeby nie zostać, jak chce Mrożek „ z samym tylko gołym życiem”, aby go już nie przeżywać tak do trzewii, tego dramatu wcielenia, dramatu zejścia do poziomu ciała, dramatu potrzeb ciała, dramatu niespełnienia. Może wszystko jest pretekstem, żeby nie rozważać daremności istnienia. Mnie ta daremność niezmiennie fascynuje.
14 stycznia 2015 – ja.
Prawdziwa wolność, dojrzała wolność nie jest nigdy słodka, jest gorzka. Bez goryczy staje się pusta, staje się śmiercią. To nie jest już ból, jak w młodości, męczarnie nad wyrażeniem siebie, tylko gorycz osamotnienia, kompletnego osamotnienia na rzecz determinacji tworzenia własnej wizji. Ręka jest pewna, oko jeszcze nie nawala, jest się kompletnie niezauważonym perfekcjonistą. Niestety teraz, kiedy nareszcie nie mam już żadnych wątpliwości co do własnego warsztatu – nie mam także pomysłów. Geniusz to zdolność do reakcji przeciw własnemu wyszkoleniu (Berenson). Ja zadowalam się wyszkoleniem i nie mam pomysłu na jakiekolwiek reakcje, prócz reakcji na zasilenie konta.
„Bogatego nigdy nie zastaniesz w domu”- napisał Paul Auster. Prawda. Siedzę na dupie, bo bez pieniędzy nie ma po co z domu wychodzić.
18.01.2015 – ja
Nowy rok. Jaki on nowy? Stara bida. A w ogóle u mnie rok zawsze jest szkolny – od września do września. A w sytuacji obecnego – szkolny jest do spodu – jedna wielka szkoła. Fakt faktem, że nigdy życia nie zobaczysz ostrzej, jak w samotności i w kryzysie. Wyraźniej i prawdziwiej, jak w ogołoceniu i w samotności nie zobaczysz. Jeśli chcesz przeżyć, dostrzegasz tylko rzeczy niezbędne. W ascezie duchowej jest podobnie. Uaktywniają się obszary zazwyczaj przesłonięte przez emocje doczesne, emocje doraźne, znikające jak meteory, problemy towarzyskie ulegające natychmiastowemu przedawnienia, łatwo rozpuszczalne w kieliszku wina, do złudzenia przypominające prawdziwe zmiany. Samotność wyklucza takie wybuchy sztucznych ogni. Ciemna rura, w której pacjent przebywa podczas badania mózgu – to nic innego jak sytuacja odosobnienia i zarazem kryzysu (no bo wiadomo, że do tej rury nie pakują zdrowych). Gość leży plackiem zamknięty w szczelnej tubie, gdy tymczasem na ekranie wyświetla się cała prawda o nim.
Gombrowicz – Dziennik 1953 – czwartek.
Mój problem to nie doskonalenie mojego sumienia, a to przede wszystkim, jak dalece moje sumienie jest moim.
19 stycznia 2015-ja
Pisząc o J.G będę musiała jakoś rozdzielić nasze drogi, początkowo równoległe i prowadzące prosto donikąd. Jego do samobójstwa, jak się okazało. Mnie do ściany, też pięknie. Dzięki temu, że to była ściana a nie parabellum umarłam zachowując ciało, czego o nim powiedzieć nie można. Cóż to za droga była zwodnicza, jaki napis widniał na starcie? Nawet nie doczytałam, za wysoko powiewał. Jedno jest pewne, uderzywszy w ścianę zaliczyłam zgon. A jak się podniosłam po strzale (czego o nim powiedzieć nie można) to już byłam innym człowiekiem. Powinnam była zmienić nazwisko, ale z moim nazwiskiem i tak pozostaję anonimowa, dlatego nie zmieniłam.
Do czego nas zaprowadzi perfekcja? Do śmierci, prędzej czy później do śmierci, bo nigdy nie odważę się powiedzieć – to jest ostatecznie dobre, to, co robię. Zwłaszcza w kwestii pisania bywam przewrażliwiona, podobnie jak kiedyś w kwestii nieszczęsnego „Wesela”. Bo jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie i orzekła z kijem w tyłku, że obraz jest smutny – czytaj – niedobry. I już Kowalska uszy po sobie kładzie i myśli, że nie umie malować. A może ktoś nie umie docenić? Mało to artystów niedocenionych? Im lepszy tym oceny niższe, dopiero jak umrze ludzie się budzą, dzieci się pasą, wnuki się chwalą.
Ludzie prędzej nie dadzą zdechnąć psu niż artyście. Stąd wniosek, że zejście moje na psy jest manewrem ratującym nie tylko psie życie.
20 stycznia 2015. -ja
Nie zniosłabym literackiej porażki, moje poczucie własnej wartości nie wychodzi poza moje biurko. Wysłanie tekstów do wydawnictw uniemożliwia mi paraliż. Kupiłam Karpowicza „Sońkę” i to nie jest dobra książka, chociaż poprzednie miały rozmach. Karpowicz poległ na historii o miłości, bywa pensjonarski, denerwujący, banalny. Sam talent nie wystarczy na wielki temat, zabrakło pokory i dojrzałości. To jest właśnie ta buta dzisiejsza – przed czterdziestym rokiem życia wydać sześć książek. W sumie z metra ciętych, ale bezsprzecznie dobrych. Ja bym się nie odważyła, więc się nie odważyłam. Nie odważyłam się ich nawet napisać. Męczę tylko te swoje dzienniki i sama je czytam. Nigdy nie poległam i nigdy się nie podniosłam. Tkwię nieruchomo w moim bezpiecznym kokonie i ryzykuję, że mnie w nim pochowają.
1.01.1967 – Gombrowicz – Dziennik
Złość, która we mnie wzbiera na myśl o artystach jak Tuwim, d’Annunzio czy nawet Gide nie byłabyż bez związku z tym, że oni jednak byli w stanie przeczytać komuś swój tekst bez tego rozpaczliwego podejrzenia, że nudzą?
25 stycznia 2015. -ja
Był taki człowiek, nazywał się Kaczorowski. Kolejny samobójca, skoczył z dziesiątego piętra w swoje 40 urodziny. Temat na książkę, ale nie dla mnie, ja nie rozumiem samobójców. A kto ich rozumie? Tylko ten, kto sam decyduje się zabić. Żeby napisać dobrą książkę o Kaczorowskim musiałabym też skoczyć. Z moim lękiem wysokości wolałabym się utopić, ale umiem pływać, więc osiągnięcie pożądanego rezultatu zajęłoby masę czasu. Powolna śmierć jest niemiła. Otrucie byłoby milsze, a najmilsze przedawkowanie narkotyków, tu powolność nawet nie zaszkodzi. Ale zabić się tylko po to, żeby być wiarygodnym autorem książki o samobójcy? Trochę słabe. I książka też mogłaby się taka okazać z czasem.
Kaczorowski mnie wkurwiał. Jak tylko się zorientował, że to potrafi – wkurwiał mnie z premedytacją. Wkurwiający są ludzie, którzy mają rację, a on miał dużo racji. Przychodził o dwunastej w nocy na lekkiej bani i filozofował, oczytany był z niego człowiek, a ja wtedy miałam braki. Teraz też mam braki, każdy ma braki, ale porównując nasze braki on miał mniejsze, czym mnie wkurwiał na dzień dobry. Na dobranoc raczej, bo gadanie w nocy z podpitym Sokratesem bywało męczące. Siedział i gapił się na rysunki, które wtedy miałam na sztaludze, ilustracje do „Alicji w Krainie Czarów”. Gapił się i nie komentował. To też mnie wkurwiało nieludzko. Nad ranem, kiedy już nareszcie postanowił wyjść zatrzymał wzrok na egzemplarzu Alicji wspartym na pięknej, angielskiej podstawce do książek, na honorowym miejscu na moim biurku i… ukląkł. Co jest? – zapytałam pełna niepokoju. Tak się właśnie modlisz do tego zlecenia zamiast rysować, przecież umiesz rysować – powiedział, wstał i wyszedł.
I tak się właśnie modlę do tej mojej literatury, zamiast pisać. Wtedy zrobiłam 80 rysunków, bufon Słomczyński cały czas był niezadowolony, w końcu wydawnictwo wybrało 12 a on się obraził i cofnął tłumaczenie. Gdybym powstała z kolan i doceniła siebie…

A więc doszłam do ściany z rysowaniem, ale nie umarłam, jak J.G. Może dzięki Kaczorowskiemu, który się zabił. Jego zderzenie ze ścianą okazało się gorsze. To już drugi trup na tej stronie.
Tymczasem jednak demony obsiadły klawiaturę i nie potrafię ich przepędzić, a nie ma nikogo w pobliżu, kto by uklęknął, żeby mnie wkurwić.
https://www.sztukpuk.pl/archiwum/assets/recenzje/forum/kaczorowski_tekst.html