SERIA Z ZIELONĄ METKĄ.

Czym jest piękno? Nie wiem.. prawdziwa sztuka tkwi w naturze, kto ją może z niej wydobyć, ten ją posiada. Nie wyobrażaj sobie, że mógłbyś stworzyć cokolwiek lepszego niż to, co Bóg stworzył. Z siebie samego człowiek nie może wykonać żadnego dobrego obrazu, ale jeżeli długo badał przedmiot i cały nim nasiąknął, to sztuka tak zasiana przyniesie owoc i wszystkie skarby tajemne serca będą wyrażone w dziele, w nowym stworzeniu.. – Albrecht Durer

Wydobycie piękna z natury to zadanie dla artystów, a nie dla genetyków i hodowców, chociaż pokusa jest ogromna. Niejaki Paul Schockemohle to jeden z potentatów w branży hodowli koni. Moda na konie brzmi niedorzecznie, jak się dobrze zastanowić. Ale nikt się dobrze nie zastanawia, bo to bardzo populara moda. Kiedyś kupowało się długie, teraz krótkie, całkiem jak spódniczki. Liczy się osadzenie szyi i łopatki, kształt i wysokość zadu, wszystko ma tworzyć precyzyjny mechanizm na potrzeby ruchu, który podlega ocenie sędziów w budkach wokół czworoboku. Siedzą tam i punktują tabelki niczym wielcy krawcy obserwujący wybieg, po którym galopują modelki na stromych pęcinach. Pracując z dobrze zaprojektowanym koniem jeździec ma o połowę mniej roboty. W zasadzie nic nie musi robić, a koń pod nim układa się prawidłowo, bo tak mu najwygodniej. Oczywiście niewielu potrafi jeździć tak, żeby nic nie musieć robić. Jak słusznie zauważył Gombrowicz- najtrudniejsza w sztuce jest łatwość. Człowiek znany jest z tego, że potrafi wszystko spieprzyć a nie wszystko potrafi naprawić, taka już nasza ciemna strona mocy. A jak wszystko spieprzymy to czekamy na cud. I proces zaczyna się od początku.

Wracając do pana Schockemohle – ponura to postać, jak dla mnie. Ma wszelkie cechy złego demiurga. Konie z wadami budowy eliminuje bez żalu. Stać go na to. Jego hodowla przypomina dobrze zorganizowany koński Matriks. Każdy źrebak otrzymuje obrożę z numerem, jest poddawany ocenie ekspertów od fizycznego rozwoju oraz testom charakteru. Imię dostaje dopiero jak przeżyje selekcję. (Swoją drogą dbanie o poprawność rasy to chyba ulubiona zabawa Niemców.) Zamiast hodowli jest produkcja. Nie natura tym rządzi, lecz target. Gdyby świat był dziełem człowieka – konie od Schockemohle w niedługim czasie zastąpiłyby wszystkie inne walcząc na czworobokach już tylko pomiędzy sobą aż do kresu doskonałości. Nic podobnego się jednak nie dzieje. I to mnie właśnie zastanawia.

Natura wygrywa produkując swoje piękno wbrew logice. Najlepszy ogier wszech czasów miewa brzydkie dzieci. Zdarza mu się w papierze krzywa babcia i nieregularny tatuś. Cud jest zawsze cudem natury, a naturą cudu jest tajemnica. Cud jest absolutnie nie do podrobienia. Wszystko jest cudem, czego nie da się powielić. Ale my wtedy tym bardziej chcemy! Chcemy produkować, kopiować, zapisywać i tłuc na sztancy, zamiast poczuć się artystą i zaufać intuicji. W tłumie koni nagle jeden cię zauroczy, chociaż kopytko ma ciut za małe. Albo łeb z deka za ciężki. To właśnie na tym koniu wszystko się uda. Bo jest chemia. Chemia – czyli przyjemność obcowania. Jak to ksiądz Tischner mawiał – miłość – to jest coś POMIĘDZY nami. Czyli chemia właśnie. Historia ludzkości to historia walki człowieka z chemią. A komputerowy wzorzec konia wciąż pozostaje w komputerze. Podobnie jak komputerowy wzorzec człowieka.

Człowiek chciałby być kombinacją wszystkich najlepszych cech i usilnie do tego dąży. A przecież jest skończonym dziełem stwórcy, powstałym według doskonałego, acz INDYWIDUALNEGO zamysłu. Ten zamysł zakłada także porażki, wpadki, opadającą powiekę albo krótszą nogę, ale jest jedynym, który pasuje do kosmicznej układanki. Na tym mniej więcej polega zasada symetrii we wszechświecie. Każda rzecz jest inna, ale nic nie wyje, nie wystaje, nie razi – dobrze to widać z okna God mobile – pojazdu pędzącego dziesięciowymiarową obwodnicą.

Byłoby milej, gdybyśmy słuchali siebie, ufali własnemu sercu oraz oku, nawet jeśli jest scentrowane. Mój ojciec chorował na Parkinsona i musiał brać masę leków. Niektóre z nich powodowały halucynacje. Jako naukowiec czuł się upokorzony. Nie panował nad własnym umysłem. A przecież to były jego halucynacje, jego osobiste, niepowtarzalne halucynacje. Ten sam durny lek komuś innemu inaczej poprzestawiałby świat. Żaden błąd się nie powtarza ani żaden zachwyt. Nie ma uniwersalnego piękna, chociaż kanon jest jeden. Prawda jest symfoniczna – gdzieś to słyszałam i zapamiętam na zawsze.

Im bardziej jesteśmy rozwinięci umysłowo, tym słabiej do nas dociera symfonia prawdy. Ciężar wiedzy nas przywalił. Dlatego warto wątpić, skręcać z prostej drogi, ryzykować. Pakować się w dylematy, w wybory, które nie dają jasnej odpowiedzi i nagle trzeba z głupia frant zapytać serca. Trzeba szukać, nie rozsiadać się! Nic nas tak nie przywraca życiu jak rozstajne drogi. Od razu się cofamy do pogaństwa i wypatrujemy znaków. Każdy swoich. No przecież wiadomo, że nie sąsiada. Normalnie jednak nie jest to takie oczywiste. W 90 procentach przypadków robimy to samo co sąsiad. Polacy jeżdżą po konie do Niemiec. Mieszkańcy mazowieckich wsi kupują na allegro maltańczyki po 200 zlotych.

Boski plan polegał na tym, że mieliśmy się zachwycać światem. Dużo zachwycać a mniej majstrować. Wracając znów do jeździectwa (bo to coś bardzo naturalnego, Gombrowicz się mylił) – jeździec jest po to, żeby wydobyć wyjątkowość ruchu i grację konia. Zwycięskie konie to konie jednego jeźdźca. Cud, że na siebie trafili. Musiała zadziałać chemia, boska cząstka, element nadprzyrodzony.

Od wielu lat obserwuję psy, które ni stąd ni zowąd, po raz pierwszy w swoim smutnym życiu zostają obdarzone miłością. Czyli zachwytem, bo czymże innym jest zachwyt jak nie dowodem miłości. Zgarniam z rozstajnej drogi takiego zdołowanego kundla i mówię mu – piękny jesteś. Mądry, wyjątkowy, jedyny! A on na to rozkwita jak róża w przyśpieszonym filmie. Byłam kiedyś z ojcem na Saharze. Jechaliśmy przez cały dzień przez rozległe pustkowia, przed nami i za nami piachy. Zero życia. Wieczorem rozbiliśmy namiot i wodą z karnistra napełniłam szklankę do mycia zębów. Pobulgotałam i wyplułam. Rano w tym miejscu wyrósł zielony pęd. Colgate liściasty. Miłość to jest właśnie taka szklanka wody na pustyni.

Tymczasem jednak pustynia to odległa przeszłość cywilizowanego społeczeństwa. Masę rzeczy na niej wyrosło i bez wody. Poprawiamy wszystko, majstrujemy na potęgę.  Selekcjonujemy, wymyślamy, udziwniamy. Wyprodukowaliśmy najdziwniejsze rodzaje psów. Myśliwskich, tapczanowych, obronnych, maskotek, strachów, mopów, biegaczy, płochaczy, łysych, agresorów, wklęsłych, wypukłych, kulistych i przegubowych. Niektóre, jak buldogi – rodzą się ponoć wyłącznie za pomocą cesarskiego cięcia. Ludzie chcą ociosać naturę tak, aby stała się towarem, ale majstrowanie przy świecie burzy odwieczny porządek w przyrodzie i łamie jej prawa. Następuje efekt odwrotny do zamierzonego – próbując okiełznąć i przeprogramować rzeczywistość otrzymujemy jej wersję nieprzewidywalną, chaotyczną i zagrażającą życiu. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Za milion lat będzie tutaj z powrotem Eden. Święcie w to wierzę, bo jeśli komuś się uda, to tylko panu Bogu. Zredukujemy się do kilku pacyfistycznie nastawionych plemion, wrócimy do szarej wełny i będziemy wyglądać jak załoga z Matriksa. Wyginą samochody i stacje benzynowe. Przetrwają kury zielononóżki a krowy będą umierać ze starości. Nie będziemy segregować śmieci, bo nie będzie śmieci. Nie będzie polityków, bo nie będzie polityki. Artyści doczekają się szacunku. Jedynym obowiązującym prawem będzie prawo autorskie. Koniec świata będzie równie fajny jak początek.

Powrót do normalności, czyli Edenu to także pokorne odtworzenie kundelka. Tego kundelka, którego dzisiaj nikt nie chce, tego, który w prostej linii pochodzi od Boga, bo stworzony został bez pośredników – hodowców z prawdziwego i szemranego zdarzenia. Głupota ludzka i moda na rasy sprawiła, że na długie lata musimy zapomnieć o psich mieszańcach. Nie dorośliśmy do nich. Obrońcy zwierząt nie mają złudzeń. Wiedzą, że jedyne, co gwarantuje jaki taki żywot naszym braciom mniejszym to cena. Moda. Status posiadacza rasowca. Pies będzie dowodem na to, że kogoś stać na psa. Będzie drogi w utrzymaniu i byle cham go nie zdobędzie. Oczywiście jest to cholernie smutny bilans ludzkiego zachwytu nad psem, ale chroni go przed schroniskiem, klatką, rowem, bezdomnością, głodem, okrucieństwem, zapomnieniem i rozmnażaniem bez opieki. Innej drogi na razie nie ma.

Najbliższa era to era cenozoiczna. Era czempionatów wszelkich maści, era wynaturzeń, metryk i złotych klatek. Era absurdu w dążeniu do komputerowych wzorów psów i koni. Długowłosych królików, karakułowych myszy i rozetkowych świnek morskich. Zwierzęta podzielą się na rzeźne i ozdobne. Żadne nie będą kochane. O miłości państwo zapomnijcie na kilkadziesiąt ciemnych wieków

Napisałam to po to, żebyście teraz szybciutko popędzili do schronisk i pozabierali stamtąd, póki czas-niepowtarzalne sztuki mieszańców. Cuda, które nie mają ceny. Ostatnia seria z zieloną metką! Okazja nie do powtórzenia! Następna za około sto lat po drugim odcumowaniu arki Noego.