„Pierwsze kroki” za pół miliona dolarów.

Co mnie najbardziej pasjonuje – dużo, dużo bardziej niż cała reszta mego „metier” to portret nowoczesny. Chciałbym malować portrety które za 100 lat sprawiałyby na ludziach wówczas żyjących wrażenie zjaw. Przez co rozumiem, że nie staram się tego osiągnąć przez fotograficzne podobieństwo lecz za pomocą emocjonalnej ekspresji  – Vincent van Gogh – z listu do brata na pół roku przed śmiercią.

Wczoraj skończyłam tysiąc stronicową księgę o życiu Van Gogha. Czytanie rozciągnęło się na 3 lata, bo zazwyczaj czytam kilka książek naraz, a ta była wyjątkowo gruba. Z ostatniego rozdziału zrobiono słynny malowany film. Nie da się filmem zastąpić książki, książka jest drobiazgowo dokładną historią męczeństwa człowieka ogarniętego pasją, nie bez powodu słowo pasja oznacza cierpienie. Każdy kto ma pasję tego rodzaju powinien się zastanowić nad sensem umierania na ołtarzu sztuki. Gdyby kościół czcił Piękno zamiast cnoty – Van Gogh byłby świętym. A tak – umierał jako dziwak, nędzarz, pośmiewisko całej okolicy, z przeświadczeniem, że wszystko co namalował – wyląduje w śmieciach. Przez całe życie sprzedał może dwa obrazy, zostawił po sobie dwa tysiące. Umarłby z głodu bez pomocy brata, którego też systematycznie rujnował, żyjąc na jego koszt. Przeszedł dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Praca była całym jego życiem.

W niedzielę 27 lipca niejaki Van Gogh, 37 letni malarz holenderski zamieszkały w Auver postrzelił się z pistoletu na polach za miastem; jako, że był tylko ranny wrócił do swojego pokoju, gdzie zmarł 2 dni później. – tyle napisała lokalna gazeta.

Zostały mi w głowie wczorajsze rozdziały opisujące ostatni rok życia Vincenta, utratę wszelkiej nadziei na odmianę losu, wreszcie wypadek, który uznał za wybawienie, tak bardzo był zmęczony walką o przetrwanie, samotnością i upodleniem. Po 30 godzinach nieopisanego cierpienia z kulą w brzuchu jego męka nareszcie dobiegła końca. Ksiądz odmówił chrześcijańskiego pochówku domniemanemu samobójcy. Dzień wcześniej za pieniądze wyszarpane bratu Vincent zamówił jeszcze farby. Mokre płótna ze ścian Theo zabrał do Paryża. Sam był u kresu życia, zmarł rok później w szpitalu dla obłąkanych. Pośród ostatnich, niewyschniętych jeszcze obrazów był także portret Adeline Ravoux, trzynastoletniej córki właściciela zajazdu, w którym Van Gogh wynajmował pokój. Całe życie próbował nakłonić ludzi, by mu pozowali do portretów. Uciekali od niego, nie chcieli dać się namalować. Przychodzili ubrani byle jak, dawali ograniczony czas, często sobie życzyli zapłaty za usługę… Nie mogąc malować z natury, kopiował postacie z Milleta.

Skończyłam czytać wczoraj, a dzisiaj rano przy śniadaniu zaczęłam równie grubą księgę – Kai Bird Martin J.Sherwin – Oppenheimer, z której też zrobiono film, ale czekam z filmem do końca książki. Na trzeciej stronie znajduję następujący opis mieszkania matki bohatera.

W salonie z błyszczącą złotą tapetą dominowały 3 obrazy Vincenta van Gogha – „Ogrodzone pole o wschodzie słońca”,  „Pierwsze kroki według Milleta” i „Portret Adeline Ravoux”.

 Na dole dopisek – Oppenheimerowie wydali na te dzieła sztuki fortunę. Na przykład w 1926 roku za „Pierwsze kroki” Julius zapłacił 512 900 dolarów.

To było 36 lat po śmierci Van Gogha. Theo zmarł rok po nim. Został pochowany obok Vincenta na uboczu, w pewnej odległości od reszty grobów pod murem wiejskiego cmentarza w Auvers.

Szanujcie artystów.

Van Gogh. Życie – Steven Naifeh, Gregory White Smith

Oppenheimer – Triumf i tragedia ojca bomby atomowej. -Kai Bird, Martin J. Sherwin

Ilustracje –

Vincent Van Gogh – Portret Adeline Ravoux

Vincent Van Gogh – Pierwsze kroki wg Milleta.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.