FILIP według Tyrmanda i nie tylko.

Przeczytałam „Filipa” Tyrmanda i potem obejrzałam film. Film na szczęście jest dobry, Tyrmand nie musi się w grobie przewracać, ale z pewnością prosiłby o jakiś dopisek w stylu – wersja uproszczona, albo zbeletryzowana, albo -wszelkie postaci i wydarzenia są spłycone zgodnie z obowiązującymi przekonaniami. Jakimi przekonaniami? Naszymi, kształtowanymi przez kinematografię, a nie przez literaturę. Dzisiaj życie ma być spełnione, a efekty wszelkich działań spektakularne. Jak w filmie. Jeśli to się nie udaje a sprawy się gmatwają – to znaczy, że coś robimy nie tak. Dzisiaj cierpliwość to strata czasu. Z pomocą przychodzą terapeuci i chętnie się zajmują tymi, którzy nie potrafią sobie z życia uczynić filmu, tylko się babrzą w pokręconych książkach. I nic im się nie zgadza. I mnie też się nie zgadza życie z filmem, a film z książką. Książka natomiast całkiem dobrze zgadza się z życiem.

Pisałam już, że dobra książka to taka, z której nie da się zrobić filmu, mimo to kupiłam tak zwane wydanie filmowe, które mi narzuciło wyobrażenie głównego bohatera, wnętrz i scenerii zgodnej z reżyserską, a nie autorską wizją.  

Ale nie przesłoniło jej, bo kilka fotosów pomiędzy kartkami nie jest w stanie tego zrobić. Książka jest o tym, że w każdych, nawet najbardziej ekstremalnych warunkach młodość pragnie doświadczeń ciała i goni za seksem. Filip, który jest Tyrmandem, (co nie ulega wątpliwości po lekturze jego Dziennika 1954) – stara się cokolwiek ugrać dla siebie w okolicznościach niewątpliwie trudnych pod wieloma względami, ale wcale nie wykluczających bzykania na prawo i lewo. Co prawda jest środek wojny, faszystowskie Niemcy, dookoła roi się od oficerów gestapo, związki obcokrajowców z niemieckimi kobietami są surowo karane, śmiercią w wypadku mężczyzny, a kobietom oskarżonym o tego rodzaju kontakty publicznie goli się głowy, piętnuje się je i skazuje na eksterminację, ale i tak wszyscy romansują, bo to jest silniejsze niż trzecia rzesza. Filip – zbiegły z obozu pracy kelner na lewych papierach obsługuje gości w eleganckiej restauracji hotelowej we Frankfurcie i zalicza panienki, głównie młode żony przebywających na froncie niemieckich oficerów. Traktuje swoje podboje w kategoriach małego zwycięstwa nad faszyzmem, co mu uspokaja sumienie a nawet daje prawo do takich praktyk. A przecież słoń by zauważył, że te kobiety krzywdzi i bez powodu poniża. W filmie one nawet w czasie seksu deklarują przynależność do rzeszy, ale w książce są po prostu pogubionymi dziewczynami, które się zakochują bez szans na miłość. Filip z upodobaniem skacze z kwiatka na kwiatek lawirując pomiędzy pożądaniem a aresztowaniem, narażając siebie i wszystkich dookoła na tragiczne konsekwencje. Trudno go nazwać bohaterem. Po prostu odbywa swoją młodość w takich, a nie innych, ponurych czasach, łajdaczy się, łamie serca i tłumaczy to sobie dość pokrętnie, jak każdy durny dwudziestolatek owładnięty typowym dla tego wieku popędem, a wojna dostarcza mu argumentów usprawiedliwiających tego rodzaju skurwysyństwo. Im bardziej czuje wstręt sam do siebie tym bardziej desperacko szuka kobiety idealnej i niepokalanej. Bogini, którą ostatecznie poślubi. Klasyka gatunku.

Inaczej się dzisiaj na to patrzy, ale w czasach Tyrmanda facet tak właśnie kombinował i tak dowodził swojej męskości.

No i popłynął nasz bohater, bo chociaż trafił na tę swoją wymarzoną nimfę, to ona, co go niepomiernie zdziwiło i ostatecznie załamało – okazała się człowiekiem pełnym sprzeczności a nie aniołem zaprojektowanym na użytek męskich wyobrażeń. W książce pozornie idealna Hella szamocze się pomiędzy swoim oficjalnym narzeczonym niemieckim lotnikiem, z którym obiecuje zerwać, a młodym Polakiem, w którym faktycznie się zakochała, ale ma świadomość niebezpieczeństwa, a on, jakby tego było mało, non stop ją próbuje i obarcza poczuciem winy z racji tego, że jest Niemką. Sam się przy tym czuje bezkarny i usprawiedliwiony tragedią własnego narodu. Zdradza ją, ale to inny rodzaj zdrady, niżby ona mogłaby się dopuścić. Wiadomo. Psychologicznie ta książka jest dla mnie osobliwą i bezcenną skarbnicą chorych argumentów na obronę męskiej próżności podsycanych skrajnie patriarchalnym spojrzeniem na kobietę. Widać te otchłanie kompleksów nie mających nic wspólnego z wojną, całkowicie uniwersalnych. Wciąż te same pragnienia walczą o lepsze z wartościami, które w nas wpojono i każdej miłości bliżej do nienawiści niż do wybaczenia. A młodość niezależnie od wszystkiego nagminnie myli uczucia z pożądaniem i tym razem jest podobnie. Wszystko się rozbija o honor i ojczyznę, jak w czasach pokoju o Boga i przykazania. Nie ma na to mocnych, a jeśli się zdarzają, to do historii nie przechodzą.

Wojna, okupacja i śmierć, która w takiej dawce albo się dewaluuje, albo odbiera ludziom rozum- to są okoliczności wyjątkowe, łatwo się pogubić, kiedy stawką wszystkiego jest życie. Uznawany od pokoleń, konserwatywny schemat myślenia ma nową odsłonę w postaci rozporządzeń i zakazów, owocuje egzekucjami za każde odstępstwo od tak zwanej normy, a norma pochodząca z odwiecznych zasad w połączeniu z nacjonalistyczną ideologią nazistowską zamienia się w terror. Filip walczy ze swoją wrażliwością, bo musi się jakoś bronić. Jednak poniewierając nieszczęsnymi niemieckimi kobietami sam rzecz jasna czuje się nieźle sponiewierany, a na koniec dostaje cios między oczy od tej jedynej, którą, jak mu się wydawało, pokochał. Ona też go zdradza! Oburzające. Niewybaczalne. Podłe. Nienadające się do filmu i sprzeczne z oczekiwaniami. Dlatego w filmie nie ma zdrady. W filmie jest prosta zależność -skrzywdzony przez historię Filip dokonuje zemsty na nieszczęsnej Helli vel Lisie. Nie ma mowy o tym, że ona się waha, że jest, podobnie jak on emocjonalnie zaburzona. Nic z tych rzeczy, w filmie Lisa kocha Filipa, godzi się na seks i lezie prosto w zasadzkę. Po bzykanku zostaje chamsko porzucona i nazwana naiwną dziwką. Zemsta jest dla Filipa ważniejsza niż miłość pomimo tego, że odpowiedzialność zbiorowa to specjalność tych, którymi pogardza. Kolejna Niemka została znokautowana za grzechy Niemiec. Widzowie trochę nad nią płaczą, ale rozumieją, że tak musiało być. Hahahahaha! Akurat, już w to uwierzę. Życie to nie jest prosta wymiana ciosów, przeciwnie, życie nas rozlicza niezależnie od okoliczności. Za błędy płacimy boleśnie i zadziwiająco szybko, płacimy aż miło. Od słodkiej zemsty to są bajki o złych księżniczkach, seriale na Netfliksie i seanse u terapeutów. Nie da się znaleźć miłości depcząc uczucia wszystkich po drodze. Bo zazwyczaj wtedy ktoś depcze nasze. Bohater książki nie hańbi swojej niemieckiej dziewczyny, przeciwnie, wielbi ją i czeka na nią, a ona się szamocze i koniec końców zdradza nieszczęsnego polskiego kelnera z niemieckim pilotem Luftwaffe, swoim  narzeczonym i przyjacielem z dzieciństwa. Zdesperowany jej szczerym wyznaniem Filip zrywa związek i odchodzi, chociaż ona oczekuje zrozumienia. Ale kobietom się nie należy zrozumienie w takich sytuacjach. Cierpią więc oboje, oto i życie jakby go malował! Życie, które toczy się dalej, życie w którym trzeba wrócić do roboty i grzecznie obsługiwać niemieckich gości, co najwyżej plując im do kawy.

Filmowy Filip to prawdziwy Bóg zemsty. Film ma imponujące zakończenie. Oto zbiegły z getta warszawskiego polski Żyd po rozprawieniu się z winną swojej niemieckości Niemką wraca do hotelu, gdzie przypadkowo bierze udział w zamachu na wysokiej rangi oficera gestapo a znalazłszy przy jego zwłokach naładowaną broń wymierza ją prosto w tłum gości, podobnie jak jego narzeczona winnych swojej niemieckości uczestników wesela i strzela do nich jak do kaczek trafiając kilkanaście osób, które w szalonym tańcu upadają na ziemię nie zwracając niczyjej uwagi. Robi to w odwecie za śmierć swojej niegdysiejszej polskiej narzeczonej zabitej w podobny sposób podczas wieczoru na terenie warszawskiego getta. Po czym, „wyszedłszy cało z tej strasznej opresji” – jak u Chandlera – odjeżdża do Paryża z lewymi papierami francuskiego arystokraty.

I film gotowy.

Ale życie, jak pisał Kundera, życie jest gdzie indziej.

Dlatego warto, moim zdaniem, czytać książki. Książki są o życiu a filmy co najwyżej są o książkach.

Mimo to uważam tę produkcję (tak się teraz mówi – produkcja) za ewenement na portalu Netfliks a Eryk Kulm zagrał bardzo przekonywująco kelnera i Francuza, Niemca i Żyda, ofiarę i kata, wyciągnął z tej roli absolutnie wszystko co należało wyciągnąć i stworzył sugestywną postać fikcyjną, chociaż nie zagrał Tyrmanda.