Był taki dowcip o gościu, który jechał pociągiem przez całą Rosję i nie miał biletu. Za każdym razem, kiedy wpadał konduktor i pytał – jest u was bilet? – on odpowiadał – niet. I konduktor dawał mu z piąchy. Po iluś tam kontrolach koleś wyglądał jak zgniła śliwka a pasażerowie patrzyli na niego z coraz większym współczuciem. W końcu któryś zapytał – panie – dokąd pan jedziesz??? A on na to – kak morda zdierży – do Władywostoka.
W tym kontekście zastanawiam się nad serią nieszczęśliwych zdarzeń, które mnie ostatnio dosięgają i pytam – gdzie chcę dojechać i dlaczego mi się ten bilet nie należy? W ciągu ostatnich kilku dni zdążyłam sobie trafić siekierą w nogę, w Castoramie spadła na mnie wieża z koszy i poleciałam na jakieś bliżej nieokreślone szyny, które mi się wbiły w plecy, rozbił się mój ukochany kafelek po babci a ten, który zamówiłam na pocieszenie przyszedł w dwóch kawałkach. Przed samym wyjazdem do Krakowa chciałam sięgnąć po kluczyki od auta, ale ich nie było na miejscu. Poszukiwania trwały blisko godzinę, bez rezultatu. Pojechałam na posklejanych zapasowych, w których nie działa centralny zamek. Kluczyki do dzisiaj się nie znalazły. W Krakowie mój GPS zwariował – prowadził mnie wokół „celu” dobrą godzinę co chwila przepraszając – czy GPS jest zdolny wyrazić skruchę??? Wczoraj wyszłam na spacer z psami – pogoda piękna, ścieżka ta co zawsze, te same co zawsze gałęzie w poprzek drogi. I nagle moja noga, prawa, czyli ta ostatnia zdrowa noga zahaczyła o jedną z owych gałęzi tak stanowczo, że runęłam jak podcięta a druga gałąź dokończyła dzieła i pazurami zdarła mi skórę z kolana. Wieczorem chciałam rozłożyć kanapę, ale do tego musiałam przyklęknąć. Poczułam okropny ból i ten ból był wyzwalający. Nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa takiego myślenia, pomyślałam, że rozumiem ludzi, którzy się tną i potem zajmują swoimi ranami, skupiają się na procesie gojenia i daje im to poczucie rozgrzeszenia, jakby osiągnęli upragniony balans pomiędzy winą i karą, prawo do pomyślności okupione cierpieniem.
No właśnie… ostatnio naprawdę wszystko idzie dobrze, tak dobrze, że czuję się nieswojo, tak dobrze, że trzeba będzie to odpokutować. Zapracować na szczęście, bo nic łatwo nie przychodzi. No i źle się kończy, jak człowiek za dużo zgarnia dla siebie a za mało poświęca dla innych. Tego rodzaju prawdy wyświetlają mi się po wewnętrznej stronie czoła zawsze, kiedy się spełnia mój własny pomysł na życie. I od razu, ową myślą speszona -rozglądam się za jakąś formą odkupienia. Zapewne miało to swój początek w karczemnych awanturach, które matka urządzała mi w dzieciństwie. Kiedy chciałam czegoś tylko dla siebie (lub, co gorsza, już to osiągnęłam za jej plecami) –czegoś, co było niezgodne z jej wyobrażeniem lub oczekiwaniem – ( a co druga rzecz była niezgodna) -musiałam się przygotować na ciężką przeprawę. Odkrywszy niecne knowanie moja wielka matka wpadała w szał. Frustrację w postaci gwałtownego wybuchu złości wyrzucała z siebie jak wulkan prosto w moje przerażone neurony. Uciekały jak chmara wykurzona z ula i kryły się w zakamarkach umysłu zapychając synapsy i blokując przepływ informacji, które, być może mogły mnie ocalić. Milczenie ją rozwścieczało do białości. Ale u mnie pod czaszką robiło się pusto i nieruchomo. Zamierałam jak jeż w pancerzu, w środku wszystko było niedrożne i zakneblowane jej krzykiem. Kiedy już wystrzeliła swoje pociski, scena przycichała, następowało otrzeźwienie a wraz z nim miejsce na jakąś z mojej strony reakcję. Matka opadała na fotel w geście całkowitej rezygnacji i zapalała papierosa. To był sygnał, że należy podejść i poprosić o wybaczenie. Wolno już płakać, to ten etap – myślałam i łzy napływały mi posłusznie do oczu, a po chwili wstrząsał mną całkiem przyzwoitej jakości szloch. Miałam szansę skorzystać z prawa łaski, bo szloch był równoznaczny z uznaniem winy. Wina podchodziła pod to samo co zawsze oskarżenie – egoistka, ewentualnie – skończona egoistka. I jeszcze – cyniczka. Zaiste po jakimś czasie doprowadziłam do perfekcji ową „metodę na zgodę”, co mogło zostać uznane za cynizm, bo ani przez chwilę nie traciłam z oczu celu, jakim było ujawnienie bądź zalegalizowanie moich samolubnych posunięć. Za każdym razem odgrywałam ten sam repertuar – milczenie a potem skok na fotel prosto w objęcia jej szorstkich swetrów, które obficie skrapiałam łzami. Ogarniało mnie przyjemne uczucie przyzwolenia. Mogłam wreszcie wyartykułować jakieś uzasadnienie moich planów bądź dokonanych już swawoli i od tej chwili działać na legalu. Zasłużyłam, przetrwałam, dojechałam do Władywostoka. No już dobrze, dobrze, jeśli tak koniecznie chcesz, jakoś to przeżyję – mruczała matka pojednawczo – ale na drugi raz powiedz, co zamierzasz, nie rób ze wszystkiego tajemnicy. Przecież nie jestem potworem – dodawała na koniec – wszystko można załatwić po dobroci. Akurat – myślałam i pozwalałam łzom płynąć czując masochistyczną radość z dobrze zainwestowanego cierpienia.
I tak w kółko. Ileż zabiegów, ryzyka, udawania i wywoływania emocji, żeby cokolwiek dla siebie uzyskać. Od wybaczenia w kwestii wagarów, zakupów, przyjaźni, używek, czy nawet potrzeby samotności po późniejsze jakieś sukcesy finansowe, przyjemności życia, zmiany miejsca zamieszkania – każda moja samodzielna decyzja, każde prywatne zwycięstwo, spontaniczny zakup, wyjazd, kontrakt – wszystko musiało być procedowane w trybie ciężkiej awantury. Wniosek? – pomyślność nie wydarza się ot tak, żąda wyjaśnień, legalizacji, rekompensaty. Kiedyś się tłumaczyłam matce, teraz już tylko sobie. Takim jestem dla siebie bogiem. Moje szczęście musi być obwarowane serią katastrof, żeby móc z czystym sumieniem przyjąć prezent od losu. Klasyczny autosabotaż, ręce opadają.
Więc jeśli ci życie pokazuje fucka chociaż właśnie obiecało zaprocentować, nie znaczy to wcale, żeś zbłądziła, żeś się sprzeniewierzyła zasadom, znaczy to nic innego jak to, że twoje neurony szykują się na atak. Oczekują go, prowokują i wyzwalają. Gałąź wchodzi ci pod buta i lecisz na zderzenie z glebą – tak do siebie mówię i rozcieram obolałe nogi.
Nie ma – tłumaczę sobie – żadnego ataku, jest piękny dzień, słońce świeci i nie oczekuje niczego w zamian. Wszystko jest dobrze w całym stworzeniu – naucza Adamus St Germain, pozbawiony twarzy oraz reszty ciała osobnik – postać astralna, o ile dobrze rozumiem. Adamus przekazuje podobne prawdy swoim wybrańcom za pomocą tak zwanego channelingu. Nikt nie wie czy on to naprawdę on i w ogóle kto on zacz, ale jakie to ma znaczenie, skoro prawdopodobnie ma rację??? Musi mieć, skoro ta niepozorna książeczka kosztuje 130 zł w drugim obiegu.

Zapadamy na różne choroby a wszystkie są w jakiś sposób autoimmunologiczne. Możesz się modlić o każdą rzecz, która nie jest grzechem – powiedziała mi kiedyś mądra ciocia zakonnica. Tylko co nim nie jest??? Ciężko wymyślić na poczekaniu. Życzenie szczęścia, zdrowia i pomyślności samemu sobie to jakiś kiepski żart. Tego życzy się innym. Na własne dobro trzeba ciężko pracować. Doprawdy nic nas tak nie dojechało jak przykazanie o sprawiedliwości bożej. W wykonaniu mojej matki ateistki brzmiało identycznie. I tak się to życie toczy pełne zobowiązań i z naciskiem na dobre uczynki.
Aż się człowiek nagle na starość ocknie i pomyśli – kurwa, odrobiłem lekcję, mało czasu zostało, muszę poluzować z dobroczynnością, w dupie mam co ludzie pomyślą, należy mi się wyrównanie. Od tej chwili będzie sobie dogadzał, będzie sobie kupował, budował, mościł. Zrobi sobie zasłużony zwrot kosztów (wszyscy niech się pozabijają) i już nie wyjdzie z zaklętego kręgu kary i nagrody. A przecież słońce zawsze świeciło za darmo, nie musieliśmy za nie płacić. Nic nam nie jest winne. To się nie da proszę pani – jak w Asteriksie. Nie tędy droga, żeby sobie odbijać za krzywdy w salonie mercedesa. Szczęścia nam to nie wróci utraconego, bo, cytując Montaigne –użycie, nie posiadanie czyni nas szczęśliwymi.
Jedyne, co można zrobić, to zacząć od początku, bo każdy poranek jest początkiem takim samym jak rok, dekada czy ćwierć wieku. Nieważne, ile przed nami, ważne, że coś dotarło. Czas to taka sama ściema jak cena sukcesu. Sukces to też nie to co myślisz, mądralo. Nie o to trzeba dbać, aby świat mówił o was, ale o to, jak wy sami macie przemawiać do siebie. – znowu Montaigne.
W żadnym razie nie chodzi o bilans zysków i strat, lecz o to, żeby sobie pozwolić na darmowe szczęście, szczęście przecież nie ma ceny. Wolno nam być szczęśliwymi, więc sobie nie odmawiajmy tego prawa. Kiedyś powtarzałam, że spełnienie to w istocie to samo co śmierć, dalej jestem tego zdania, ale już się nie boję ani śmierci, ani spełnienia. Od dzisiaj mówię sobie – mogę być po prostu szczęśliwa, nic mnie to nie kosztuje, za niczym nie muszę gonić, bo nie mam jakiegoś konkretnego celu w życiu. Nie wiem jak długo pożyję, ale póki co fajnie jest być żywym.
I generalnie nic się wielkiego nie wydarzyło, kilka spraw się nakręciło, kilka wyjaśniło, czuję się zdrowa, zapłaciłam za prąd, w doniczce z zeszłego roku wyrosła mięta. Mam czas na czytanie, sprzedałam na vinted całe stosy niepotrzebnych rzeczy i zostawiłam tylko te, które są w użyciu. Bo użycie, nie posiadanie czyni nas szczęśliwymi.
I o to się te moje kolana rozbijały.
