DZIENNIK 2016 – Pessoa, Kundera i Królowa Sceny.

17 kwietnia 2016

Czas przyspiesza, jak taśma magnetofonowa, kiedy jest za połową szpuli. Jakiej szpuli?? Kto dzisiaj pamięta takie urządzenia?? Magnetofon, a jeszcze  kasetowy – walkman – to było coś. Analogowa rzeczywistość, pamiętam rzeczy, o których się nie śniło tiktokowcom. Świat był wtedy bardziej dotykalny, prawdziwszy, gęstszy i mierzalny, dlatego łatwiej było go oddzielić od metafizyki. Łatwiej było zachować bezpieczną odległość od samej siebie i od bliźnich. Unikałam bezpośredniego kontaktu z obcymi ciałami, poza seksem, ale seks też mnie nie pozbawiał tożsamości. Jak w tym wierszyku Tetmajera – „nagle widzim gdzieś z boku szpetną twarz satyra, który oczy przymruża, patrzy w nas i słucha”. Człowiek poddany emocjom był w moim pojęciu zawsze trochę żałosny, pogardzałam nim. Wielka w tym zasługa matki – ona była uosobieniem zwierzęcej spontaniczności, nigdy się nie zastanawiała co nią targa, od razu przechodziła do ataku– słowem, brudną ścierką, książką o blat. Co rusz erupcje jak w bulgoczącym kraterze, nieprzewidywalne i skrajne. Wybuchy gniewu i odpowiadające ich sile łzawe gejzery pojednania. Teraz czuję tak, za chwilę przeciwnie a ty to połykaj, przerabiaj, reaguj. Nie reagujesz to podkręcamy ciśnienie, w końcu nie wytrzymasz i eksplodujesz. Znajdywała odsłonięte miejsca i małe ranki, dbała, żeby się nie zarosły, żeby nie straciły czucia. Aż wyprodukowała stalowego ludka. Tym się stałam i trochę tym jestem aż do teraz.

„Większość ludzi myśli wrażliwością, ja zaś odczuwam myślą”.(..) dla mnie odczuwanie jest jedynie pożywką dla myśli.” – Pessoa ( ten koleś poniżej) Prawda, i dlatego nie umiem płakać ani z radości ani z żalu.

„Moje obyczaje to obyczaje samotności a nie ludzi”. -Pessoa.

Czymże jest szczęście? To radość niezmącona myślą. U mnie nie ma szans, żeby czegoś myślą nie zmącić.

„Mówią do mnie, mamo, żono albo kotku, ale mnie nie ma tam w środku” – ile lat temu napisałam ten naiwny wierszyk i jaka rozpacz w tym była, dla innych całkowicie niewidoczna, co ją tylko czyniło okrutniejszą i bardziej dotkliwą.

Gdzie jest prawdziwe życie, czym jest ono dla mnie? Jest tym co robię teraz. Siedzę w fotelu i stukam w klawiaturę, to jest życie. Życie jest wtedy, kiedy takie w znaczeniu powszechnym – całkowicie zamiera.

19 kwietnia 2016

Śnił mi się dzisiaj nieznany chłopak, chłopak z gatunku tych, którzy mnie intrygowali. Zdystansowany, nieobecny, ale wyrazisty. Coś miał do powiedzenia, ale się powstrzymywał. Gwarantował kłopoty, a ja byłam pies na kłopoty. Here comes trouble.. jeśli znajomość miała mnie kręcić. Zazwyczaj trzeba było zacząć od likwidacji jakiejś słodkiej narzeczonej. Z radością się tego podejmowałam. Uwielbiałam zakazane związki. I kiedy nareszcie wykiwaliśmy wszystkich tak, że ową nielegalną chwilę bliskości mogłam do woli wykorzystać – niemal natychmiast zaczynałam się męczyć, już po minucie okrutnie się męczyłam. Myślałam- długo tak nie wytrzymam, tak nieruchomo przytulona, jego łokieć pod moją szyją gniecie mnie i uwiera, jego noga na mojej jest coraz cięższa… Niegdyś potrafiłam tak cierpieć całe noce, chociaż wiem, że ludzie tego nie nazywają cierpieniem. Mnie podobna bliskość wydawała się z założenia niekomfortowa i przydługa. Chciałam się jak najszybciej znaleźć w domu, sama, najlepiej z książką, w miękkim szlafroku i bez cudzego ciała leżącego na moim. Myśleć o tym, co się wydarzyło, pisać o tym, co się wydarzyło, zamknąć wspomnienie w ślicznej szufladce na wypadek, gdybym chciała do niego wrócić. Do wspomnienia, nie do człowieka.

Kobieta to dobre źródło marzeń. Nigdy jej nie dotykaj” .- Pessoa. I analogicznie jest z facetem, panie Pessoa. Nie wierzę, że się ze mną nie zgodzisz.

20 kwietnia 2016

Kiedy umiera ktoś z mojego otoczenia pojawia się sen, a w tym śnie jedyny w swoim rodzaju lęk, rozpoznaję go od razu, jest jednoznaczny. Metafizyczny bodziec z zaświatów, zatrzymanie ziemi. Lęk zrodzony z doświadczania ostateczności, czegoś nieuniknionego. W sytuacji na pozór zwyczajnej, codziennej, niewinnej staję nagle oko w oko z grozą nieistnienia. Tym razem spacerowałam po lesie z psami. Zobaczyłam dwie oddalające się męskie postacie na ścieżce. Jak zwykle w takich okolicznościach odwróciłam się, żeby zmienić kierunek, wtedy psy zawsze idą za mną zostawiając obcych w spokoju. Ale kiedy się odwróciłam zobaczyłam ich na przeciwległej ścieżce identycznych, jakbym była lustrem. Gdziekolwiek się nie odwróciłam – oni się oddalali tacy sami, na takiej samej drodze. Wysocy, podobni do siebie, w długich, czarnych płaszczach. Potem się dowiedziałam, że teść nie żyje. Był potworem, ale jednocześnie uroczym gościem. Dzieci bił pasem, ale potrafił oczarować każde towarzystwo. Przystojny, despotyczny, gwałtownik. Na starość nagle pokochał zwierzęta. Monika zakonnica (kiedyś o niej jeszcze napiszę) – uznałaby, że będzie zbawiony. Dziwna sprawa to zbawienie, bo teoretycznie powinno być powszechne, a jest najbardziej ze wszystkiego indywidualne.

24 kwietnia

Kolejny traumatyczny pobyt w Krakowie, tym razem impreza fundacyjna z biżuterią, mieszkanie u matki, wytrzymałam tylko jedną noc, pomimo posiadania internetu i kompa. Nie mogę patrzeć na starość w jej wydaniu, na to, że mnie zostawiła, a przedtem zaszczuła. Teraz się wykrwawia dla swojej upiornej siostry, obydwie mnie już straszą za życia, a co będzie potem? Jątrzyć umie dalej z taką samą siłą, na łożu śmierci będzie jeszcze wykrzykiwać, jakim jestem potworem, egoistką i psy są dla mnie ważniejsze niż własna matka. No są, są.

Moja miłość, wszelki sentyment, moje topniejące serce, to wszystko działa w całkowicie dźwiękoszczelnym, niedostępnym dla nikogo pojemniczku zaszytym w ciemnościach. I już się nie wydostanie poza ten pojemniczek.

Nie wolno ludziom mówić, że są źli, egoistyczni, bo nie są. Każdy żyje dla siebie i tyle, nic go nie uprawnia do sądzenia innych. Nie mam złudzeń co do moich dzieci, ale ich nie nazywam potworami. Nie chciałam mieć córki, tak strasznie się bałam być matką córki, bo byłam córką swojej matki. Ale stało się, Zośka istnieje. Ilekroć udostępnia jakiś post fundacji jestem mile zaskoczona i zdumiona jej życzliwością.

W Krakowie miałam kolejny potworny sen. Śniło mi się, że muszę wstać i wstaję. Ale uwaga, to tylko sen. Wiem, że wstaję na niby, a w rzeczywistości nie mogę się obudzić. Próbuję po raz kolejny z marnym skutkiem. Nadal wstaję we śnie. Idę przez jej mieszkanie, spotykam M.T., matka siedzi na balkonie a ja przecież dobrze wiem, że nie ma balkonu.  Proszę– pomóż mi się obudzić, chcę się obudzić, nie chcę zostać w tym śnie. Ona niewiele z tego rozumie. Mieszkanie ma coraz dziwniejszy układ, postanawiam wrócić do łóżka, w którym zasnęłam i podjąć kolejną próbę obudzenia się. I tak kilka razy, aż przypomniałam sobie o Truśce, że była ze mną. Zaczęłam ją wołać i nareszcie udało mi się otworzyć oczy i zobaczyć tę rzeczywistość, o którą chodziło. Jej futrzane, wpatrzone we mnie oblicze.

Basia z lasu stwierdziła, że byłam we wszechświecie równoległym. Ona tam pewnie codziennie lata.

A poprzedniej nocy śnił mi się Robert de Niro. Byłam z nim najpierw w domu, oglądaliśmy polski serial na kanapie. Potem mnie wyciągnął do klubu, gdzie za nic nie chciałam iść, ale zobaczyłam tam kilka bardzo szczęśliwych psów. Jakież miłe rozczarowanie.

Łaskawa pogoda pozwoliła mi na napisanie kilku zdań, bo nie lunęło śniegiem z deszczem i konie mogły pozostać na wybiegu aż do czasu posprzątania boksów. Czy byłabym szczęśliwa wszędzie, gdzie nie musiałabym robić niczego poza pisaniem i myśleniem? Coraz bardziej jestem pewna, że tak. Będę tutaj, dopóki aktywność w rodzaju spacerów i jazdy konnej jeszcze będzie w moim przypadku możliwa. Potem to sprzedam, kupię dwa pokoje w jakimś mieście, nie wiem jeszcze w jakim, najlepiej tam, gdzie nikogo nie znam. Powinnam już zacząć szukać na mapie.

Małe mieszkanie w cichej okolicy, niedaleko stajnia, za stajnią lasek, za laskiem piasek, na piasku chata, a w tej chacie gęś siodłata.

29 kwietnia, kolejny dzień życia odkreślony, jeden dzień bliżej końca. Jestem za gruba, lubię jeść, wcześniej nigdy nie lubiłam. Lubię nie robić nic, kompletnie nic, wcześniej nie lubiłam. Wcześniej pracowałam bez wytchnienia a życie czekało. Wcale mnie nie nudzi to, że nic nie robię. Myślę przecież, żyję w środku, zawsze wiedziałam, że w środku życie jest ciekawsze, albo w ogóle jedyne prawdziwe. No bo jak określić mianem życia działanie? Działanie jest działaniem a życie działania nie potrzebuje, żeby istnieć. Żyją drzewa, żyją kwiatki na łące, trawa żyje w trawie. Życie niczego nie potrzebuje, żeby istnieć.

Aktywność fizyczną wykazuję od 11 do 16. Pod wieczór już bym tylko leżała. Już nic. Telewizor. Głupoty. Nic. Słodkie nic. Może jestem facetem? Oni tak mają. Tomek zawsze wolał nic nie robić, jeśli miał do wyboru opcję nicnierobienia. Wtedy się dziwiłam. Teraz zrozumiałam jaką męką jest wyjście ze stanu spoczynku. I potem jakakolwiek czynność, nawet mycie.

Nie mogę się najeść odosobnienia. Nigdy mi się ono nie znudzi, jak chleb. Ani to, ani cisza pełna psich westchnień.

30 kwietnia 2016

Dzisiaj byli u mnie goście. Pół dnia.  W środku wyłam z rozpaczy. Zabrali mi kilka godzin MOJEGO życia. Okradli mnie z dnia, z mojego dnia. Nie mogłam się doczekać, kiedy wyjadą, złodzieje.

„Nieśmiertelność” Kundery, rozdział pierwszy, o Agnes, ja jestem Agnes. Nawet tak samo się nazywam. Opisał mnie szczegółowo i jeśli ktokolwiek będzie mnie pytał kim jestem i co robię – niech przeczyta ten rozdział. Tam jest przepis na moje życie, opis mojego życia, istota mojego życia. Po raz pierwszy miałam ochotę się rozpłakać ze wzruszenia. Ale nawet i to było niemożliwe. Wstrząsnął mną dziwny, suchy spazm. Od lat nie płaczę.

Ale kiedy czytałam o kimś, kto całe życie słyszał „ów odległy i uwodzicielski głos samotności”, który „zakłóca życie, niszczy związki i jest jednocześnie marzeniem o kraju z leśną ścieżką, na której stoi duch ojca” – doznałam szoku. To naprawdę było o mnie, a ja tego pana Kundery przecież nie znam.

(To ten poniżej – Milan Kundera.)

„Nie móc zasnąć i odmawiać sobie ruchu – łoże małżeńskie” – nikt tego trafniej od niego nie ujął. Lata męczeństwa w małżeńskich i pozamałżeńskich łożach. Nigdy żadna noc z osobą towarzyszącą nie była dla mnie przyjemnością, przeciwnie, wolałam zrezygnować ze wszystkich rozkoszy bliskości, niż się z kimś męczyć   do rana, „nie móc zasnąć i odmawiać sobie ruchu”. Ile takich białych nocy pamiętam. Nie jestem w stanie przy kimś żyć, a tym bardziej zasnąć. Dla mnie to były noce stracone. Całe życie poza obecnym, samotnym, było dla mnie stracone.

Teraz dopiero naprawdę wszystkich kocham. Dzieci, narzeczonych, rodziców, mężów, wszystkich. Pierwszy żywy organizm był jednokomórkowy i tego się trzymajmy.

No i co mi przyszło z dźwigania stukilowej owczarki? Guz w dupie. Nigdy guzów w dupie nie miałam to mam. Przeczytałam co należy robić i jak żyć, by się powyższego nabawić i dokładnie tak żyję i to robię. Owczarka, skądinąd cudna, po sterylce zdżumiona a po życiu na bezdomności przerażona – położyła się na chodniku i rzekła – nieś mnie teraz, bo ja wysiadam. No to niosłam, co miałam zrobić?  I wiem, że w moim wieku, jeśli chcę żyć tutaj na wsi o własnych siłach – nosić więcej żadnego ogromnego psa nie mogę.  Koniec tego dobrego. Od dzisiaj będę od myślenia, a nie od noszenia. Słuchajcie mnie i nastawcie uszy – te długie i te krótkie, – żadnego noszenia od dzisiaj.

Rozkosz – był taki rebus – jedynka i kosz. Teraz ludzie potrafią tylko kopiuj wklej. Nic sami nie wymyślą. A siedem dramatów Szekspira? To był dopiero rebus stulecia. A przekreślony Żyd? Nieżyt.

Rozkosz to siedzieć tutaj w fotelu w zimowy majowy poranek, dokładać do kominka i hodować guza w dupie. A robota czeka. Portret jeden i jeszcze drugi i trzeci, boże jak mi się nie chce rysować, Boże!! Nie lubię rysować, umiem ale nie lubię, jak Grażynka Trela po francusku. Marzy mi się tydzień w hotelu w Wenecji.

Morze….

5 maj 2016

I pięć dni deszczu na przemian z deszczem. W trakcie zmiany jednego deszczu na inny wychodzi brudne słońce i zagląda w moje brudne kąty a potem szybko się cofa w swoje równie brudne chmurzyska. Można się nabawić depresji, ale ja się nie nabawię, bo ją już mam. Hoduję ją jak cenny kwiatek, bo pozwala mi siedzieć w fotelu i czytać ponuractwa. Jak Pessoa, nie ten piłkarz, tylko noblista, obłąkany poeta z Hiszpanii. No i Kundera króluje na moim nocnym stoliczku i na kiblu. Kundera mistrz, on wie wszystko o ludziach, dużo więcej niż umierający ze strachu przed śmiercią Woody Allen.

Ja za to się boję cierpienia fizycznego i biedy. Czasem rozumiem tę ciotkę Ewę co mnie wydziedziczyła, ale cieszę się, że gówno z tego ma. Kundera by to zaraz ładnie jakoś opisał, ubrał w te swoje niby zwyczajne historie, skierowane do czytelnika za pomocą takich zwrotów jak – „no bo pomyślcie sobie”, albo „wyobraźcie sobie teraz, że”… Brakuje jeszcze -drogi czytelniku. Ja bym się nie odważyła na takie ryzykowne, spod kominka wyjęte frazesy, ale u niego to nie razi, bo mądry jest jak cholera.

Sprzątam wirtualne śmieci, brzmi jak z Lema, ale jest całkowicie normalne, sprzątam pulpit i biblioteki w komputerze, sprzątam wiadomości w telefonie, kasuję kontakty. Masa ludzi, których sobie nie mogę przypomnieć, właścicieli moich psów, psy za to pamiętam wszystkie. Na pewno chcesz usunąć? Na pewno. Nie dość, że mam do ogarnięcia cały dom stratowany brudnymi łapami, to jeszcze równoległy wszechświat, w którym też można bałaganić i syfić nie gorzej niż w realu. A miotła jest tylko jedna, jak matka.

Śnią mi się różni aktorzy, znajomi Maćka, dzisiaj śnił mi się aktor Adamczyk, wszyscy zawsze w kontekście psów, wyciągania psów z psich nieszczęść. We śnie wszyscy mi pomagają, tak, dokładnie tak, jak ludzie z face booka myślą, że jest. A nie jest. Gówno ich obchodzi moja zadłużona fundacja i to, że całe noce myślę o psach zamkniętych w kojcach w strasznych obozach śmierci, dokąd  jadą przerażone, w klatkach, złapane przez hycli na drucianą pętlę prosto z bezdomności. Jesteśmy gównianym gatunkiem, godzę się wymrzeć razem z nim, jeśli to, co zlikwiduje ludzkość zlikwiduje tym samym cierpienia zwierząt.

Jakaś cholerna Agnieszka Kowalska napisała książeczkę o adoptowanym piesku. Ludzie myślą, że to moje dzieło i wysyłają mi serduszka. Dzieło kurwa. Ludzie kurwa. Myślałby kto. Muszę zmienić nazwisko. Jedyne, co mam znane i popularne to nazwisko, to nie tak miało być, złota rybko. Jak zwykle nic nie zrozumiałaś.

Muszę iść na spacer, posprzątać boksy, jechać do Szydłowca po kabel do drukarki, filtry do kawy i lakier do włosów czyli fiksatywę do pasteli. I stówę muszę dać gościowi za owies po drodze. I dzień zleci. Portret skończyłam, nawet ładny. Mam to gdzieś. Kasa i tyle. Jeszcze w międzyczasie sto telefonów. Telefonów rzeczywiście dużo, mam dwa i zawsze któryś coś chce, ale jeśli ma to zastąpić ludzi i miasto, wolę telefony. Jak dzwoni telefon i nie mogę odebrać to nie wysyłam wiadomości, że mam spotkanie, tylko, że mam telefon. Drugi. A nade mną chmury i korony drzew, a pod nogami trzeszczą leśne patyki.

Obejrzałam mało znany film „Królowa sceny”. ( kadr poniżej). Jest stanowczo więcej mało znanych filmów niż się wydaje przeciętnemu zjadaczowi stacji telewizyjnych. W zasadzie wciąż idą te same, znane filmy i raz na jakiś czas mało znane. Ze wszystkim tak jest w dzisiejszym świecie, w którym częstotliwość odbioru polega tylko na tym, czy coś jest znane czy nie. 

Wracając do filmu, był szokujący. Gęsty od emocji, erotyki, czerwieni baroku, zagapiłam się. Autentyczna miłość  buchała z aktorów, którzy grali aktorów. Na to wszystko Szekspir i Otello. Spiętrzyły się sceny z życia, filmu i podwójnych ról a żywi ludzie pod spodem- ludzie grający aktorów w scenach z Szekspira – dawali własne znaki widzom, także tym przebranym za widzów. Potem kolejne warstwy fabuły i życia połączyły się w fizycznym, cielesnym poszukiwaniu płci, bo on grał kobiety a ona mężczyzn i gubili się w miłosnej scenie a pomiędzy prawdziwymi ludźmi w sposób odczuwalny naprawdę iskrzyło. Sprawa płci, odgrywania ról i zamiany masek stanowiła strasznie skomplikowany przekładaniec i w końcu nic już nie miało znaczenia prócz chwili, danej chwili, która z tego wszystkiego okazała się zaskakująco szczera i prawdziwa.  I bardzo mnie to wytrąciło z mojej bezpiecznej stagnacji, z kamienia, w który się zamieniłam na długie lata. Nie wiem, co by mnie jeszcze mogło obudzić i ożywić, ale dzisiejszy film mnie zakuł w palec i wycisnął kroplę prawdziwej krwi. Życie. Jego resztki we mnie.

Stał się niewątpliwy cud. Ilość nowych stacji telewizyjnych w przełożeniu na seriale z udziałem Maćka wygenerowała zawrotną sumę dorocznych tantiemów tvn i oto nagle na moim wiecznie wyssanym koncie pojawiła się kwota 6 tys zeta co mnie mało nie zamroczyło. Już tak przywykłam do nędzy! Już się prawie do niej przyzwyczaiłam!  Chyba to odłożę na koncie oszczędnościowym jak babcia kisimączka. Idę spać i pomyślę sobie co tak straszliwie ostatnio chciałam mieć nowego. Chyba płot.