Walka Jakuba z Aniołem na oddziale chemioterapii.

Dzięki neuroplastyczności mózg może się przekształcać, adaptować i regenerować, umożliwiając pacjentom powrót do normalnego funkcjonowania. To fascynujące zjawisko jest obecnie przedmiotem intensywnych badań naukowych i stanowi nadzieję dla osób dotkniętych udarem. 

Tyle google o neuroplastyczności, a ja czasem mam wrażenie, że wszyscy po równo jesteśmy dotknięci udarem…Udarem chrześcijańskiego Boga. Udarem ofiary i cierpienia, jako drogi zbawienia. Wiem co mówię, bo aż się boję, że to mówię. Ale mam do stracenia zbyt wiele, by milczeć w sytuacji, kiedy to się może okazać uzdrawiające.

Wygląda na to, że chwilowo moje pobyty w szpitalu ograniczą się do kilkugodzinnych sesji raz na dwa tygodnie. Nie będę już musiała się przebierać za pacjenta i z normalnego świata pełnego spraw, rutynowych zajęć i tak zwanej wolności osobistej – lądować w zamkniętym kręgu społeczności naznaczonej świadomością choroby i wynikającego z niej poczucia skończoności życia. Poczucie skończoności życia jest czymś oczywistym dla każdego, bo jesteśmy istotami śmiertelnymi, ale w szpitalnych warunkach ta śmiertelność potrafi prześladować.

Co mnie naprowadza na temat głębszy, sięgający ostateczności, a ostatecznością wbrew pozorom wcale nie jest śmierć, lecz obraz Boga. Jego wyobrażenie decyduje o tym, co leży a co nie leży w naszej mocy. A to się nagle robi bardzo istotne w kwestii wyzdrowienia.

Nie byłabym taka mądra bez Junga, który w pięknym stylu próbuje nas wyciągnąć z zaklętego kręgu filozofii chrześcijańskiej. Słaby głos księdza Tischnera, który umierając stwierdził, że cierpienie nie uszlachetnia utonął w powodzi wzniosłych argumentów na temat naśladowania Chrystusa. I wszyscy nadal jesteśmy Chrystusami.

Chrystus jest praobrazem, który żyje w każdym chrześcijaninie jako jego całościowa osobowość, jednakże ewolucja historyczna doprowadziła do imitatio christi; podejmujący się tego człowiek nie podąża już do całkowitości własną drogą wytyczoną własnym losem, lecz usiłuje naśladować drogę Chrystusa. (Wspomnienia, sny, myśli – Karl Gustav Jung)

A końcem tej drogi zawsze jest krzyż, stąd pomysł, że cokolwiek złego nam się przytrafia – jest kombinacją kary połączonej z pokutą. Nawet jeśli ktoś nigdy nie chodził do kościoła, a żyje w chrześcijańskiej kulturze – w sytuacji zagrożenia życia nie potrafi pozbyć się myśli o winie, wyroku i ofierze. Chrześcijański Bóg – według Junga rażąco niekompletny i nieświadomy sam siebie – wciąż nas  paraliżuje swoimi pomysłami. Te pomysły wydają się zaprzeczeniem sprawiedliwości a nawet elementarnej przyzwoitości, jednak pierwsze, co nam wpada do głowy po zaliczeniu ciosa – to jakaś forma nawrócenia. Gdy tymczasem serce podpowiada co innego, serce się buntuje.

Oddział chemioterapii to miejsce, gdzie się gromadzi jedyna w swoim rodzaju energia duchowa skonfliktowana z obowiązującym obrazem Boga. Niezależnie od tego, czy Bóg w ogóle istnieje i czy pacjent w niego wierzy czy nie wierzy – obraz pozostaje wyryty w naszych umysłach. Żłobi go społeczeństwo, kościół, media, politycy, żłobią całe pokolenia wyznające taki a nie inny system wartości, system kar i nagród, cnót i występków. Trzeba naprawdę ogromnej determinacji, żeby się oczyścić z tak głęboko sięgających i wrośniętych w nas przekonań. Nagle dojść do wniosku, że to wszystko jest umowne, że daje się usunąć.  Po co?  Po to, żeby stworzyć siebie na nowo, żeby się zeskanować i odzyskać ustawienia fabryczne, czyli wyzdrowieć. Choroba sprawia, że człowiek przyparty do muru musi sobie zadać pytanie – godzisz się na śmierć czy kwestionujesz wyrok?

Nauka, w którą nie musimy wierzyć, bo dostarcza nam dowodów – odkrywa prawa od zawsze rządzące materią, ale dotąd nienazwane. Największe odkrycia zazwyczaj biorą się z całkowitej negacji dotychczasowych poglądów, a więc wymagają tego samego pytania – godzisz się na to, co jest uznane za prawdziwe czy kwestionujesz powszechnie uznany osąd.

Patrząc na społeczność oddziału chemioterapii nieustannie wracam do słynnej biblijnej sceny walki Jakuba z Aniołem – tajemniczej i bardzo różnie interpretowanej. Dla mnie to jest kwintesencja wewnętrznych zmagań w każdym człowieku uznającym zwierzchność siły wyższej, ale nie do końca…

Gdzieś w nas odkrywamy wyraźnie zarysowaną granicę pokornego poddania się losowi. Rewolucja naukowa wiele mówi o możliwościach kreowania własnego życia. Porównuje umysł do komputera, który nie jest świadomy sam siebie. Kieruje nim coś z zewnątrz, czy to jest Bóg, czy my sami?  Okazuje się, że w dużej mierze my sami. Kim więc jesteśmy my, sterujący za pomocą umysłu nami samymi??? Kim jest Jakub a kim Anioł? Czy Anioł wie lepiej od Jakuba, co jest dobre dla Jakuba? Zapewne, bo biblia sugeruje, że Jakub walczył z Bogiem. To dlatego obraz Boga jest tak istotny. Bo poprawiając go można uniknąć całej tej szamotaniny.

Bóg po korekcie byłby prawdziwą miłością. Nie wzbudzałby w nas trwogi, poczucia winy, wstydu i żalu za grzechy. Zdjąłby z nas klątwę pierworodnego grzechu – swoją drogą co to za pomysł! Nie czulibyśmy się poddanymi, robakami, narzędziami opatrzności, nędznymi istotami leżącymi twarzą do ziemi przed Jego majestatem, nie wołalibyśmy Panie, kim jestem przed Twoim obliczem – prochem, niczem…Bez konieczności odkupienia, zbawienia, cierpienia, poświęcenia moglibyśmy wziąć odpowiedzialność za własne życie i powiedzieć sobie – sam zjebałem i sam to naprawię. Nikt na mnie tego nie sprowadził, nic nie przyszło z zewnątrz, z nieba, z piekła, z cudzej inicjatywy, za sprawą powodów, na które nie miałem wpływu, bo to ja jestem Bogiem, własnym Aniołem, takie mam życie, jakie sobie wykreowałem, wszystko się rozgrywa z mojego rozdania. Oto projekcja mojej podświadomości. Tak rozumiana odpowiedzialność daje wbrew pozorom dużo większe możliwości niż odpowiedzialność zrzucona na zewnętrzne okoliczności i zewnętrznego Boga. Z tym, że nie jest łatwo wymazać nagle wszystko, co dotychczas tworzyło nasz – wydawałoby się-  indywidualny, prywatny, przez nas samych ukształtowany światopogląd. I mamy wojnę z własnym Aniołem.

Pani Marysia z łóżka pod oknem żyje z chorobą już 13 lat. Mówi, że to nieuleczalne, ale zmienia lekarzy, terapie, szpitale. Jest piękna w swoim wyniszczeniu, wygląda jak arlekin, blada, z wyostrzonymi rysami i ogromnymi oczami, które dodatkowo podkreśla makijażem. Ma długie palce i zadbane paznokcie. Nie rezygnuje z siebie. Ale wciąż powtarza, że jest chora, słaba, że traci siły, że to bez szans. I chwiejnym krokiem idzie do łazienki poprawić makijaż.

Pani Grażynka codziennie przyjmuje sakrament od księdza, który krąży po oddziale w długiej sukience obwieszony medalikami, z urzędowym uśmiechem i zastygłym wyrazem współczucia w oczach odpornych na odmowę współpracy. Ciało Chrystusa – powtarza jak uliczny sprzedawca i wyciąga z pojemniczka okrągły opłatek. Na wieki wieków amen -szepcze pani Grażynka, która o swoim raku nie wyraża się inaczej jak – ten skurwiel jebany. Opowiada zabawne historie, świadoma swoich towarzyskich walorów, na przykład o tym, jak wnuczka prosiła o radę jakie studiować prawo. Cywilne czy kanoniczne. Cywilne! Tylko cywilne!  – pani Grażynka podnosi głos –tak jej powiedziałam, żeby potem nie musiała tych pedofilów bronić!

Pani Grażynka walczy z rakiem już 9 lat. Ma się wrażenie, że szanse są wyrównane.

Pani Bogusia co chwilę chce się spowiadać, bo podobnie jak pani Grażynka lubi przykląć, a to grzech przecież. Ale jak się tu nie wkurwić, kiedy nawet papież ma diabła za skórą. Nie dowiedziałam się ostatecznie jakiego rodzaju ten diabeł, bo jakoś nie śledzę poczynań papieża, odkąd się okazał politycznym kaleką, ale jeśli nawet on ma u pani Bogusi nagrabione, to wolę się nie ujawniać z moimi poglądami. Pani Bogusia jest w swoim męczeństwie wielka i szlachetna, mimo to bardzo dociekliwa w kwestii recept, terapii, diety i ogólnych wskazań dotyczących walki z chorobą. Bo walka jest na sztandarach wszystkich. Jeśli Bóg tak chciał, to po co walczyć – należałoby zapytać, ale to pytanie zaczepne, w dodatku wcale nie chodzi o walkę, przeciwnie. Walka z rakiem, jak już usiłowałam dowieść – to nic innego jak walka z sobą samym. To wszystko są nasze komórki, nasze systemy ostrzegawcze, warto się dowiedzieć, co mają do powiedzenia. Warto je zaakceptować stosując konstruktywny dialog zamiast agresji, czyli autoagresji. Ciało Chrystusa – mówi ksiądz do pani Bogusi wysłuchawszy jej pokornych żalów za przeklinanie na papieża. Amen- odpowiada pani Bogusia nie zamierzając ani trochę zmienić zdania. Na żaden temat. I płacze. Co chwila głos się jej łamie, kiedy mówi co ją boli, co ją czeka i że dzieci sobie życia nie ułożyły, bo mają już po trzydziestce, zarabiają masę pieniędzy i są same. A jak jej tłumaczę, że właśnie sobie ułożyły, przynajmniej według dzisiejszych standardów i że tak można na to spojrzeć, to płacze jeszcze głośniej. Pani Bogusia ma psa, straumatyzowanego teriera uratowanego z łańcucha, ten pies non stop choruje, morduje koty w całej okolicy, jest na specjalistycznej karmie, na którą ona wydaje pół renty, płaci za te zagryzione koty i to, według moich kryteriów wystarczy, żeby została zbawiona. Ale jej zdaniem nie wystarczy, ten rak dopiero daje jakieś wstępne szanse na życie wieczne. Więc dlaczego się leczy??

Dodatkowym stresem dla pani Bogusi jest osoba pani Ani z łóżka przy drzwiach. Pani Ania ma najpiękniejszą głowę, jaką w życiu widziałam. Kiedy zdjęła perukę odjęło mi mowę. Młoda, po trzydziestce, o bujnych kształtach, ale nie otyła, przykleja sobie rzęsy i maluje usta na karminowo. Nie mogę się na nią napatrzeć. Przyjeżdża na chemię własnym autem 300 km w jedną stronę i sama wraca. Choruje od 6 lat. Zmienia szpitale, lekarzy, miała już dwie operacje. Rok temu rozwiodła się z ojcem swojej córki i jest szczęśliwą żoną Marokańczyka. Pani Bogusia ma z tym niemały problem. Bo Araby – mówi, a ja ją poprawiam, że Arabowie – no dobra, Arabowie – to przecież innowiercy. I jak takiego do domu wpuścić? Pani Ania nie ma problemu z wpuszczaniem innowiercy tylko z rakiem i z byłym mężem. Z jednym i drugim zawzięcie walczy. Ale w telefonie do przyjaciółki mówi, że nie jest dobrze. Że to się źle skończy. I wstaje sprawdzić, czy się rzęsy nie odkleiły.

Wrażenie dwoistości u każdego bez wyjątku pacjenta chemioterapii jest dojmujące. Powszechne rozszczepienie osobowości. Jeśli mówimy o tym, że w człowieku dusza – podświadomość – jaźń – Bóg- walczy z systemem – przekonaniami- umysłem- programem – to rak jest polem walki. Cofa się i wraca. Cofa się przed ludzką determinacją i buntem, przed wiarą we własne możliwości, naszym szacunkiem dla samych siebie a wraca, bo go podpieramy diagnozą i tym, co mówią w telewizji, w kościele, w domu. Bo dzięki „tej strasznej chorobie” jesteśmy na specjalnych prawach, cierpimy podczas gdy inni nie cierpią, czyli chcąc nie chcąc naśladujemy Chrystusa. Ofiara i zbawienie w pakiecie. Skołowany nasz rak wciąż balansuje pomiędzy jestem a nie jestem potrzebny. Dostaje sprzeczne komunikaty z góry. Odpuszcza, ale za chwilę zbiera siły. My też zbieramy siły i potem odpuszczamy, a on wraca na sztandary.  Walka się przedłuża i jest coraz bardziej wyczerpująca, ale nie pozwalamy odejść ani jemu, ani sobie.

Dowodem na to, że szanse są bardziej wyrównane niż kiedyś jest fakt, że ludzie latami funkcjonują z chorobą. Rekordziści żyją z nią połowę życia, rak wędruje z miejsca w miejsce, chowa się i wraca, a oni wracają na oddział i na kolejne chemie. Szanse wzrastają także dlatego, że człowiek coraz odważniej próbuje kreować świat dookoła, nie zawsze mądrze, bo niestety nie zawsze świadomie, ale postęp medycyny jest kolejnym dowodem na geniusz i moc, jaka w nas tkwi. Żeby tę myśl uzdrawiającą w sobie zaszczepić oglądam wieczorem występy solistów w jeździe figurowej na lodzie. Elementy nie mieszczące się w ludzkich możliwościach kilka lat temu, skoki będące zaprzeczeniem wszelkich praw fizyki są teraz wykonywane w programie obowiązkowym. To jest ten boski pierwiastek, zwycięstwo ducha nad ciałem, niepowstrzymana moc wiary we własne możliwości. Uchyl się przed tym! – jak mówiła Trinity strzelając w głowę cyfrowego agenta.

Miłość nas nie stawia w pozycji ofiary, lecz zwycięzcy. Nie poświęcenie służy światu, lecz szczęście. Zbiorowa świadomość, o której Jung tyle pisze –  składa się także z mojej świadomości. Im jaśniejsza ona jest, tym świat jawi się bardziej kolorowy, bo taki właśnie się dla mnie staje. Jeśli rzeczywistość zaczyna być ponura i nie do zniesienia, to znaczy, że mamy w głowie bałagan. Wszystko jest odwrotnie – oto podstawowa zasada ukryta pod zastygłą warstwą szarych komórek. Kwestionuj każdą myśl, zwłaszcza, jeśli wydaje się zgodna z ogólnym przekonaniem.

W naszej mocy leży posprzątanie umysłu tak, żeby usunąć spam, zmienić opcje wyszukiwarki i wcisnąć enter. Ten rodzaj wiary zaiste czyni cuda.

Wizytę w „zakładach chemicznych” zaczynam rutynowo od EKG. A tam, w małym pomieszczeniu z komputerem siedzi pani od badania serca i ta pani ma w sobie niezwykłe ciepło, uśmiech i życzliwość. Potrafi natychmiast, pomimo okoliczności sprowadzić dobry nastrój, tak że człowiek się czuje mniej chory niż mu się przed chwilą wydawało. Ostatnim razem postanowiłam jej podziękować za tę jej pozytywną energię, tak potrzebną nam – wciąż niewystarczająco silnym jak na kaliber wyzwania. I co odpowiedziała? Że to ona dziękuje. Że to my, przychodzący na kolejne sesje i wlewki, podziurawieni wenflonami, z bliznami po skalpelach i okrojonym zestawem narządów wewnętrznych, my walczący o dobre myśli – jesteśmy dla niej największym psychicznym oparciem. Że ona tutaj w powietrzu czuje moc, którą codziennie za darmo od nas dostaje. Moc, czyli coś co nie jest ani walką, ani poddaniem. Dana nam wszystkim moc uzdrowienia.

Ilustracja – Rembrant Van Rijn – Walka Jakuba z Aniołem.  

 

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.